Mam umówioną pierwszą sesję bioenergoterapii za kilka dni i szczerze mówiąc trochę się boję, że nie poczuję niczego i wyjdę rozczarowana. Czy to normalne, że się nic nie czuje? Bo czytałam, że niektórzy ludzie mają bardzo intensywne odczucia, a inni zupełnie nic. Chodzi mi o to, że jakiś czas temu przeżyłam dość duże zawodowe niepowodzenie i kompletnie straciłam wiarę w siebie. Ktoś mi polecił bioenergoterapię jako sposób na odblokowanie, bo podobno blokady energetyczne mogą właśnie tak działać — odbierać pewność siebie. Czy to ma sens? I co właściwie może mi się przytrafić podczas tej sesji?
To co opisujesz z tą wiarą w siebie po niepowodzeniu — bardzo to znam. U mnie bioenergoterapia pojawiła się podobnym torem. Co do odczuć, to naprawdę jest różnie. Ja na pierwszej sesji czułem głównie ciepło w okolicach splotu słonecznego i jakieś dziwne mrowienie w dłoniach. Ale moja znajoma była trzy razy i za każdym razem mówiła, że nic. Dopiero za czwartym razem coś poczuła. Więc nie nastawiaj się na konkret — co może cię spotkać to pytanie bardzo otwarte.
Zanim zaczniecie wyliczać odczucia, to chcę zapytać o coś ważniejszego: czy ta osoba, do której idziesz, jest kimś polecanym przez kogoś zaufanego, czy znalazłaś ją losowo? Bo doświadczenia z sesji bardzo zależą od tego, kto prowadzi. Terapeuta może naprawdę otworzyć coś w człowieku albo kompletnie nic nie zrobić, i to nie zawsze kwestia blokad po stronie klienta.
Bioenergoterapia nie rozróżnia tak ostro między fizycznym a emocjonalnym — przynajmniej w założeniu. Pracuje się z całym polem energetycznym człowieka, a blokady emocjonalne i te wywołane stresem czy porażką bardzo często siedzą w ciele. Utrata wiary w siebie to klasycznie czakra splotu słonecznego i częściowo serca. Tyle że — i tu się zgodzę z Czesia61 — dużo zależy od tego, czy terapeuta w ogóle pyta o kontekst, czy tylko przykłada ręce.
Wracając do pytania o konkretne odczucia podczas sesji — ja na pierwszej swojej czułam płacz, który przyszedł znikąd. Serio, leżę, terapeuta nic nie mówi, i nagle mam łzy. Żadnego smutku, żadnej myśli, po prostu łzy. Dopiero po tym poczułam się lżej. Czy ktoś miał podobnie? Bo się zastanawiam, czy to typowe dla pracy z czakrą serca.
Nie, właśnie nie reagował w żaden szczególny sposób — powiedział tylko spokojnie żebym nie hamowała, że to ciało puszcza napięcie. I dziwnie to podziałało dobrze, bo nie skupiałam się na tym że płaczę, tylko po prostu płakałam. Ale rozumiem, że to dla każdego inaczej. Przy tej utracie wiary w siebie którą opisujesz — to może być właśnie taki moment kiedy coś puści.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie do wszystkich, bo zbieram różne doświadczenia: czy były u was jakieś odczucia nieprzyjemne podczas sesji? Nie chodzi mi o ból, ale o coś w stylu lęku, kłopotu z oddechem, zimna? Pytam, bo znajoma miała coś takiego i skończyła sesję wcześniej, i do tej pory nie wie czy zrobiła dobrze czy źle.
Znajoma Otolii zrobiła dobrze, że przerwała — jeśli cokolwiek wydaje się nie do wytrzymania, to zawsze należy powiedzieć. Dobry terapeuta nie powinien nikogo zmuszać do kontynuowania. Sama jestem ostrożna wobec osób, które mówią, że 'trzeba przez to przejść' przy silnym dyskomforcie. To nie jest zasada bez wyjątków.
Czytam ten wątek i mam takie swoje: byłam raz na sesji i terapeuta powiedział mi, że ma trudny dostęp do mojego pola energetycznego, bo jestem 'zbyt zamknięta'. I teraz sama nie wiem, czy to znaczy, że jestem zablokowana tak bardzo, że mi nie pomoże, czy raczej że byłam tego dnia po prostu napięta. Czy ktoś słyszał o czymś takim?
Ja nic nie powiem o bioenergoterapii, bo nie miałam, ale to co Fiolek opisuje brzmi trochę jak zrzucenie odpowiedzialności na osobę, która przyszła po pomoc. Może się mylę.
Ta rozmowa trochę mnie uspokaja, bo widzę że różne rzeczy się zdarzają i nie ma jednego wzorca. Ale mam jeszcze jedno pytanie — czy ktoś miał konkretne doświadczenie z odbudowywaniem wiary w siebie po niepowodzeniu właśnie przez bioenergoterapię? Nie pytam o ogólne dobre samopoczucie, ale o to, czy po sesjach zaczęliście inaczej patrzeć na swoje możliwości.
Nie chodziłam konkretnie z tym zamiarem, ale po serii czterech sesji zauważyłam, że zaczęłam inaczej mówić o sobie. Dosłownie — słyszałam siebie w rozmowach i myślałam, że brzmię pewniej. Nie wiem czy to zasługa sesji, czy po prostu czas i inne rzeczy, ale zbieżność była dla mnie wyraźna. Nie potrafię tego udowodnić, ale tak to czułam.
