Mam pytanie, które chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu. Zauważyłam, że kiedy próbuję przeprowadzić sesję oczyszczania energetycznego u kogoś, kto ma wyraźny opór psychiczny, to moje działania nie przynoszą efektu albo przynoszą go o wiele wolniej. Zastanawiam się, jak to właściwie formułować — czy to ja mam zły zamiar, czy to osoba blokuje przepływ, czy te stany psychiczne w ogóle mają coś do rzeczy z zaburzeniami energetycznymi? I drugie pytanie: czy ktoś pracuje z ludźmi, którzy z góry odrzucają ideę uzdrawiania, ale mimo to proszą o pomoc? Jak wtedy podejść do tematu bez narzucania im czegoś, co budzić opór?
To jest jedno z ciekawszych pytań, jakie można zadać w tym temacie, bo dotyka czegoś, co wielu bioenergoterapeuta omija szerokim łukiem. Stan psychiczny osoby i jej pole energetyczne to nie dwie osobne rzeczy — one się przenikają. Opór psychiczny manifestuje się jako napięcie w polu, dosłownie. Widziałem to dziesiątki razy. Ale zanim powiem więcej — powiedz, jak rozumiesz ten 'opór'? Czy ta osoba mówi wprost, że nie wierzy, czy tylko czujesz w niej jakiś mur podczas pracy?
Ten paradoks, który opisujesz, jest bardzo charakterystyczny. Osoba prosi o pomoc, ale równocześnie mentalnie stawia blokadę, jakby bała się uwierzyć, że coś zadziała. Pytanie do ciebie — czy próbowałaś w ogóle nie mówić jej, co robisz krok po kroku? Czasem właśnie to sformułowanie działania na głos powoduje, że uruchamia się opór. Jak to wygląda u ciebie w praktyce, czy opisujesz sesję na bieżąco?
Czytam i zastanawiam się — czy w ogóle można komuś pomóc energetycznie bez jego zgody wewnętrznej? Bo zewnętrzna zgoda to jedno, ale jeśli ktoś w środku mówi 'nie wierzę, nic mi to nie zrobi', to czy energia ma jakiekolwiek szanse przebić się przez taką ścianę?
Podchwytuję ten wątek, bo w numerologii mam podobne zjawisko — kiedy patrzę na czyjś schemat liczbowy i widzę wyraźne napięcie między ścieżką życia a wyraźnie blokowanym potencjałem, to często idzie to w parze z oporem wobec jakiejkolwiek pracy nad sobą. Ale tutaj mam pytanie do osób, które pracują z energią bezpośrednio: czy wy czujecie różnicę fizycznie w dłoniach między osobą otwartą a osobą z oporem? Jak to konkretnie odczuwacie?
Dobrze, że o tym mówisz, bo to jest kluczowe pytanie metodologiczne. Próbowałaś kiedyś pracować z kimś, nie wiedząc wcześniej, jakie ma nastawienie? Ślepa próba, że tak powiem?
Wracając do pytania o sformułowania — bo tu chodzi też o słowa, jakimi opisujemy działanie. Jeśli powiesz osobie sceptycznej 'teraz oczyszczam twoją aurę z negatywnych energii', to ona mentalnie zwinęła się w kłębek zanim skończyłaś zdanie. Ale jeśli powiesz 'położę ręce w kilku miejscach, to technika relaksacyjna', to ta sama osoba może być zupełnie otwarta. Treść działania jest identyczna. Efekt może być lepszy. Czy to jest etyczne? Myślę, że tak, jeśli intencja jest czysta.
Właściwie to mnie zastanawia, czy takie przemianowywanie działania to nie jest trochę... manipulacja? Nie mówię złośliwie, naprawdę pytam. Bo jeśli ktoś wyraźnie nie wierzy w energię i zgadza się na 'relaksację', a my po cichu robimy coś innego — to gdzie jest granica?
Mnie ta kwestia też trafia do przekonania, ale z innej strony. Afirmacje działają podobnie — kiedy mówisz 'nie jestem chory', twój umysł słyszy 'chory' i skupia się na chorobie. Dlatego afirmacje formułuje się pozytywnie: 'jestem zdrowa'. Może w bioenergoterapii jest tak samo — sposób, w jaki nazwiesz to co robisz, wpływa na to, jak pole tej osoby reaguje?
Czytam ten wątek i mnie uderza jedno — mówicie dużo o tym, jak terapeuta formułuje intencję, ale mało o tym, co się dzieje z osobą po sesji. Czy te zaburzenia energetyczne związane z oporem psychicznym wracają szybko? Bo mi się zdaże, że robiłem coś podobnego ze snami — próbowałem przepracować koszmarny schemat u kogoś, kto nie do końca chciał żeby był przepracowany. I efekty były... niedługie.
To, co opisujesz, to jest chyba najczęstszy problem w tej pracy. Energia i psychika muszą iść razem — sama sesja oczyszczania bez zmiany przekonań jest jak sprzątanie pokoju, z którego nie wyrzuca się śmieci, tylko je przesuwa. Wrócą. Pytanie brzmi — co takiego w tej osobie, na poziomie przekonań, odtwarza to zaburzenie? Czy wiesz, skąd ono pochodzi?
