Tylko jak niby poukładać, skoro nie wiadomo, od czego zacząć porównywanie? Lena mówiła, że improwizuje, ale żeby wiedzieć, co działa, trzeba chyba przez jakiś czas robić jedną wersję i nie zmieniać. Czy ktoś próbował trzymać się jednego schematu przez na przykład miesiąc i coś z tego wyciągnął?
Ja próbowałam czegoś podobnego z medytacją, nie z afirmacjami, ale z medytacją. Przez kilka tygodni robiłam to samo o tej samej porze. I faktycznie po jakimś czasie wchodziłam w to szybciej. Ale nie wiem, czy to był efekt schematu, czy po prostu przyzwyczajenia ciała do pory dnia. Czy to ma znaczenie, jeśli efekt jest podobny?
Moim zdaniem ma znaczenie, bo jeśli to tylko przyzwyczajenie biologiczne, to wystarczyłoby drzemać o tej porze i efekt byłby podobny. Jeśli jest coś więcej, to schemat powinien dawać coś, czego sama drzemka nie daje. Choć przyznam, że nie mam na to żadnego dowodu, tylko intuicję.
A może w ogóle nie trzeba wiedzieć, skąd pochodzi efekt, żeby z niego korzystać? Jeśli Stasia czuła się lepiej po tym schemacie, to czy naprawdę musi wiedzieć, czy to był efekt energetyczny, czy biologiczny? To pytanie do dyskusji, nie retoryczne.
Chyba właśnie o to mi chodzi. Chcę rozumieć, co robię, a nie tylko czuć się trochę lepiej losowo. Ale teraz jak o tym myślę, to może zaczynam od złego końca. Może najpierw powinnam skupić się na tym, żeby w ogóle coś poczuć konsekwentnie, a rozumienie przyjdzie potem?
Lena, to brzmi rozsądnie i mnie też to jakoś uspokaja, bo sama często mam wrażenie, że za dużo analizuję zamiast po prostu robić. Tylko mam pytanie, jak odróżnić moment, kiedy coś czujesz, od momentu, kiedy tylko chcesz poczuć i sugestia robi swoje? Bo to mnie blokuje bardziej niż cokolwiek innego.
O, to jest pytanie, które mi towarzyszy od początku. I nie mam na nie odpowiedzi. Ktoś mi kiedyś powiedział, że jak zadajesz sobie to pytanie, to jeszcze nie jesteś gotowa, a jak przestajesz zadawać, to może coś czujesz naprawdę. Ale to brzmi trochę jak pułapka bez wyjścia.
Pułapka bez wyjścia to dobre określenie. Bo jak nie pytasz, to możesz się łudzić, a jak pytasz, to ciągle jesteś w wątpliwości. Może dlatego te pierwsze kroki w bioenergoterapii są takie trudne, bo nie ma żadnego zewnętrznego wskaźnika, który by powiedział, że jesteś na właściwej drodze. Albo jest i czegoś nie wiemy?
To co Alojzy napisał o braku zewnętrznego wskaźnika, to chyba jest sedno całego problemu z bioenergoterapią na początku. Jak uczyłam się szyć, to wiedziałam, że źle, bo szew był krzywy. Tu nie ma krzywego szwu. I dlatego chyba tak trudno ustalić jakikolwiek rytm ćwiczeń, skoro nie wiadomo, kiedy poprzednie w ogóle zadziałały.
Mnie ta rozmowa trochę wyprowadziła z tematu afirmacji i dźwięku, ale może dobrze, bo dotykamy czegoś głębszego. Jak w ogóle wracać do meritum, żeby nie zgubić tego, co tu padło? Bo mam wrażenie, że gdzieś w tym leży odpowiedź na pytanie Leny o pierwsze kroki.
Właśnie, bo ja od początku pytałam o pierwsze kroki i jakoś zeszłyśmy na to, czy w ogóle można wiedzieć, że coś działa. I nie wiem, czy to odejście od tematu, czy może to jest właśnie ten pierwszy krok, żeby sobie odpowiedzieć na to pytanie, zanim w ogóle zaczniesz.
dokładnie tak to rozumiem i właśnie dlatego ta rozmowa jest dla mnie tak pomocna, choć formalnie kręcimy się w kółko. Ale chcę zapytać wprost: czy ty już próbowałaś tego mruczenia, o którym mówiła Naparstnica? Bo od tamtego wątku minęło kilka postów i nie wiem, czy to zostało w ogóle sprawdzone.
Ja bym też chciała wiedzieć, bo sama zaproponowałam to humming dość pochopnie, bazując na tym, co słyszałam, ale nie mam stuprocentowej pewności, że to działa jako wstęp do afirmacji, a nie jako osobne ćwiczenie. Może ktoś z was faktycznie to przetestował?
