Ten wątek z mitem jako sposobem zapamiętywania kalendarza jest naprawdę ciekawy. Jak uczę się nowych kart tarota to właśnie obrazy i opowieści pomagają zapamiętać symbole - może wtedy te same mechanizmy poznawcze działały przy zapamiętywaniu cykli rytualnych? Ale to trochę odbiega od pytania o astronomię, chciałam zapytać - czy ktoś wie jak to było z majańskim tzolkin? Bo słyszałam że to był kalendarz czysto rytualny, bez powiązania z astronomią.
Ten strach że słońce może nie wzejść po Rundzie Kalendarycznej to jest coś co mnie bardzo uderza. To musi być głęboka egzystencjalna trwoga, że cały porządek świata zależy od właściwego przeprowadzenia obrzędu. Czy to działa podobnie w innych kulturach, że rytuał dosłownie podtrzymuje kosmos?
Nigdy o tym nie myślałam w ten sposób, że rytuał jest czymś koniecznym dla kosmosu a nie tylko dla człowieka. To zmienia zupełnie jak patrzę na obrzędy. Jak to się ma do tych wszystkich kalendarzy które omawiamy - czyli te święte daty to nie są tylko okazje do modlitwy ale momenty w których rytuał jest szczególnie skuteczny lub wręcz konieczny?
właśnie to co mowi Augur przypomina mi to co czytałam o kairologie u Greków - kairos kontra chronos. chronos to czas mierzalny, kairos to chwila właściwa, moment który ma jakość a nie tylko ilość. czy ktoś wie czy Grecy mieli jakiś rytualny system wyznaczania kairos czy to była bardziej filozofia niż kalendarz?
właśnie to co mowi Augur przypomina mi to co czytałam o kairologie u Greków - kairos kontra chronos. chronos to czas mierzalny, kairos to chwila właściwa, moment który ma jakość a nie tylko ilość. czy ktoś wie czy Grecy mieli jakiś rytualny system wyznaczania kairosa? bo jak Augur mówi o zbieżności wskaźników to brzmi podobnie
Dobre pytanie o Greków. W praktyce wróżebnej używali obserwacji ptaków, wnętrzności i właśnie astronomii - ale nie wiem czy mieli coś tak systematycznego jak jyotisha albo kalendarz aztecki. Może Czarek lub Wioletka coś o tym wiedzą, bo ja tu sięgam granic swojej wiedzy.
To co mówi Czarek o Hezjodzie to mnie zastanawia - bo to brzmi jak przepisywanie zasad bez rozumienia sensu. Czy to możliwe że większość kalendarzy rytualnych które mamy w źródłach pisanych to już są takie 'kopie kopii', gdzie oryginalny sens astronomiczny albo mityczny gdzieś po drodze zginął?
Chcę tu dorzucić perspektywę praktyczną bo ta rozmowa robi się mocno historyczna. Nawet jeśli teksty były zdegenerowane, to tradycja ustna mogła przez długi czas zachowywać sens którego nie ma w piśmie. Problem w tym że tradycja ustna umarła zanim ktokolwiek ją zapisał. Dlatego część neopogańskich praktykantów robi coś ciekawego - testuje kalendarze na własnym doświadczeniu i buduje indywidualny system obserwacji. To nie jest rekonstrukcja, ale własna hemerologia.
To co opisuje Czeslawa jest bardzo bliskie temu jak niektóre osoby pracują z tarotem - nie jako sztywnym systemem ale jako żywym sposóbm obserwacji. Zapis dziennych wyciągnięć kart przez rok i szukanie wzorów. Zastanawiam się czy to nie jest ten sam odruch co starożytna hemerologia, tylko w innym języku.
a jak to się ma do astrologii? bo astrolodzy też mają swój kalendarz przez planety i aspekty, merkury w retrograde i takie tam. czy to jest ta sama tradycja co te starożytne kalendarze omawiane wcześniej czy coś innego?
właśnie dlatego interesuje mnie ta kwestia z Wenus. Anastazy wcześniej wspominał o cyklu Wenus u Majów, teraz Augur o Wenus babilońskiej. czy te dwie tradycje rozwinęły coś podobnego niezależnie od siebie? bo cykl Wenus jest naprawdę regularny i dosyć łatwy do obserwacji...
to jest naprawdę niesamowite że ta sama planeta przywoływała podobne skojarzenia po dwóch stronach oceanu. chcę zapytać - czy to znaczy że sama Wenus jako ciało niebieskie ma jakiś realny wpływ na ziemskie zdarzenia, skoro tyle tradycji niezależnie to zauważyło?
Wróćmy na chwilę do kalendarzy, bo chce się upewnić że dobrze to wszystko składam. Mamy więc babilońskie obserwacje astronomiczne, egipskie dni pechowe z uzasadnieniem mitycznym, jyotishę z wieloma nakładającymi się cyklami, calendar aztecki z rundą 52 lat, celtycki z Coligny, grecki Hezjod i to wszystko jest odpowiedzią na to samo pytanie - jak znaleźć właściwy czas dla działania? czy coś pominęłam co omawiano wcześniej?
...czyli mamy cały ten zestaw systemów, które wyglądają podobnie, ale każdy z nich ma inną logikę wewnętrzną. Babilończycy patrzyli na niebo i szukali znaków dla króla i państwa, Majowie synchronizowali czas ludzki z czasem kosmicznym przez liczbę, jyotisha próbuje opisać indywidualny los przez konfigurację planet w momencie urodzenia. Czy ktoś może mi powiedzieć - czy te systemy zakładały, że czas SAM w sobie jest święty, czy że pewne momenty czasu są tylko wskaźnikami czegoś, co się dzieje na innym poziomie?