Słucham tej rozmowy i dziękuję, że w ogóle takie rzeczy są tu poruszane, bo to pomaga mi zrozumieć parę własnych doświadczeń. Ale chciałam zapytać — czy jest jakiś sposób, żeby sama osoba, która ma ten opór, mogła coś zrobić u siebie, nie tylko czekać na terapeutę? Coś prostego, do zrobienia samodzielnie?
To pytanie Zurawinka94 jest bardzo trafne, bo większość oporu jest niewidoczna dla samej osoby, która go nosi. Właśnie dlatego zewnętrzna sesja ma w ogóle sens — ktoś widzi z zewnątrz to, czego sam nie widzisz.
Ale tu jest pułapka, którą właśnie przeżywam — jeśli osoba nie widzi własnego oporu, to jak jej w ogóle powiedzieć, że go ma, żeby nie wzbudzić jeszcze większego oporu? Bo jak mówię wprost 'czuję, że ty się blokujesz', to ona się natychmiast broni.
I właśnie o to chodzi z tymi sformułowaniami, o które pytałaś na początku. Nie mówisz 'masz blokadę', tylko możesz powiedzieć 'czuję, że to miejsce potrzebuje więcej uwagi' — i dochodzisz do tego samego, ale osoba nie czuje się atakowana.
Okej, ale tu wracam do tego, co pisałam wcześniej — czy to nie jest po prostu omijanie prawdy? Bo skoro terapeuta diagnozuje blokadę, a mówi 'to miejsce potrzebuje uwagi', to informacja jest niepełna. Nie oceniam, ale zastanawiam się, gdzie jest granica między łagodnym językiem a zwykłym ukrywaniem.
Nie wiem, czy to porównanie do lekarza do końca tu pasuje. Lekarz ma wyniki badań, które można zweryfikować. W bioenergoterapii rozmawiamy o odczuciach terapeuty — i to inna sytuacja, prawda? Jaromir63, jak ty sam sprawdzasz, czy to, co czujesz podczas sesji, jest rzetelne?
Myśle, że ta dyskusja o wiarygodności terapeuty troche odchodzi od tego, co pytała Stasia. Ona pyta, jak w ogóle pracować z kimś, kto stawia opór. Czy ktoś próbował zamiast sesji rękami zaproponować takiej osobie samodzielną pracę odechową? Oddech nie budzi tyle oporu, bo to 'tylko oddychanie'.
A co jeśli ona naprawdę nic nie poczuła, Stasia? Pytam serio, bez złośliwości. Czy zakładamy z góry, że efekt był, tylko ona go nie zauważyła — i wtedy wpadamy w koło, gdzie każdy brak efektu tłumaczymy oporem osoby?
Nyja64, a co mówisz w tej rozmowie wprost? Bo to brzmi trudno. Jak zaczynasz taką rozmowę, żeby nie zranić osoby i jednocześnie być szczerą?
To mnie troche zaskakuje. Czyli mowisz jej, że może forma nie pasuje — ale nie mówisz, że widzisz opor. Czy to nie wraca do tego samego problemu z formulowaniami, ktory tu analizujemy od kilku postów?
Tu jest coś, o czym jeszcze nie mówiliśmy — co z osobami, które chcą zmiany, ale zmieniają się tak wolno, że ani one same, ani terapeuta nie widzą postępu na bieżąco? W numerologii widzę to w długich cyklach — zmiana może trwać kilka lat i być kompletnie niewidoczna w krótkim oknie sesji.
To akurat mi daje do myślenia, bo ja patrzę na to za krótko. Wciąż oceniam po kilku dniach, a może powinnam myśleć w skali miesięcy. Tylko jak utrzymać motywację — i moją, i osoby — przez tak długi czas bez widocznych efektów?
A może to jest sygnał, że praca energetyczna powinna iść równolegle z czymś, co daje szybszy feedback? Coś konkretnego — dziennik nastrojów, oddech, cokolwiek, co osoba sama robi i sama widzi. Żeby nie czekać tylko na efekty sesji.
To ciekawe zestawienie, ale mam pytanie — jeśli osoba zaczyna prowadzić dziennik i widzi zmianę nastroju, to skąd będzie wiedziała, czy to efekt sesji, czy samego prowadzenia dziennika? I czy to w ogóle ma znaczenie, jeśli jest lepiej?
To pytanie Genowefki mnie zatrzymało. Czy ma znaczenie, co było przyczyną zmiany? Jak myślę szczerze — chyba tak, bo jeśli pracuję z kimś energetycznie i ona się poprawia tylko dlatego, że pisze dziennik, to może powinna pisać dziennik zamiast przychodzić do mnie.
Stasia, ale to nie jest albo-albo. Dziennik i sesja mogą działać razem — i może właśnie ta kombinacja robi robotę, której żadne z nich osobno by nie zrobiło. Ja bym bardziej pytała, co mówi sama osoba — czy czuje że coś się zmienia, czy nie.
