Zacząłem ostatnio drążyć temat kalendarzy religijnych i wyszło mi, że niemal każda tradycja miała swój własny sposób mierzenia świętego czasu. Ale co mnie uderzyło najbardziej to to, że w wielu z nich rytm obrzędów był ściśle powiązany z ruchem ciał niebieskich. Słońce, Księżyc, planety, gwiazdozbiory - to wszystko wyznaczało kiedy świętować, kiedy pościć, kiedy zawierać małżeństwa, a kiedy grzebać zmarłych. Czy to znaczy, że starożytni dosłownie czytali losy i terminy ze gwiazd? I jak to wyglądało w różnych tradycjach - bo chyba nie wszędzie tak samo?
No tak, w babylońskim kalendarzu na przykład każdy miesiąc był poświęcony innemu bóstwu i związany z konkretną planetą. To nie była tylko astronomja, to była religijna mapa czasu. Miesiąc Nisanu należał do Marduka, miesiąc Ajjaru do Isztar i tak dalej. Rytuały musiały się odbywać dokładnie w wyznaczonym czasie, bo inaczej były nieskuteczne. Trochę jak z tartem - karta wyciągnięta nie w porę mówi co innego.
To co napisałaś o Babilonie to ciekawy punkt wyjścia, ale chciałam dodać, że Skandynawowie mieli zupełnie inną logikę kalendarza - tam czas był mierzony bardziej przez pory roku i zjawiska przyrodnicze niż przez ruch planet. Blót, czyli krwawe ofiary, odbywały się trzy razy do roku: w zimie, na przełomie roku i latem. Nie chodziło o konkretne dni astronomiczne w naszym rozumieniu, tylko o czas, kiedy świat natury wysyłał sygnał. Pierwsze śniegi, przyloty ptaków, wschód konkretnych gwiazd. Czy to wychodzi na to samo co czytanie z gwiazd? Moim zdaniem nie do końca - tu chodziło bardziej o odczytywanie całości kosmosu, nie tylko nieba.
To pytanie jest kluczowe. W tradycji hermetycznej i neoplatońskiej nie rozdzielano tych dwóch rzeczy. Makrokosmos - niebo, i mikrokosmos - ziemia, były odbiciem tego samego porządku. Kalendarze rytualne w magii ceremonialnej opierały się na bardzo konkretnych obliczeniach: wejście Słońca w dany znak zodiaku, fazy Księżyca, godziny planetarne. Ale to nie był los w sensie fatalnym. Raczej chodziło o to, żeby działać w zgodzie z energią danego momentu. Rytuał Jowiszowy robiony w godzinie Jowisza w dzień Jowisza - czwartek - miał zupełnie inną moc niż ten sam rytuał zrobiony w środę. Czy ktoś z was pracuje w tym systemie na co dzień?
O, tego nie wiedziałam z tym tygodniem! Czyli nasza siedmiodniowa tydzień to właściwie produkt astrologicznego kalendarza? Myślałam, że to z judaizmu pochodzi, ze względu na stworzenie świata.
Jedno i drugie nałożyło się na siebie. Żydowski szabat dawał logikę siódmego dnia, ale nazwy dni - przynajmniej w językach romańskich i germańskich - są czysto astrologiczne. Lundi to Księżyc, Mardi to Mars, Mercredi to Merkury. W polskim to się zatarło przez chrześcijańskie nazwy jak środa, czwartek, ale łacina mówi wprost. To dobry przykład jak systemy religijne budują kalendarze na astronomicznym fundamencie, nawet jeśli potem zakrywają go własną teologią.
Mnie zawsze ciekawiło, jak to działało w praktyce u zwykłych ludzi, nie kapłanów. Bo kapłan w Babilonie czy druid w Galii mogli śledzić gwiazdy, ale rolnik? Czy miał dostęp do tej wiedzy kalendarycznej, czy tylko przestrzegał świąt, które mu ktoś wyznaczył?
Ale czy to nie jest trochę tak samo jak dzisiaj? Większość ludzi chodzi na Wielkanoc nie wiedząc, że data jest liczona od wiosennej pełni księżyca. Ktoś wyznaczył, kościół ogłosił, ludzie idą. Czyli ten schemat nie zniknął, tylko się ukrył.
Sobór Nicejski w 325 roku ustalił zasadę: pierwsza niedziela po pierwszej wiosennej pełni księżyca po równonocy wiosennej. Ale diabeł tkwi w szczegółach, bo 'wiosenna pełnia księżyca' to nie ta astronomiczna, tylko tzw. pełnia paschalna - obliczana według tablic kościelnych, które od prawdziwego Księżyca mogą odchodzić nawet o dwa dni. Dlatego Wielkanoc prawosławna i katolicka często się rozchodzą, bo korzystają z różnych kalendarzy bazowych - juliańskiego i gregoriańskiego. To ciekawy przypadek, gdzie teologia i astronomia wchodzą w konflikt i Kościół rozwiązał go na własną korzyść - liczy się 'kościelny' Księżyc, nie ten na niebie.
Czy to nie trochę dziwne, że Kościół celowo odszedł od rzeczywistego Księżyca? Wydawałoby się, że skoro Jezus żył w konkretnym czasie historycznym i pascha żydowska była związana z prawdziwym Księżycem, to chrześcijanie powinni to szanować, nie zastępować abstrakcyjnymi tablicami.
Mam pytanie może trochę z boku tego co mówicie, ale jak to jest w hinduizmie? Bo słyszałem, że tam mają bardzo skomplikowany kalendarz i że każdy rytuał ma konkretną 'muhurtę', czyli dobry czas, i to jest obliczane astrologicznie dla każdej osoby osobno. Czy to prawda?
