To jeden z tych tematów, gdzie nawet najwięksi sceptycy mają w rodzinie historię, której nie potrafią racjonalnie wytłumaczyć. Bo to nie jest kategoria zjawisk, którą ktoś sobie wymyślił - to coś, co występuje w każdej kulturze, w każdej epoce. Anglicy i Amerykanie nazwali to "crisis apparition", Skandynawowie mówili o vardøger, Japończycy o ikiryō, Celtowie o fetch. Wszędzie to samo - osoba pojawia się komuś bliskiemu w momencie własnej śmierci, często z dużej odległości.
Tak. W psychical research to było pierwsze zjawisko, które uczeni wzięli na poważnie. "Phantasms of the Living" Gurneya, Myersa i Podmore'a z 1886 - dwa tomy, kilkanaście tysięcy zebranych przypadków. Niektóre z dokładnymi godzinami, wiarygodnymi świadkami, dokumentacją z prasy. Do dziś nikt tego korpusu sensownie nie obalił.
Z mojej rodziny - mama zerwała się w nocy z krzykiem, że dziadek umarł. Spojrzała na zegarek, była 3:14. Rano przyszła wiadomość, że dziadek zmarł w szpitalu w Krakowie o 3:15 (mama mieszkała wtedy 200 km dalej). Mama nigdy w życiu nie miała takich epizodów ani przed, ani potem. To była jedna jedyna wizja - dokładnie wtedy, gdy odchodził człowiek, którego najbardziej kochała na świecie.
Te historie są tak częste w polskich rodzinach, że aż dziwne że nikt tego u nas systematycznie nie zbierał. Akademicka etnografia raczej omijała ten obszar, bo to "zabobon". A to są właśnie ślady realnych doświadczeń, którymi posługiwali się ludzie do orientacji.