To brzmi sensownie jako fizjologia, ale pytanie, czy bioenergoterapia w ogóle działa na poziomie fizycznym, czy energetycznym, i czy te poziomy można traktować tak samo. Bo może humming pomaga cieleśnie, ale nie oznacza, że czyści pole energetyczne przed afirmacją. Albo że jedno ma coś do drugiego.
A może nie trzeba tego rozdzielać? Przynajmniej z mojego rozumienia bioenegoterapii, ciało i pole energetyczne to nie są dwie różne rzeczy, tylko dwie perspektywy na tę samą rzecz. Choć nie jestem pewna, jak to się ma do afirmacji konkretnie.
Może afirmacja to jednak inny mechanizm, bo jest słowna i wymaga jakiegoś przekonania, a humming jest czysto wibracyjny i nie wymaga wiary. Dlatego można mruczeć bez skutku dla afirmacji i odwrotnie. Choć to moje domysły, a nie wiedza.
To co mówi Ezoteryk pasuje do tego, co czuję. Jak mruczę, to czuję coś fizycznego, wibrację w klatce. Jak mówię afirmację, to tylko słyszę siebie i albo wierzę, albo nie. To są dwie zupełnie różne operacje. Ale może właśnie dlatego mruczenie mogłoby być wstępem, żeby wejść w jakiś stan zanim zacznę mówić?
Lena, to co opisujesz jest dokładnie tym, czego mi brakowało wyjaśnienia na początku. Nikt mi nie powiedział, że to dwie różne operacje, próbowałam je łączyć na siłę i nie rozumiałam, dlaczego jedno nie pomaga drugiemu. Czy próbowałaś już robić to po kolei, najpierw jedno, potem drugie?
Mnie też interesuje to pytanie, bo sam nie robiłem nigdy żadnego wstępu przed afirmacjami. Po prostu siadałem i zaczynałem mówić. Jak słucham tej rozmowy, to mam wrażenie, że może właśnie dlatego nic specjalnego nie czułem. Ale nie wiem, czy to jedyna możliwa przyczyna.
To jest konkretne pytanie i myślę, że warte sprawdzenia, bo poziom głosu to coś, co da się kontrolować bez specjalnego sprzętu. Ja przy pracy z czakrami głos ma znaczenie, ale to różny kontekst. Czy ktoś próbował tylko szeptu przez kilka sesji z rzędu i tylko głosu przez kilka kolejnych?
To, co Naparstnica mówi o szepcie, jest ciekawe, bo wraca do pytania, które Agatka zadała wcześniej, jak odróżnić, że coś czujesz, od tego, że tylko chcesz poczuć. Szept może tworzyć intymniejszy klimat i to by wyjaśniało to poczucie bez żadnego efektu energetycznego. Choć może właśnie klimat jest tu kluczowy?
To, co Alojzy napisał o szepcie i klimacie, trafia mi do głowy. Bo ja też miałam podobnie, że szept dawał mi poczucie skupienia, ale zawsze zastanawiałam się, czy to nie jest zwykłe placebo. I teraz pytam siebie, czy to w ogóle ma znaczenie, skoro efekt jest efektem?
Słucham was i mam wrażenie, że chyba nie da się tego rozróżnić, przynajmniej nie na początku. Czy to w ogóle jest warunek, żeby zacząć? Bo jak mam najpierw wiedzieć, czy efekt jest energetyczny czy psychologiczny, to chyba nigdy nie zacznę.
Lena ma rację i to jest dokładnie to, co mnie blokowało przez długi czas. Czekałam, aż będę miała pewność, skąd efekt, i w ogóle nie ruszałam. A teraz myślę, że może właśnie próba i obserwacja to jest ten pierwszy krok, o który pytałaś na początku.
Notatki to dobry pomysł, ale mam pytanie do Ludwiczka. Co konkretnie zapisujesz? Bo jak siadasz po afirmacjach i piszesz 'poczułem wibrację', to jak weryfikujesz później, że to nie było tylko skupienie na sobie?
To brzmi dla mnie bardzo sensownie i cieszę się, że to padło, bo sama nie wiedziałam, jak podejść do zapisywania. Ale mam pytanie do Leny, wracając do tego mruczenia i szeptu. Czy już próbowałaś zrobić sesję z jakimś konkretnym planem, najpierw humming, potem szept, i zobaczyć, co się zmienia?
Lena, ta kolejność, o której mówisz, to coś, o czym ja w ogóle nie myślałam, jak zaczynałam. Po prostu mówiłam afirmacje i tyle. Ale jak teraz słyszę tę rozmowę, to zastanawiam się, czy nie byłoby warto zaczynać od czegoś, co po prostu wycisza ciało, zanim w ogóle coś się powie.
