Nie musisz z tym polemizować, i to jest może ważniejsza myśl niż wszystko, co tu piszemy. Jeśli celem jest relacja z mamą, to argumentacja teologiczna jej nie zmieni. Ale też nie o to tu chyba chodzi, bo twoje pytanie z początku wątku było inne, bardziej o siebie.
Właśnie, bo Jadzia napisała że ma dużo do powiedzenia i nie potrafi tego wyrazić słowami :(. I my cały czas próbujemy jej pomóc to wyrazić wobec mamy ale może pytanie jest inne, może chodzi o to, żeby to wyrazić dla siebie? bez mamy w tle?
Jadzia, to co napisałaś na końcu jest dla mnie bardzo ważne. Że chcesz usiąść z tym sama. Ale zatrzymuję sie przy tym "tylko nie wiem jak". Czy chodzi o to że nie wiesz, od czego zacząć technicznie, czy raczej o to, ze boisz się, co może się pojawić kiedy nie będzie juz mamy jako punktu odniesienia?
Bo to jest różnica, prawda? Jeśli nie wiesz jak zacząć, to możemy zaproponować konkretne rzeczy. Ale jeśli boisz się tego, co wyjdzie, to to jest coś innego i żadna technika ci tego nie zastąpi.
Ten lęk przed ciszą to cos, co mnie uderzyło. Bo kiedy nie ma głosu mamy, nie ma tłumaczenia się, nie ma konfliktu, to co zostaje? Może właśnie tego sie boisz, nie kary, tylko tego, co znajdziesz, jak już nie będzie żadnego szumu.
Zostałam. Ale to był trzeci albo czwarty raz, nie pierwszy. Za pierwszym razem wstałam po pięciu minutach i poszłam zmywać naczynia. 🙂 🙂
I to jest chyba uczciwa odpowiedź. Bo tutaj często piszemy o pracy z kartami jakby to był proces prosty i elegancki, a ona bywa bardzo nieelegancka. Szczególnie na początku.
A wracając do pytania Jadzi z wcześniej, o tym jak się przygotować, chcę zapytać Eugenki: czy ona w ogóle powinna mieć w rękach karty na tym pierwszym razie :)? Czy moze coś prostszego, jakieś pisanie, mówienie do siebie?
A czy w takim razie nie ma ryzyka ze ta zewnętrzna karta da Jadzi jeszcze jeden głos do pomieszania z tymi, które już ma? Skąd ma wiedzieć że to co widzi na karcie, to jej interpretacja, a nie kolejna projekcja czyjegoś lęku?
Ale ta rozmowa o ryzyku projekcji trochę nas odciąga od Jadzi. Bo ona nie pyta czy metoda jest idealna, tylko jak zacząć. I mam wrażenie, że to akademickie rozważanie może ją bardziej sparaliżować niż pomóc.
Słyszę was obie i paradoksalnie to mi pomaga. Bo myślałam że muszę znaleźć jakiś bezpieczny, pewny sposób, zanim zacznę. A tu się okazuje, ze tego sposobu nie ma i chyba nigdy nie będzie. Więc może pytanie "kiedy będę gotowa" jest złym pytaniem :)?
To jest zresztą pytanie które pojawia się w wielu kontekstach duchowych, nie tylko ezoterycznych. no kiedy mistycy chrześcijańscy, choćby Meister Eckhart, pisali o wejściu w stan wewnętrznego skupienia, też nie mówili "przygotuj się przez rok, a potem spróbuj". Mówili mniej więcej: zacznij teraz, reszta przyjdzie albo nie przyjdzie. To, że tarot jest w tym kontekście traktowany przez część tradycji religijnych jako sposób nieczyste, nie zmienia tego że mechanizm gotowości jest podobny...
Dobra, ale wróćmy do Jadzi bo ona ma teraz konkretny problem. Mam takie pytanie do całej dyskusji: czy ktoś ma pomysł na jedno konkretne ćwiczenie, coś prostego, od czego mogłaby zacząć? Nie kurs, nie system, jedno ćwiczenie :D.
Mam jedno ćwiczenie, które daję prawie każdej osobie na tym etapie. Wyciągnij jedną kartę ;). Nie pytaj o nic. Połóż ją przed sobą i napisz trzy zdania o tym, co widzisz. nie co karta znaczy, tylko co widzisz. Kolory, postać, co robi, czy jest coś co cię odpycha. Trzy zdania. I tyle na ten raz.
to jest właśnie to ćwiczenie. Zauważenie różnicy między "co powinnam napisać" a "co piszę". Nawet jeśli napiszesz rzeczy "poprawne", to po jakimś czasie zobaczysz czy to był twój głos, czy wyuczony. Nie musisz tego rozstrzygać za pierwszym razem.
