Dzikitaurus trafił w coś ważnego, ale chcę dopytać: czy to grupowanie przez wykluczenie nie tworzy jednak jakiejś realnej wspólnoty? Ci którzy są w tej jednej szufladzie 'nie-katolicyzmu' rozmawiają ze sobą, uczą się od siebie nawzajem. Czy to nie jest właśnie to forum? I czy z tego może wyniknąć coś głębszego niż przypadkowe sąsiedztwo?
To co Honorata pisze mi przypomina coś z tej dyskusji o tantrymie na początku. Tam też była kwestia - co jest autentyczne, a co jest tylko etykietką. Jeśli synkretyzm w Polsce to jest etykietka przyklejona na różne tradycje które niewiele o sobie wiedzą - to wracamy do pytania Tymka z pierwszego posta. Współistnienie jest faktem, ale czy to jest tolerancja? Bo tolerancja wymaga chyba jednak jakiegoś poznania tego co tolerujesz.
Lucyda właśnie to mnie nurtuje od początku. Zacząłem ten wątek bo w Polsce mówimy że mamy tolerancję religijną, i prawnie pewnie tak, ale ta rozmowa pokazuje że na każdym innym poziomie jest bardziej skomplikowane. Mamy estetykę bez treści, szafy, grupowanie przez wykluczenie, synkretyzm jako strategię przetrwania a nie dialog. Nie wiem czy to jest pesymistyczna konkluzja czy po prostu realistyczna. I nie wiem czy tantryzm jako przykład - bo od niego zaczęliśmy - jest wyjątkiem czy najlepszym dowodem na tę regułę.
Tymek, ale to co opisujesz - estetyka bez treści, szafy, grupowanie przez wykluczenie - czy to nie jest po prostu opis każdego społeczeństwa które jest w połowie drogi? Nie mówię że to dobrze, ale może to jest etap przejściowy a nie stan docelowy? Pytam bo astrologia przeszła przez coś podobnego - lata horoskopów w gazetach i dopiero teraz widzę że ludzie wracają do poważniejszego traktowania tematu.
Malinowa trafia w coś co jest kluczowe dla całej tej dyskusji o współistnieniu. Każda tradycja ma wewnętrzne spory o autentyczność. Jak mamy mówić o tolerancji między religiami, skoro w obrębie jednej tradycji nie ma zgody co ona w ogóle znaczy? To jest problem który w Polsce jest kompletnie niewidoczny bo te tradycje są z zewnątrz traktowane jako jeden blok 'nie-katolicyzmu'.
Szczerze? Nie czuję się reprezentowana przez nic zbiorowego. Ale ta rozmowa mnie zastanawia z innego powodu - mówimy dużo o tym jak inni nas postrzegają, o szafach, o etykietkach. A co z tym że my sami między sobą też nie zawsze rozumiemy nawzajem swoje praktyki? Ja mam rytuały miłosne, Czarek runy, ktoś inny tantryzm - czy my naprawdę tworzymy jakąś wspólnotę czy tylko jesteśmy w jednym wątku na forum?
Honorata masz rację ale to trochę smutne nie? że najdalej sięga ta 'tolerancja' to jest forum internetowe. na co dzień i tak szafa. czy wam nie przeszkdza że to jest takie... podzielone? przepraszam za literówkę
Pelagiusza, Gabrysia - to co opisujecie to jest coś co chyba dotyczy wszystkich tutaj w różnym stopniu. Ale wracając do samego tematu Tymka - czy to podzielenie jest specyficznie polskie? Pytam serio, bo mam wrażenie że w innych krajach ta przestrzeń jest inaczej zorganizowana. Choćby w UK czy w Niemczech masz sklepy, grupy, przestrzenie publiczne gdzie można być otwarcie np. wiccaninem. U nas to nadal jest coś dziwnego.
Lucyda ma rację i to mnie prowadzi do pytania które miałem od początku tej dyskusji: czy synkretyzm w Polsce - ten realny, codzienny, nie akademicki - jest możliwy bez przejścia przez etap właśnie tej 'szafy'? Znaczy, czy da się ominąć ten etap ukrywania i dojść do otwartości bez najpierw zbudowania jakiejś siły wewnętrznej w ukryciu?
Wiolka to jest chyba najostrzejsze podsumowanie tej rozmowy jak dotąd. Tolerancja jako przywilej, nie jako wartość powszechna. I teraz widzę że zaczynałem ten wątek od pytania dość ogólnego - tolerancja, synkretyzm, konflikt - a rozmowa pokazała że te trzy słowa w Polsce mają bardzo konkretne, bardzo cielesne znaczenie dla ludzi. Nie jestem bliżej odpowiedzi ale mam lepsze pytania. Dzięki wszystkim. Choć nie kończę - bo Ilonka zadała pytanie które nadal wisi w powietrzu.