Przepraszam że wchodzę z praktycznym pytaniem po tej filozofii - ale właśnie o to mi chodzi. Jeśli czas ma jakość i planety tę jakość wyrażają, to jak tę wiedzę stosować na co dzień? Bo czytam o elektywnej astrologii, że można wybierać dobre momenty na ważne sprawy, ale nie wiem czy to jest coś z tej starej tradycji czy jakaś nowsza nakładka.
a w polskich wróżbach ludowych też był ten system żeby nie zaczynać pewnych prac w złe dni? Moja babcia mówiła żeby nie zaczynać szycia w środę bo się pospruje, nie prać w poniedziałek bo ktoś zachoruje. Zastanawiam się czy to jest ślad po jakimś dawniejszym kalendarzu czy po prostu lokalne przesądy bez głębszego systemu za nimi.
W tradycji runicznej też jest coś podobnego - pewne dni były lepsze do wycinania run, inne do rytuałów związanych z Odinem, inne z Thorrem. I to jest powiązane z dniami tygodnia przez imiona: wtorek to Tiw, środa to Woden, czwartek to Thor, piątek to Frigg. Ale te skojarzenia to już germańskie nakładanie się na babilońsko-rzymski system planetarny. Mieszanka jest stara i głęboka.
Poczekajcie - czyli nazwy dni tygodnia które znamy to są właściwie zakodowane bóstwa? I każdy dzień miał od początku inne 'właściwości' przez te bóstwa? Czy to znaczy że jak np. w czwartek coś zaczynam to powinienem brać pod uwagę energię Thora albo Jowisza?
Tu wchodzi ciekawe pytanie praktyczne - jeśli system jest tak stary i tak rozbudowany, to czemu we współczesnej astrologii popularnej tyle z tego zanikło? Słyszę o Merkurym w retrogradacji od każdej osoby która trochę zna astrologię, ale o godzinach planetarnych, o dniach właściwych do inicjowania różnych działań - to już tylko w bardzo specjalistycznych kołach. Czy to jest efekt uproszczenia tradycji dla mas czy coś innego?
Widzę tu wyraźną paralelę z tarotem - pierwotnie tarota używano w konsultacji, przy czytaniu przez znającą osobę, z kontekstem i relacją. Teraz większość ludzi ciągnie karty sama sobie i traktuje to jak aplikację. To nie jest złe samo w sobie, ale traci się głębię kontekstu. Pytam siebie czy nie jest tak samo z kalendarza rytualnym - może on też działa inaczej kiedy jest osadzony w żywej wspólnocie która współdzieli ten rytm, a nie tylko w indywidualnej praktyce?
Ale czy to nie znaczy że dla kogoś kto nie ma dostępu do żadnej wspólnoty, cały ten system kalendarza rytualnego jest po prostu niedostępny w pełnym sensie? Czy jest jakaś forma praktyki indywidualnej która zachowuje coś z tej zbiorowej dynamiki?
Wróćmy może do planet bo trochę mi to umknęło. Skoro każdy dzień ma swoją planetę i każda planeta ma jakość, to czy istnieje jakiś spójny opis tych jakości który jest wspólny dla różnych tradycji? Czarek mówił o Jowiszu i Thorze jako ekspansji - ale czy Venus w piątek ma tę samą jakość u Babilończyków, u Greków i w runach?
Wracając do Leokadii - powiedziałem 'tak i nie', ale może powinienem doprecyzować co mnie w tym najbardziej zastanawia. Wenus to faktycznie rdzeń miłości i piękna przez wszystkie tradycje. Ale Mars już nie jest tak jednoznaczny - Babilończycy widzieli w nim przede wszystkim zarazę i śmierć, nie wojnę jako taką. Dopiero Grecy z Aresem i Rzymianie z Marsem przesunęli akcent na siłę militarną. Więc 'jakość' planety to nie jest stały punkt, tylko coś co ma historię.
To znaczy że Babilończycy przez samą obserwację nieba doszli do tych samych wniosków co Grecy? Bez żadnego kontaktu? Albo jednak był jakiś kontakt i te systemy się po prostu przepisały od siebie?
A czy w tej całej babilońskiej tradycji też było coś w rodzaju kalendarza rolniczego powiązanego z planetami? Bo ciągle mówimy o królach i wojnach a mnie bardziej ciekawi czy zwykły człowiek miał do tego jakiś dostęp, czy to była elitarna wiedza zamknięta w świątyniach.
To co mówi Wioletka_Z jest dla mnie kluczowe - bo zawsze zastanawiałem się czy systemy ludowe to 'prawdziwa' wiedza czy tylko folklor. A tu wychodzi że to po prostu inna skala obserwacji. Mam pytanie do całego wątku: czy jest jakiś moment w historii kiedy te dwie warstwy - kapłańska i ludowa - faktycznie się ze sobą spotkały i wpłynęły na siebie?
Odpowiem na to pytanie konkretnym przykładem - helenistyczny Egipt. W Aleksandrii doszło do niezwykłego spotkania: egipska tradycja kapłańska, babilońska astrologia i grecka filozofia nałożyły się na siebie, a równocześnie kwitł rynek popularnych wyroczni dla zwykłych ludzi. Papirusy z Oksyrynchos zawierają zarówno skomplikowane horoscopy dla elit jak i proste tabele dni pomyślnych i niepomyślnych dla szerszego odbiorcy. To był moment kiedy te warstwy faktycznie zaczęły się mieszać.
