Zauważyłam coś, co mnie samą zaskakuje – piątki idą u mnie zawsze tak gładko, jakby ktoś smarował kanapę miodem. Cokolwiek robię, układa się w cztery sekundy. Sobota i niedziela już znacznie ostrzej, poniedziałek typowo na ryjek. Sprawdzałyście kiedyś, czy faktycznie wibracja konkretnego dnia tygodnia wam jakoś podchodzi pod portret numerologiczny? Bo u mnie wychodzi, że piątek to dzień Wenus i moja Droga Życia 6, więc niby się klei.
U mnie odwrotnie – piątek to dzień, w którym wszystko mi się rozjeżdża. Najlepiej działam we wtorek. Cokolwiek umawiam na wtorek, wychodzi. Negocjacje, decyzje, rozmowy z trudnymi klientami. Mars i ósemka w Osobowości – pasuje jak ulał.
Pytanie do bardziej obeznanych – jakie tabele przypisania dni do liczb stosujecie? Bo czytałem, że są przynajmniej trzy różne systemy i każdy daje inne wyniki. Klasyczny zachodni, indyjski/wedyjski i jeszcze jakieś hybrydy.
Najciekawiej u mnie jest z sobotą – wszyscy się skarżą, że to dzień ciężki, a ja akurat soboty mam najproduktywniejsze. Saturn z Drogą Życia 4 to dla mnie złoty układ. W soboty domykam wszystko, co przez tydzień się nazbierało.
A poniedziałek? Bo z poniedziałków cały świat się śmieje, że są beznadziejne. Czy w numerologii faktycznie poniedziałek jest dniem trudnym, czy to tylko społeczny stereotyp przez to, że trzeba wracać do roboty po weekendzie?
W tradycji wedyjskiej dni mają trochę inną logikę i przypisuje się je do nakszatr oraz bóstw planetarnych. Sobota to Shani – planeta lekcji, ograniczeń, karmy. Czyli wcale nie jest „zły" dzień, ale ciężki w pracy, której nie da się odłożyć. U Hindusów soboty często rezerwuje się na puje i posty.
U mnie wyraźnie dominuje czwartek. Wszystkie awanse, rozmowy o podwyżkę, ważne maile – wszystko mi się układa w czwartek. Sprawdziłam i Jowisz/3 z moją Drogą Życia 3 to dwie trójki na siebie. Może stąd ta gładkość.
Pytanie podstawowe – patrzymy na wibrację samego dnia tygodnia (np. każda środa = 5) czy raczej na nasz osobisty dzień (czyli przeliczamy konkretną datę plus naszą datę urodzenia)? Bo to dwie różne rzeczy, a niektórzy je mieszają.
Najprostsza kalkulacja dnia osobistego: dzień + miesiąc + rok osobisty zredukowane do cyfry pojedynczej. Rok osobisty z kolei to dzień urodzenia + miesiąc urodzenia + rok bieżący. Wychodzi 1-9 (ewentualnie 11 lub 22). I to ci się zmienia codziennie. Niezależnie od tego, że sobota cały czas pozostaje sobotą.
Czyli żeby ocenić swój „dobry dzień", muszę patrzeć i na dzień tygodnia, i na dzień osobisty? To brzmi skomplikowanie. Da się to jakoś szybko sprawdzić bez kalkulatora?
Wracam jeszcze do wtorków – mam taki nawyk, że ważne maile i rozmowy z prawnikiem zostawiam na wtorek. Z biegiem lat to się utwardziło, bo widzę, że ten dzień nie wybacza zwlekania. Mars załatwia sprawy, których piątek by nie pociągnął.
U mnie środy są najlepsze, ale w specyficzny sposób. Pisanie, pomysły, kontakty z ludźmi – środa zawsze przynosi obrót. Merkury w pełnej krasie. Tylko trzeba pamiętać, że Merkury jest dwustronny – te same środy, które przynoszą pomysł, czasem przynoszą też plotkę, nieporozumienie albo zgubiony portfel.
Co u mnie ciekawe – nie czuję wyraźnej różnicy między dniami, ale za to wyraźnie czuję cykl tygodnia. Pierwsza połowa tygodnia idzie mi gładko (pon-czw), a w piątek już coś się sypie. Jakby sam koniec tygodnia miał dla mnie zmęczeniową energię. Może to po prostu fizjologia, ale ciekawi mnie, czy ktoś z was też tak ma.
Podejdę sceptycznie. Czy te „dobre dni" to nie autosugestia? Skoro wiemy, że piątek jest „nasz", to nieświadomie planujemy na ten dzień rzeczy łatwiejsze i potem stwierdzamy, że poszło lepiej. Bo na trudne sprawy mamy poniedziałek, i logiczne, że poniedziałek wychodzi gorzej.
