Tymek, to jest serce sprawy dla każdej tradycji ezoterycznej. Runy przeszły przez warstwę przedchrześcijańską, przez chrystianizację, przez romantyzm, przez nacjonalizm XIX w., przez neopogaństwo. Każda z tych warstw zostawiła ślad. Pytanie nie brzmi 'która warstwa jest prawdziwa' tylko 'do której się odwołujesz i czy jesteś tego świadomy'.
A ja mam pytanie bo trochę się zgubiłam w tej dyskusji. Wy mówicie o tolerancji między religiami, ale chyba też o tym że te religie wewnętrznie są niejednolite? Bo jak można mówić o dialogu między 'buddyzmem' a 'chrześcijaństwem' skoro obie te rzeczy to są setki różnych tradycji?
To co Lucyda mówi mi się kojarzy z czymś co czytałam o Indiach. Tam w jednej wiosce mogą być hinduiści, muzułmanie i chrześcijanie i żyć spokojnie przez pokolenia, a potem w ciągu tygodnia wybucha przemoc. Co się wtedy zmienia? Czy nagle 'przestają tolerować' czy raczej ktoś to z zewnątrz odpala?
Bardzo dziękuję za to wyjaśnienie Jacku, naprawdę dużo mi to dało do myślenia! Ale chciałam zapytać - bo może to naiwne pytanie - czy ta 'milcząca umowa' o której piszesz nie jest właśnie tym co nazywamy synkretyzm? Czy to dwa różne zjawiska?
Ale czy ta 'milcząca umowa' to nie jest właśnie to co mamy w Polsce? Mam wrażenie że większość Polaków jest 'tolerancyjna' dokładnie w tym sensie - po prostu nie myśli o innych religiach. I zastanawiam się czy to jest wystarczające, czy w momencie kryzysu to by się posypało tak jak Jacek opisuje.
Tatarzy polscy to bardzo ciekawy przykłd bo oni nawet meczety mają od setek lat i nikt z tego nie robił problemu. Mam pytanie - czy oni przeszli jakiś synkretyzm z polskością czy raczej zachowali swoją tożsamość oddzielnie? Bo to chyba ważne dla tego co piszecie?
Lipka, to jest dobry przykład bo pokazuje że te kategorie - synkretyzm, tolerancja, konflikt - nie wykluczają się wzajemnie i mogą istnieć jednocześnie na różnych poziomach. Na poziomie doktryny zostaje się wiernym swojej tradycji, na poziomie języka i kultury dochodzi do mieszania. I to chyba jest zdrowy model - wiesz skąd jesteś, ale rozmawiasz językiem miejsca gdzie żyjesz.
To co Malinowa opisuje to jest chyba najlepszy model do myślenia o tym temacie. Że te poziomy - doktrynalny, kulturowy, językowy, codzienny - mogą iść w zupełnie różnych kierunkach jednocześnie. I to mi się łączy z czymś co chciałem powiedzieć od dawna: może problem z 'tolerancją' jako pojęciem polega na tym, że zakładamy że musi być jeden poziom. Albo tolerujesz całość, albo odrzucasz całość. A tymczasem można zaakceptować kogoś jako sąsiada i odrzucać jego teologię.
Franek ma rację, bo pamiętam jak czytałam że Voltaire mówił coś takiego - że tolerancja to nie znaczy że akceptujesz błąd, tylko że nie prześladujesz za błąd. Trochę zimne, ale chyba realistyczne. Choć mnie osobiście bardziej odpowiada coś cieplejszego, jakieś prawdziwe zaciekawienie drugą tradycją. Czy ktoś tu miał doświadczenie z naprawdę głębokim poznaniem innej religii niż własna?
Mnie to pytanie Ilonki bardzo uderza, bo właśnie przez runy zacząłem się interesować nordycką mitologią, a przez nią trafiłem na porównania z innymi tradycjami indoeuropejskimi, i nagle okazało się że pewne struktury myślenia są podobne u Słowian, Hindusów, Celtów. Czy to jest właśnie ten synkretyzm o którym mówiliście wcześniej, czy raczej po prostu wspólne korzenie?
to ważne rozróżnienie. Wspólne korzenie indoeuropejskie to nie jest synkretyzm - to jest coś co badacze nazywają por��wnawczą mitologią. Synkretyzm to świadome łączenie tradycji które niekoniecznie mają wspólne korzenie. Kiedy patrzysz na podobieństwa między Odinem a Waruna, to nie synkretyzm - to archeologia języka i kultury. Synkretyzm byłby gdybyś zaczął łączyć praktyki runiczne z wedyjskimi mantrami w jednym rytuale, bo ci pasuje estetycznie.
To mnie trochę niepokoi bo sama łączę różne rzeczy w swojej praktyce. Runy, trochę astrologii, trochę elementów słowiańskich. Czy to znaczy że powinnam się jakoś 'deklarować' że to jest synkretyzm a nie rdzenna tradycja? Bo szczerze to nigdy nie mówiłam że robię coś rdzennego.
Właśnie o to chodzi, Malinowa. Chrześcijaństwo wzięło Boże Narodzenie z kultów solarnych, Wielkanoc z wiosennych rytuałów płodności, święci przejęli funkcje lokalnych bóstw. To jest synkretyzm który trwał setki lat i teraz nikt tego nie kwestionuje jako 'nieczysty'. Więc dlaczego współczesny eklektyzm ma inny status?
Jacku to jest bardzo ważna obserwacja, naprawdę otworzyło mi oczy! Ale chciałam się zapytać czy to znaczy, że np. nowe ruchy religijne jak Kościół Scjentologiczny albo neopogaństwo Wicca mają mniejsze prawo do tolerancji dlatego że są nowe? Czy to się jakoś odbija na tym jak są traktowane przez prawo albo społeczeństwo?
