Zaczęłam się ostatnio mocno wgryzać w ten temat i chciałam otworzyć dyskusję, bo rzadko się o tym mówi całościowo. Prorocy, wizjonerzy, szamani - każda tradycja ma swoich pośredników między tym światem a wyższym. Ale jak właściwie wygląda mechanizm odbioru objawienia? Czy to zawsze ekstatyczny trans, utrata świadomości, czy może coś subtelniejszego? W islamie Mahomet opisywał objawienia jako dzwonienie dzwonu, potem słowa, w Biblii prorocy padali na twarz albo widzieli wizje jak Ezechiel - te koła z oczami. W szamanizmie syberyjskim trans jest wywołany doboszowaniem i często szaman 'wychodzi' z ciała. Mnie interesuje, czy te stany to ten sam fenomen opisywany różnym językiem, czy naprawdę odmienne doświadczenia. Co sądzicie?
Dobre pytanie, ale zanim pójdziemy za daleko, chciałam zapytać o jedno - co rozumiemy przez 'ekstatyczny' stan? Bo to słowo bywa używane bardzo różnie. Paweł z Tarsu opisuje swoje 'porwanie do trzeciego nieba' jako coś, o czym nie wiedział, czy był w ciele, czy poza ciałem. To brzmi zupełnie inaczej niż szamański trans z bębnem. A jednak obaj twierdzą, że odebrali przekaz. Czy ekstatyczność jest w ogóle warunkiem koniecznym objawienia, czy może to tylko jedna z form dostępu?
Właśnie - i tu ciekawy wątek. W tradycji tybetańskiej są wyroczniki zwani kuten, którzy wchodzą w trans tak głęboki, że pamiętają z niego niewiele albo nic. Ale są też tradycje, gdzie prorok jest w pełni świadomy i racjonalny, a mimo to odbiera przekaz. Biblijni prorocy piszący teksty nierzadko opisują siebie jako zupełnie przytomnych. Więc może ekstatyczność to nie mechanizm, tylko jeden ze sposobów? Mnie bardziej interesuje, kto w danej tradycji decyduje, że objawienie jest autentyczne - bo o tym też chyba warto mówić.
Patrząc na tradycje runiczne - tam jest coś, co się nazywa seiðr, nordycka technika wróżebna i kontaktu z innymi poziomami rzeczywistości. Völva, wieszczka, wchodziła w trans przy śpiewie zwany varðlokkur. Ale interesujące jest to, że sama völva nie zawsze pamiętała, co mówiła - jej słowa były powtarzane przez obecnych. Więc i tu pojawia się to samo pytanie o weryfikację. Kto wie, czy wolva nie powiedziała czegoś, co potem ktoś 'poprawił'? Tradycja ustna jest tu słabym ogniwem.
Przepraszam, że wchodzę z boku, bo nie jestem ekspertką - ale jak słyszę 'techniki zmieniające stan mózgu', zaczynam się zastanawiać, czy to nie jest po prostu autosugestia i halucynacja? Pytam bez złośliwości, naprawdę. Bo rozumiem, że te przeżycia są dla osób ważne, ale skąd kapłan wie, że to jest objawienie, a nie jego własna psychika?
Właściwie mnie bardziej ciekawi aspekt fizyczny tych przeżyć. Ezechiel, Izajasz, Jan w Apokalipsie - wszyscy opisują jakieś somatyczne doznania. Drżenie, padanie jak nieżywy, ogień wewnętrzny. W hinduizmie kundalini jest opisywana jako energia, która przy przebudzeniu daje podobne objawy. Czy ktoś ma wiedzę, czy te stany były badane na przykład przez historyków medycyny albo religioznawców? Pytam, bo to musi coś znaczyć, że takie same odczucia ciała pojawiają się niezależnie od kontekstu kulturowego.
