Zastanawiałem się od dawna nad tym, jak różne tradycje rozwiązują podstawowe napięcie między bogiem, który jest wszędzie (immanentny), a bogiem, który jest poza wszystkim i niedostępny (transcendentny). W monoteizmach abrahamowych mamy klasyczny problem: Bóg jest nieskończony i nieogarniony, ale jednocześnie słyszy modlitwy i interweniuje w historię. W hinduizmie to napięcie rozgrywa się zupełnie inaczej - Brahman jest czystą transcendencją, ale Iśwara już jest osobowym bogiem, który wchodzi w relację z człowiekiem. Mnie bardziej interesuje jednak to, co dzieje się z tymi koncepcjami, gdy do gry wchodzą bóstwa żeńskie. W wielu tradycjach to właśnie bogini jest tą immanentną, bliską, obecną w materii i ciele - podczas gdy bóg-mężczyzna unosi się ponad stworzeniem. Czy to tylko przypadek, czy coś głębszego?
To nie jest przypadek i jest na to sporo materiału porównawczego. W tradycji greckiej Gaja jest dosłownie ziemią, podłożem pod stopami, natomiast Zeus rządzi z Olimpu - oddzielony, piorunujący, nieprzewidywalny. W kabale mamy Szechinę, żeński aspekt Boga, który 'zstępuje' i towarzyszy Izraelowi na wygnaniu - to jest właśnie teologiczna immanencja ubrana w żeński symbol. Ale chciałam zapytać - czy mówiąc o bóstwach żeńskich mamy na myśli tylko te z historycznych politeizmów, czy też np. współczesne ruchy Bogini, wicca i tamten nurt? Bo to dość różne rzeczy i chciałabym wiedzieć, w którą stronę zmierzamy.
Właśnie chciałam dopytać o to samo co Irga, bo gdy tylko ktoś mówi 'bóstwo żeńskie' to od razu część ludzi myśli o neopogaństwie i wicca, a część o Izydzie albo Śakti. A to są naprawdę różne poziomy rozmowy. Ja sama pracuję z obrazem Bogini w rytuałach i dla mnie ta immanencja to coś bardzo konkretnego - nie abstrakcja teologiczna. Bogini jest w samym ciele, w rytmach, w zmienianiu się. Ale nie wiem, czy to moje doświadczenie wpisuje się w jakieś starsze wzorce, czy jest po prostu współczesną interpretacją.
Mam pytanie do samej tezy o 'żeńska = immanentna, męska = transcendentna'. Czy to nie jest zbyt duże uproszczenie? W hinduizmie Śiwa jest zarówno absolutną transcendencją (Nirguṇa Brahman) jak i panem tańca stworzenia, więc jest i tu, i tam jednocześnie. Z kolei Kali potrafi być naprawdę przerażająco 'odległa' i przekraczająca wszystko co ludzkie. Nie jest tylko miłą, bliską mateczką.
A co z Matką Ziemią w tradycjach słowiańskich? Mokosz jest wyraźnie immanentna - ziemia, płodność, los, przędzenie nici życia. Ale z drugiej strony Perun jest piorunem i niebem, czyli klasyczna oś góra-dół, niebo-ziemia, mężczyzna-kobieta. To chyba jeden z najczystszych przykładów tej tendencji o której mówi Leopold. Słowiańskie wierzenia są tu ciekawe bo właściwie rekonstruujemy je z urywków, więc możemy się zastanowić na ile ta struktura była naprawdę obecna, a na ile wczytujemy ją z innych tradycji indoeuropejskich.
Właśnie to mnie trochę niepokoi w tych dyskusjach - że zawsze przy Słowianach ktoś musi dodać 'ale to tylko rekonstrukcja'. Rozumiem ostrożność, ale czy nie można dyskutować o tych wierzeniach tak samo serio jak o innych? Mam na myśli że np. przy greckiej mitologii nikt ciągle nie powtarza że to tylko literatura. Wiem, że to trochę offtopic, ale chciałam zapytać.