Szczerze? Nie wiem czy to rozróżnienie ma aż takie znaczenie praktyczne. Jeśli efekt jest, to jest. Ale rozumiem po co pytasz — bo jeśli ktoś idzie z konkretną potrzebą, jak Wera z tą wiarą w siebie, to może liczyć tylko na jedno, a zadziała drugie albo trzecia rzecz której się nie spodziewała.
Właśnie, to mnie zatrzymało przy tym co napisała Ewelinka. Nie wiem czy powinnam wchodzić w to z nastawieniem na konkretny efekt, czy lepiej pójść bez oczekiwań. Ale jak mam iść bez oczekiwań, skoro idę z konkretnym problemem? Trochę sprzeczne.
To nie jest sprzeczność, tylko rozróżnienie. Możesz wiedzieć po co idziesz i mieć intencję, ale nie przyklejać się do konkretnego scenariusza jak to ma wyglądać. To jest różnica między intencją a oczekiwaniem. Czy terapeuta, do którego idziesz, przed sesją pyta o intencję?
Robię sobie notatki z tej rozmowy i mam pytanie do Zdzicha i Ewelinkii — czy wy przed każdą sesją mówiliście terapeucie na czym chcecie się skupić, czy zostawialiście to jemu? Bo ciekawi mnie czy te sesje gdzie mówiliście więcej różniły się czymś od tych gdzie milczeliście.
To co Ewelinka pisze trochę mnie niepokoi, bo właśnie ta niepewność 'czy mówił mi to co chciałam usłyszeć' — jak można to w ogóle ocenić? Szczególnie że dla mnie tamta sesja zakończyła się tym komentarzem o moim 'zamknięciu'. Teraz czytam tę rozmowę i nie wiem co sądzić.
Słucham Fiolek i trochę się zastanawiam czy sama nie zrobiłabym tak samo — uwierzyła w ten komentarz. Bo jak ktoś jest ekspertem i mówi coś o tobie, to naturalnie bierzesz to do siebie. Szczególnie jak już przyszłaś z obniżoną wiarą w siebie.
I to jest właśnie coś, na co warto zwrócić uwagę idąc na sesję w takim stanie jak Wera opisuje. Osoba po niepowodzeniu jest bardziej podatna na przyjmowanie cudzych ocen jako prawdy o sobie. Dobry terapeuta powinien o tym wiedzieć i uważać z językiem. Fiolek — ten ktoś to był ktoś z polecenia czy z ogłoszenia?
Ta rozmowa o Fiolek i tym komentarzu o 'zamknięciu' trochę mnie przestraszyła, ale jednocześnie dobrze że to wybrzmiało, bo teraz mam inne pytanie do siebie. Czy ja idę na tę sesję po to żeby coś poczuć, czy po to żeby ktoś mi powiedział że jest ze mną okej? Bo może to są dwie różne potrzeby i jedna sesja nie zaspokoi obu.
Wera, to jest bardzo dobre pytanie i rzadko kto je sobie zadaje przed sesją. Skąd ta potrzeba żeby ktoś powiedział że jest z tobą okej — czy to wynika z tej konkretnej sytuacji, tego niepowodzenia, o którym pisałaś na początku?
Wera, ten 'odgrzeszył' to bardzo trafne słowo. Sama tak miałam. I powiem ci — bioenergoterapia nie działa jak absolucja. To nie jest tak że wychodzisz i czujesz się rozgrzeszona. Ale czasem wychodzisz i czujesz że ta ciężkość jest mniejsza. Czy to samo nie byłoby dla ciebie czymś?
Zdzichu, to co piszesz o leżeniu bez telefonu — ja też tak miałam przez pierwsze dwie sesje. I dlatego zaczęłam notować jak się czuję przed i po, nie tylko zaraz po ale też rano następnego dnia. Czy ktoś to robił i czy to w ogóle coś pokazało?
Słucham o tych notatkach i myślę że gdybym po tamtej mojej sesji to zrobiła, może inaczej by to wyglądało. Skupiłam się tylko na tym komentarzu i na tym jak ze szłam, a nie sprawdziłam co było kilka dni później. Chociaż chyba i tak tamto by zostało.
Fiolek, to brzmi bardzo znajomo — ta obawa przed oceną. Ja nawet tu się wahałam czy napisać, bo myślałam że moje pytania brzmią naiwnie. A teraz widzę że to całkiem złożona sprawa.
Czytam tę rozmowę od dłuższego czasu i mam pytanie, które może być głupie, ale nie umiem go nie zadać. Czy te doświadczenia które opisujecie — ta ciężkość, rozluźnienie, poczucie lekkości — to jest to samo co się zdarza podczas sesji, czy dopiero po? Bo miałam jedną sesję i w trakcie nic nie czułam, a potem byłam jakaś inna przez kilka dni i nie wiedziałam z czym to łączyć.
To 'więcej miejsca w środku' — znam to uczucie i sama nie wiem jak je inaczej nazwać. Wera, właśnie to jest coś co może się zdarzyć i czego chyba szukasz, chociaż może jeszcze tak tego nie nazywasz.