Ja nie znam sie na religioznawstwie tak dobrze jak wy ale mam pytanie praktyczne. Czy w tych tradycjach kapłani sami wchodzili w trans kiedy chcieli, czy musieli czekać na 'wezwanie'? Bo czytałam że szamani często mówią że duch wybiera ich, nie odwrotnie. Czy tak samo było u proroków?
Wracając do weryfikacji o której mówiła Ostroika - mnie zastanawia co się dzieje, kiedy dwie osoby w tej samej tradycji mają sprzeczne objawienia. W historii Kościoła było pełno takich przypadków. Katarzyna ze Sieny miała wizje, Hildegarda z Bingen miała wizje - i nie zawsze szły w tym samym kierunku. Jak to wyjaśniały same te tradycje?
Słucham tej dyskusji i mam pytanie, które może być trochę z boku - ale czy w takich tradycjach jak taoizm albo buddyzm zen też jest coś, co można by nazwać 'objawieniem'? Bo mam wrażenie, że te drogi raczej odrzucają ideę boga, który coś objawia.
Właściwie to chciałam wrócić do czegoś, co powiedziała Seraphina na początku - że w seiðr słowa völvy były powtarzane przez innych. Mnie to skojarzyło się z Pytią w Delfach, która mówiła rzeczy niezrozumiałe, a kapłani je 'tłumaczyli'. I zawsze mnie to zastanawiało - ile w tym tłumaczeniu było od wyroczni, a ile od tłumaczy? Czy ktoś wie jak to wyglądało z bliska, bo to chyba kluczowe dla zrozumienia, jak działały te systemy.
Ale czy to w ogóle problem, czy może tak ma być z założenia? Znaczy - może przekaz mistyczny z definicji wymaga pośrednika, który go 'uziemi'? W tradycji żydowskiej jest pojęcie PaRDeS - cztery poziomy interpretacji Pisma. Peshat, czyli dosłowny, jest na samym dole. Sama ekstatyczna wizja bez interpretacji byłaby jak surowy sen bez kluczy do odczytania.
I właśnie dlatego w tradycji nordyckiej völva była szanowana - ale też trochę się jej bano. Jej słowa były traktowane jako surowy materiał, który wymagał kontekstu. Mam wrażenie, że problem 'kto interpretuje' jest wspólny dla chyba wszystkich tradycji ekstatycznych, bez wyjątku.
Słuchajcie, wracam do tego, co Aether pisała o buddyzmie i prajna. Czy ktoś wie, jak zen podchodzi do kwestii autentyczności przebudzenia? Bo rozumiem, że nie ma zewnętrznego boga, który weryfikuje - ale chyba jest jednak mistrz zen, który ocenia, czy uczeń naprawdę osiągnął satori? To trochę podobna struktura jak Pytia i kapłani.
To zestawienie zen i Delf jest naprawdę ciekawe. W obu przypadkach masz kogoś w zmienionym stanie i kogoś, kto ten stan ocenia. Ale różnica jest fundamentalna - Pytia twierdziła, że mówi bóg. Uczeń zen twierdzi, że widzi własną naturę. Czy to zmienia coś w kwestii wiarygodności?
Mam pytanie bo może jestem za prosta do tej rozmowy, ale - jeśli prorok twierdzi że mówi bog a mistyk zen twierdzi że zobaczył siebie, to który typ doswiadczenia jest bliższy temu co opisywał Zdzichu57 ze somatyką? Bo te drżenia i padanie jak nieżywy kojarzą mi sie bardziej z prorokami niż z zen.
Właśnie, funkcja społeczna. To mnie zastanawia od jakiegoś czasu - czy prorok bez publiczności w ogóle jest prorokiem? Izajasz chodził nago trzy lata jako znak. Ezechiel leżał na boku przez ponad rok. To były gesty dla konkretnych ludzi, nie prywatne mistyczne doświadczenia. Ekstaza była performatywna.
Ale jest jeszcze jeden wymiar, o którym nie mówiliśmy - prorockie objawienie w kontekście wygnania lub prześladowania. Ezechiel był na wygnaniu w Babilonii. Jan pisał Apokalipsę z Patmos, gdzie był zesłany. Czy presja zewnętrzna i izolacja nie są same w sobie techniką indukcji wizji? Wymuszona asceza?