Wracając do pytania o immanencję - mnie zastanawia jedno. W monoteizmach, szczególnie w chrześcijaństwie, usunięto żeński pierwiastek boski na poziomie teologii oficjalnej. Ale on gdzieś pozostał - w kulcie Maryi, który w niektórych regionach jest naprawdę intensywny. I Maryja jest właśnie taka immanentna - Matka, bliska, pośredniczka, ta do której idzie się z codziennym bólem. Czy to nie jest właśnie żeński pierwiastek boski, który przetrwał w zmienionej formie?
To bardzo dobre pytanie. Mistyczki chrześcijańskie jak Hildegarda z Bingen czy Mechtylda z Magdeburga pisały o Bogu w sposób, który był znacznie bardziej 'żeński' niż oficjalna teologia. Hildegarda miała całą koncepcję Viriditas - zieloności, życiodajnej mocy, która jest czymś w rodzaju żeńskiej zasady immanencji w Bogu. To nie było heterodoksyjne, ale wyraźnie inne w tonie od scholastyki.
Mam proste pytanie bo trochę się gubię - co dokładnie znaczy 'immanentny'? Czytam ten wątek i rozumiem mniej więcej z kontekstu, ale wolę zapytać żeby się nie mylić.
A co z duchami i przodkami w kontekście tej immanencji? Jak dla mnie duchy właśnie są czymś immanentnym - są tutaj, wśród nas, a nie gdzieś w niebie. W tradycjach afrykańskich czy w sintoizmie kami są dosłownie w kamieniu, rzece, drzewie. Czy to jest jakaś inna kategoria niż bóstwa, czy też można to wrzucić do jednego worka?
Czytam ten wątek z dużym zainteresowaniem. Chciałam zapytać Kinia05 o tę pracę z obrazem Bogini - czy chodzi o konkretną tradycję (np. wicca, Dianic) czy coś własnego? Bo wspomniałaś o rytmach ciała i to brzmi jak coś innego niż np. klasyczna wicca gardeneriańska.
A czy w islamie jest w ogóle miejsce na coś immanentnego? Słyszałam, że Allah jest absolutnie transcendentny i nie można Go w ogóle porównywać do niczego stworzonego. Czy sufi jakoś to obchodzą?
A propos Ibn Arabiego - ciekawi mnie jedna rzecz. Skoro wahdat al-wudżud mówi, że Bóg jest jedyną prawdziwą rzeczywistością i wszystko jest w Nim, to czy to nie jest de facto panteizm? I jeśli tak, to gdzie się wtedy podziewa transcendencja? Bo wydaje mi się, że sufi balansują na bardzo cienkiej linie - z jednej strony ortodoksja islamska wymaga absolutnej odrębności Boga, a z drugiej mistyczne doświadczenie każe mówić o jedności.
To jest sedno sporu, który toczył się w islamie przez wieki. Ibn Arabi sam rozróżniał między wahdat al-wudżud a panteizmem - twierdził, że stworzenie nie jest tożsame z Bogiem, lecz Bóg jest obecny w stworzeniu jako jego jedyna rzeczywistość. Rozróżnienie subtelne, ale kluczowe. Ortodoksyjni uczeni go potępiali właśnie za tę dwuznaczność. Dlatego sufizm był w historii islamu nieustannie na granicy herezji.
Ale czy sufi sami się uważali za ortodoksyjnych muzułmanów? Bo czytałam gdzieś, że dla nich te kontrowersje były wtórne wobec bezpośredniego doświadczenia.
To mnie zastanawia w kontekście całej tej dyskusji o immanencji i transcendencji - czy nie jest tak, że mistycy we wszystkich tradycjach dochodzą do podobnego miejsca, niezależnie od punktu wyjścia? Sufi mówi 'Ana al-Haqq', hinduski jnanin mówi 'Aham Brahmasmi' - 'Jestem Brahmanem' - a chrześcijański mistyk mówi 'Bóg stał się człowiekiem, żebym ja stał się Bogiem'. Czy to jest zbieżność przypadkowa?
Mnie to pytanie o philosophia perennis zawsze trochę irytuje, bo ono zakłada, że możemy z góry wiedzieć, co jest 'rdzeniem' doświadczenia mistycznego. Ale to chyba jest właśnie kwestia tego, jak do bóstwa podchodzimy - czy szukamy czegoś poza, czy czegoś w sobie. W praktyce z Boginią, o której pisałam wcześniej, to nie jest ani 'tam' ani 'tu', to jest coś, co się spotyka gdzieś na granicy.