A czy w islamie nie ma podobnie? Ramadan jest przecież przesuwający się, bo muzułmanie mają kalendarz czysto księżycowy - bez korekty słonecznej, więc ich święta chodzą po roku.
Wróżę do tego co mówiła Wioletka o kalendarzu hidżry - skoro przesuwa się o 11 dni rocznie, to znaczy, że Ramadan raz wypada w środku lata, raz w zimie? I muzułmanie w różnych klimatach muszą pościć przez różną liczbę godzin? To chyba bardzo trudne, jeśli ktoś mieszka blisko bieguna.
Ale to ciekawe, że ta decyzja o wędrującym kalendarzu nie była kwestią braku wiedzy astronomicznej, tylko celowego wyboru. Arabowie przecież znali astronomię świetnie. To trochę jak gdyby ktoś powiedział: wiemy jak zsynchronizować, ale nie chcemy. Dlaczego to było dla nich ważne?
To rozróżnienie, które zrobił Augur, jest kluczowe i myślę, że da się to prześledzić przez całą historię religii. Kalendarze słoneczno-księżycowe to zazwyczaj religie, dla których przyroda jest miejscem obecności bóstwa. Kalendarze czysto arbitralne albo czysto księżycowe bez korekcji to częściej religie monoteistyczne, które dystansują się od boskiej natury. Celtowie mieli kalendarze przyrodnicze bo ich bogowie żyli w rzekach i drzewach.
właśnie tak, u Celtów to był bardzo namacalny związek. Samhain nie był obliczany z tablic, tylko patrzono kiedy liście opadną albo kiedy bydło schodzi z pastwisk. Przynajmniej takie mam wrażenie z tego co czytałam. Czy to jest dobrze udokumentowane czy to mit o tej przyrodniczej obserwacji?
Ten kalendarz z Coligny - skąd go mamy? Był zakopany, znaleziony przez archeologów? I czy można z niego jakoś wywnioskować jak Celtowie rozumieli związek między astronomią a rytuałem, czy tylko mamy same daty bez wyjaśnień?
Znaleziono go w 1897 roku we Francji, rozbity na fragmenty - prawdopodobnie celowo uszkodzony może w czasie chrystianizacji. To brązowe tablice z wyrytymi miesiącami i oznaczeniami MAT (dobry) i ANM (niedobry) przy kolejnych dniach. Nie mamy żadnego komentarza teologicznego, więc to co wiemy o logice wyborów - dlaczego dany dzień był dobry - to już interpretacja. Część badaczy łączy to z astronomią, część z cyklami przyrody, a prawdopodobnie jedno i drugie szło razem.
A te oznaczenia MAT i ANM to brzmi dokładnie jak muhurta w hinduizmie - jedne dni dobre, inne złe. Czy to jest jakiś ogólnoludzki schemat myślenia o czasie czy to jest przypadkowa zbieżność?
To mnie trochę sceptycznie nastraja, bo jeśli każda kultura na świecie wymyśla 'dobre i złe dni', to może to jest po prostu ludzka potrzeba struktury i poczucia kontroli, a nie odpowiedź na coś realnego? Że wolimy mieć wytłumaczenie dlaczego coś poszło źle niż żyć z losowością?
Mam pytanie bardziej praktyczne. Czy ktoś z was faktycznie prowadzi jakiś rytuał lub praktykę zgodnie z takim rytmem astronomiczno-religijnym? Bo rozmawiamy bardzo historycznie, a ciekawi mnie jak to wygląda we współczesnej praktyce. Na przykład czy ktoś oblicza godziny planetarne przed tarotem albo dobiera dni do rytuałów?
a ja staram sie obchodzić osiem sabatów kola roku, te celtyckie. Nie zawsze dokładnie w astronomicznym dniu, bo życie nie pozwala, ale staram sie być przynajmniej świadoma że ten czas nadchodzi. Bardziej jako uważność na pory roku niż rytuał w sensie ścisłym.
Właśnie to co mówi Druidka_E wydaje mi się bliskie temu co praktykuję - taka uważność na cykl, nie koniecznie rytuał z rozkładu. Ale zastanawiam się, czy wtedy to jeszcze jest praktyka religijna czy już tylko świadomość natury? Gdzie jest ta granica?
To co powiedział Anastazy o Williamie Jamesie ciekawie mi się łączy z tym co czytałem o astrologii wedyjskiej - tam też jest to rodzaj uważności, ale mocno osadzonej w konkretnym systemie. Mam pytanie do bardziej doświadczonych: czy jyotisha jako system kalendarza rytualnego to jest bardziej matematyka czy mistyka? Bo czytałem że obliczenia są naprawdę skomplikowane.
wow to jest jak kilka kalendarzy naraz nałożonych na siebie. zastanawiam sie czy ta wielowarstwowość nie jest właśnie sedno - że żaden jeden cykl nie wystarczy, trzeba ich kilka żeby uchwycić jakis moment. u Celtów tez chyba bylo cos podobnego, ze zbieganie sie kilku momentów robiło z dnia szczególny?
Mitologiczne skojarzenia z dniami - to jest coś co mnie mocno uderza. Czy w innych kulturach też tak działało, że konkretna data była nieszczęsna bo 'wtedy umarł bóg', a nie dlatego że gwiazdy były w złym układzie? Pytam bo to by zmieniało cały sens tych kalendarzy.
W starożytnym Egipcie jak najbardziej tak. Mamy papirusy z tak zwanymi dniami szczęśliwymi i pechowymi i przy pechowych jest dosłownie napisane 'w tym dniu Set zabił Ozyrysa' albo coś podobnego. Astronomia i mit działają równolegle, nie zastępują siebie. Trudno nam to rozdzielić bo myślimy kategoriami albo-albo.