Lipka, ale buddyzm to jednak coś innego niż tarot, nie? Buddyzm ma filozofię, etykę, całe podejście do życia. Tarot to... no, wróżenie trochę. Czy na pewno wrzucamy je do jednego worka? Pytam szczerze bo nie wiem.
Ballen, to teraz pytanie do tematu - jeśli z zewnątrz religia wygląda jak coś, a w środku jest czym innym, to jak ma wyglądać tolerancja między religiami? Tolerujemy to co widać czy to co jest wewnątrz? Bo wracając do początku wątku, to chyba jest clue całego problemu ze współistnieniem religii - każda tradycja ma powierzchnię i głębię, i często dialog toczy się tylko na powierzchni.
Tymek, to jest dokładnie to o czym myślałam od kilku postów. Ten problem 'powierzchnia kontra głębia' jest może najważniejszy dla całej kwestii tolerancji. Dwie wspólnoty mogą się tolerować na poziomie powierzchni - świąt, strojów, budynków - i jednocześnie nie mieć pojęcia co naprawdę myśli i czuje ta druga strona. I wtedy przy pierwszym kryzysie wszystko się sypie, bo ta głębia nigdy nie była w kontakcie. Czy to nie jest właśnie ta 'milcząca umowa' o której Jacek mówił wcześniej?
Czytam ten wątek od początku i mam takie proste pytanie bo może coś przegapiłam - mówicie dużo o tym jak religie współistnieją albo nie w krajach i społeczeństwach, ale co z jednostką? Jak ktoś sam w sobie nosi dwie tradycje, na przykład wychowany katolik który praktykuje jogę albo medytację zen, to jest w nim synkretyzm czy konflikt czy coś jeszcze innego?
Honorata, to świetne pytanie i myślę że właśnie tutaj jest serce całej dyskusji. Bo społeczeństwo składa się z jednostek i jeśli jednostka nie potrafi pogodzić w sobie dwóch tradycji, to jak dwa narody mają się dogadać? Mnie to dotyczy osobiście - wychowany w katolickim domu, teraz siedzę po nocach i czytam o runach i nordyckich bogach. I nie wiem czy to jest konflikt, tolerancja czy jakiś mój własny synkretyzm.
ale czy ty sam to odczuwasz jako konflikt? Bo to jest kluczowe. Można nosić w sobie dwie tradycje bez napięcia, jeśli pełnią inne funkcje w twoim życiu. Albo mogą ze sobą ostro kolidować. Skąd wiesz którą masz sytuację?
Moim zdanim to w ogóle jest fałszywy dylemat. Mnóstwo ludzi praktykuje kilka rzeczy naraz i nikomu nic nie jest. Japończycy masowo łączą shinto z buddyzmem od tysiąc lat i nikt nie pyta czy to uczciwe. To jest ten azjatycki pragmatyzm religijny o którym pisałem wcześniej. Europa ma obsesję na punkcie exkluzywności.
Ale żeby wrócić do pytania Honoraty - bo mi się wydaje że to pytanie o 'uczciowść' wobec tradycji jest bardzo zachodnie i bardzo katolickie w swoim założeniu. Katolicyzm ma wyraźną doktrynę że jest jedyną prawdziwą drogą, więc siłą rzeczy każda inna praktyka jest z jego perspektywy problematyczna. Buddyzm tego nie mówi. Więc może pytanie zależy od tego z której strony patrzysz?
Nie do końca, bo buddyzm teoretycznie jest otwarty ale w praktyce konkretne szkoły buddyjskie potrafią być bardzo wymagające. Theravada na przykład ma bardzo precyzyjne wymagania dotyczące praktyki. Więc to nie jest tak że buddyzm to jest taka duchowa bufetowa przy której możesz sobie wziąć co chcesz z pozostałymi talerzami.
Przepraszam że się wtrącę z czymś trochę z boku, ale właśnie to mnie uderzyło - że my tu mówimy o tolerancji między religiami w skali kraju albo społeczeństwa, ale może najpierw trzeba by się zastanowić jak to działa na poziomie rodziny? Bo u mnie w domu jest tak że ja interesuję się różnymi rzeczami, a reszta rodziny jest bardzo katolicka i to jest napięcie które czuję codziennie. Czy ktoś miał podobnie?
Renia, to jest bardzo celne połączenie. Unikanie tematu to nie jest tolerancja - to jest zawieszenie broni. A zawieszenie broni może trwać latami i wyglądać jak pokój, ale pierwsza poważna rozmowa wszystko może wywrócić. Pytanie czy w rodzinie w ogóle jest możliwa ta głębsza tolerancja o której Tymek pisał wcześniej, ta dotycząca wnętrza a nie powierzchni?
Ja myślę że to jest możliwe ale wymaga żeby obie strony naprawdę chciały rozumieć, a nie tylko nie kłócić się. A to jest rzadkie. Pamiętam jak rozmawiałam z babcią o moich kartach i ona powiedziała że się martwi o moją duszę, a ja zrozumiałam że ona to mówi z miłości, nie z agresji. I jakoś ta rozmowa była dobra mimo że żadna z nas nie zmieniła zdania.
To mnie trochę niepokoi bo robi się z tego taka hierarchia gdzie tolerancja jest niemal zła bo jest za mała. A tolerancja jako kategoria polityczna i społeczna jest absolutnie niezbędna właśnie dlatego że nie możemy wymagać od wszystkich miłości. Państwo nie może nakazać obywatelom żeby się kochali. Może tylko nakazać żeby się nawzajem tolerowali. I to jest wystarczające na poziomie prawa.