Przepraszam że wchodzę z czymś prostszym, ale chciałem zapytać - skoro boginie są w różnych religiach tak różnie traktowane, to czy jest jakaś jedna bogini, która pojawia się w podobnej roli w wielu kulturach jednocześnie? Bo słyszałem coś o Wielkiej Bogini jako koncepcji, ale nie wiem czy to jest prawdziwe czy wymyślone.
Gimbutas to rzeczywiście trudny przypadek - jej praca jest świetna jako intuicja, ale jako nauka ma poważne luki. Natomiast jeśli pytasz o boginie w podobnej roli w wielu kulturach, to jest kilka kandydatek. Izyda, Ianna, Asztarte, Afrodyta - wszystkie krążą wokół podobnych motywów: miłość, śmierć, odrodzenie, księżyc. Ale to nie znaczy, że to 'ta sama' bogini - raczej podobne odpowiedzi na podobne ludzkie pytania.
A co z Czarną Madonną? Bo to jest chyba jeden z ciekawszych przykładów tego, jak żeński pierwiastek boski przetrwał w chrześcijaństwie, niekoniecznie jako Maria - albo może właśnie jako Maria, ale zabarwiona czymś wcześniejszym. Częstochowska czy z Montserrat - czy ktoś wie więcej o tym skąd ta czarność pochodzi?
Wracając trochę do duchów, o których mówiłem wcześniej - mam wrażenie, że w tej rozmowie ciągle oscylujemy między boginiami jako abstrakcją a boginiami jako realnymi bytami. Ale duchy przodków albo kami są inaczej 'realne' niż wielka kosmiczna Bogini. Czy ktoś wie, jak tradycje, które mają i jedno i drugie - np. sintoizm - sobie z tym radzą? Czy kami są immanentne a jakieś wyższe bóstwo transcendentne?
To ciekawe zestawienie - sintoizm jako pełna immanencja kontra islam jako pełna transcendencja. A gdzie w tym spektrum plasuje się np. hinduizm? Bo Brahman bezosobowy jest absolutnie transcendentny, ale Kriszna jako awatar wchodzi w świat, rozmawia, kocha, żartuje. Mam wrażenie, że hinduizm celowo trzyma oba bieguny jednocześnie.
Czytam ten wątek od początku i jest tu mnóstwo rzeczy, które chciałabym zgłębić. Ale jedno mnie uderzyło - prawie nie mówiliśmy o tym, jak współczesne kobiety rekonstruują kult bogini. Kinia05 wspomniała o swojej praktyce, ale czy to jest coś bardziej powszechnego? Mam na myśli, że ruch feministyczny a duchowość żeńska to chyba osobny temat, ale czy gdzieś się łączą?
Goddess Spirituality to temat, przy którym mogłabym siedzieć godzinami. Ale chcę wrócić do tego, co powiedziała Irga o philosophia perennis, bo mi to leży w głowie - czy ruch bogini nie wpada trochę w tę samą pułapkę? Tzn. zakładamy, że jest jedna Bogini za wszystkimi boginiami, i to też jest pewna projekcja. Starhawk byłaby z tym polemizować, ale nie wiem, czy miałaby rację.
Przepraszam że przerywam, ale chcę się upewnić czy dobrze rozumiem ten podział, o którym rozmawialiście. Transcendencja to bóg poza światem, immanencja to bóg w świecie - tak? Bo w takim razie Kali jest immanentna, tak? Ona wchodzi w historię, w ciało, w śmierć.
To mi przypomina coś, co czytałam o czarnych boginiach w ogóle - Kali, Czarna Madonna, Hekate. Jakby ciemność była właśnie tym miejscem, gdzie immanencja i transcendencja się spotykają. Ciemność jako granica. Czy to ma jakieś głębsze uzasadnienie w tych tradycjach, czy to moja własna interpretacja?
Wracając do tego, co mówiła Kinia05 wcześniej o Bogini jako 'jednocześnie mnie i nie-mnie' - czy w Goddess Spirituality jest jakaś próba teologicznego opisania tego paradoksu? Bo to brzmi jak dokładnie problem immanencji i transcendencji przetłumaczony na osobiste doświadczenie.