William James pisał o tym, że warunki psychologiczne mogą być 'bramą', ale nie 'treścią' doświadczenia. Deprywacja sensoryczna otwiera drzwi - ale co przez te drzwi wchodzi, to już inna kwestia. To moim zdaniem jedno z niewielu naprawdę mądrych rozróżnień w religioznawstwie.
Czytam tę dyskusję i muszę dodać coś z własnego doświadczenia, bo to nie jest dla mnie tylko teoria. Kiedyś miałam sen, który był zupełnie inny niż cokolwiek wcześniej - taki 'twardszy', bardziej obecny. I do dziś nie wiem, czy to była jakaś forma objawienia, czy mózg mi coś zgotował. Ale po przeczytaniu tej rozmowy zaczynam myśleć, że ta granica może być celowo nieostra.
To, co Seraphina mówi o reputacji, bardzo mi coś przypomniało. Biblijna tradycja ma na to konkretne kryterium - fałszywy prorok to taki, którego proroctwo się nie spełnia. Deuteronomium mówi to wprost. Czyli weryfikacja jest odroczona w czasie. Ale co z proroctwami, które są z definicji niesprawdzalne za życia proroka?
Pośmiertna weryfikacja to coś, co mnie niepokoi w tym schemacie. Bo wtedy interpretatorzy mają ogromną władzę - mogą dobrać proroctwa do faktów, nie fakty do proroctw. Czy jest jakaś tradycja, która ma mechanizm ochronny przed tym rodzajem nadinterpretacji?
Słucham i mysle, że gdzies po drodze zginął mi wątek z początku - mówiliśmy o tym jak objawienie przychodzi, a teraz rozmawiamy głównie o tym jak je weryfikować. Czy to nie są dwa różne pytania? Bo mnie bardziej ciekawi ten moment 'przed' - co czuje ciało kapłana, zanim jeszcze cokolwiek powie.
To zestawienie szamana z prorokiem-pisarzem coś mi uświadomiło. Jak piszesz słowo, możesz je zmienić, zanim trafi do czytelnika. Ekstatyczne drgania są natychmiastowe i publiczne - nie możesz ich cofnąć. Czy nie jest tak, że oralność i piśmienność zmieniają samą naturę objawienia, nie tylko jego przekaz?
Przepraszam, że wchodzę z prostym pytaniem po tej filozofii, ale - czy ktoś wie, jak wygląda to cieleśnie u konkretnych mistyków? Mam na myśli nie ogólnie, ale na przykład Hildegarda z Bingen podobno miała wizje połączone z migrenami. Teresa z Ávila traciła przytomność. Czy to nie są zwykłe stany dysocjacyjne?
Właśnie. I dlatego mnie zawsze bardziej interesuje pytanie o treść niż o mechanizm. Co ta wizja powiedziała, co zrobiła z człowiekiem i jego wspólnotą - to jest mierzalne historycznie. Hildegarda napisała traktaty medyczne, teologiczne, muzykę. Efekt był twórczy i trwały. Czy to nie jest inne kryterium autentyczności niż weryfikacja proroctwa?
To jest naprawdę trudne. Bo mamy z jednej strony Hildegardę, z drugiej Jonesa, i oba przypadki zaczynają się od kogoś w stanie ekstatycznym, kto twierdzi, że otrzymał objawienie. Czy jest jakakolwiek cecha formalna - nie treściowa - która je odróżnia na etapie samego doświadczenia?
To, co Ostroika pisze o Ibn Arabim, brzmi podobnie do tego, co Aether mówiła o koanach zen - sprawdzasz nie sam stan, ale co z nim robisz. Ale mam pytanie do Aether - czy w tradycji tybetańskiej jest coś podobnego? Bo tam chyba są bardzo konkretne techniki wywoływania wizji, nie tylko ich oceny.