Ja robiłam coś podobnego, tylko zamiast pisać, mówiłam do siebie głośno. I to była inna jakość bo pisanie jakos bardziej cenzuruje, a mówienie wychodziło szybciej niż zdążałam pomyśleć. Jadzia, a jak ty w ogóle lepiej przetwarzasz, przez pisanie czy przez mówienie?
A może właśnie to jest ważna informacja? Że pisanie daje jej kontrolę, a ona teraz potrzebuje trochę puścić tę kontrolę. To nie jest wada, to jest punkt wyjścia.
i to jest chyba najważniejsza rzecz, którą do tej pory powiedziałaś. Bo to znaczy, że wiesz, czego szukasz. Szukasz kontaktu z tym, co myślisz naprawdę, a nie z tym, co jest bezpieczne do powiedzenia. I to jest dokładnie to, do czego karty mogą służyć, jeśli się je tego nie pozwoli na zablokowanie przez znaczenia z książki.
Czytam tę rozmowę i mam pytanie może naiwne. Czy to ćwiczenie z kartą, te trzy zdania, to ma coś wspólnego z religią i konfliktem, od którego ten wątek się zaczął? Bo mam wrażenie że gdzieś po drodze temat się przesunął i chciałam się upewnić, że rozumiem.
I tutaj jest bardzo wyraźna analogia do czegoś, co w tradycjach kontemplacyjnych nazywa się "discernment of spirits", rozeznanie duchów. To nie jest pojęcie tylko chrześcijańskie, podobne kategorie ma sufizm, kabała, szamanizm :). Chodzi o to, żeby rozróżnić, który głos skąd pochodzi. Karty jako metoda rozeznania tego nie wykluczają, raczej mogą go ułatwić przez zewnętrzny obraz.
To jest ciekawe w kontekście tego, co Jadzia mówiła o mamie. bo jeśli dorastałaś w tradycji, gdzie zawsze potrzebny był pośrednik, kapłan, rodzic, Kościół, to siedzenie samej z kartą i szukanie własnego głosu jest nie tylko ezoteryczną praktyką. to jest akt pewnego rodzaju samodzielności. Jadzia, czy tak to czujesz?
Ta różnica między odwagą a zuchwałością to właśnie głos, który dostałaś z zewnątrz. I myślę, że to ćwiczenie z kartą będzie nie o kartach, tylko o tym, czyim językiem zaczniesz te trzy zdania pisać...
To zdanie Jadzi mnie zatrzymało. "Nie wiem, kto mi powiedział, że jest różnica." Bo właśnie to jest sedno, nie? cały ten wątek krąży wokół pytania, czyim głosem mówimy, kiedy sięgamy po karty :P. I tu dochodzimy z powrotem do tytułu tego tematu. Czy wiara i wróżba są w konflikcie, czy może konflikt jest w nas, między tym, co nam wpojono, a tym, czego szukamy samodzielnie?
Myślę, ze nie chodzi o to, żeby rozdzielić do końca. To niemożliwe. Chodzi o to żeby wiedzieć, że ten głos jest, i że nie jest jedynym. I karty, przynajmniej dla mnie, pomagają w tym. Nie mówią, co jest prawdą, ale zmuszają do zatrzymania się z pytaniem.
Jadzia, to, co opisujesz, ma nawet swoją nazwę w pracy z kartami, choć różni praktycy różnie to określają. Chodzi o wewnętrznego krytyka, który aktywuje się w momencie, kiedy próbujesz uzyskać dostęp do czegoś osobistego. I on często przyjmuje twarz konkretnej osoby. Czy to mama oceniała karty bezpośrednio czy bardziej całą sferę, nazwijmy to, poszukiwania poza Kościołem?
To, co Jadzia opisuje, jest klasycznym dylematem, z którym borykały się osoby wyrastające w systemach religijnych o silnej hierarchii pośrednictwa. w teologii mówi się o "heteronomii moralnej", czyli sytuacji gdy normy zewnętrzne zostały zinternalizowane tak głęboko, ze działają jak własne. I tu jest paradoks, bo Kościół, przynajmniej w nurcie zachodnim, sam w sobie zawiera pojęcie sumienia jako ostatecznej instancji. Tylko że to sumienie miało być kształtowane przez konkretne instytucje
No ale skoro ta tradycja istnieje w Kościele, to może Jadzia nie musi wybierać między kartami a wiarą? Może te rzeczy nie są naprzeciwko siebie, tylko po prostu w różnych szufladach?
