No i tu wychodzi clou - hierarchia nigdy nie chce konkurencji w obrębie własnego systemu. To samo zresztą widać w historii mistyczek katolickich. Hildegarda z Bingen miała wszystkie trzy źródła autorytetu o których mówiła Ostroika, i też była przez całe życie na linii napięcia z instytucją.
Czyli hierarchia zawsze woli mieć świętych martwych niż żywych. Bo martwy święty nie zaprzecza, nie udziela wywiadów, nie zakłada własnej wspólnoty. To jakiś smutny wniosek, ale chyba prawdziwy.
Ale tu wychodzi nam coś ciekawego odnośnie kobiet w tym wszystkim - czy nastawnice bespopowców miały ten problem, że ktoś je potem kanonizuje i tym samym oswaja? Czy ich autorytet był zbyt oddolny, zbyt lokalny, żeby system kiedykolwiek chciał je wchłonąć?
Powiedziałbym że to i jedno, i drugie naraz. Siła - nikt ci tego autorytetu nie zabierze ani nie przepisze na własne potrzeby. Słabość - ginie razem ze wspólnotą. Gdyby ostatnia diuna Pomorek umarła bez uczniów, jej wiedza i autorytet znikałyby razem z nią bez śladu.
To jest dokładnie ten mechanizm, który widzę w przypadku kobiet w astrologii starożytnej - były praktyczkami, które uczyły córki i synowe, ale nie pisały traktatów, więc historia ich nie zapamiętała. Czy myślicie, że to jest kwestia dostępu do pisma, czy celowego niepisania?
Więc paradoksalnie - to, że ich historia jest niewidoczna, jest dowodem na to, że te kobiety dobrze rozumiały jak się chronić? Niewidoczność jako kompetencja?
Bardzo universalny. Widzę go też w afrykańskich religiach diasporowych - w santerii rola starszych kobiet zwanych Iyalobisy była dokładnie taka sama: centralny autorytet rytualny, wiedza przekazywana ustnie, celowa niewidoczność wobec zewnętrznego systemu władzy. Ale zaraz, wracając do wątku cerkiewnego - czy ktoś wie, jak to wyglądało u popowców kontra bespopowców jeśli chodzi o kobiety po 1917 roku, gdy prześladowania wróciły, ale teraz ze strony sowieckiej?
Więc historia zatoczyła koło? Legalizacja w 1905 zepchnęła je trochę na margines, a nowe prześladowania przywróciły im centralność? Czy to znaczy, że rola kobiet w tych wspólnotach jest zawsze odwrotnie proporcjonalna do siły zewnętrznej hierarchii?
Bo świeccy mężczyźni też byli na celowniku? Albo uciekali, albo szukali kompromisu z nową władzą? Mam wrażenie, że w historii prześladowań religijnych to kobiety częściej trwały przy praktyce, bo były mniej widoczne jako zagrożenie polityczne.
Syriana67 ma rację i to jest poświadczone w materiałach sowieckich - Czeka i późniejsze służby skupiały się na mężczyznach jako potencjalnych przywódcach politycznych. Kobieta prowadząca modlitwę w prywatnym domu była długo traktowana jako 'zabobon' do edukowania, nie jako wróg do aresztowania. Ten błąd w ocenie ze strony prześladowców był paradoksalnie tym, co umożliwiło przeżycie wielu wspólnot bespopowieckich do lat osiemdziesiątych XX wieku.
Chcę dopytać o jedno - czy ta niewidoczność kobiet w bespopowszczyźnie dotyczyła tylko nastawnic, czy też szeregowych uczestniczek? Bo mam wrażenie, że rozmawiamy głównie o przywódczyniach, a przecież zwykłe kobiety we wspólnocie też musiały odgrywać jakąś rolę?
W tradycjach diasporowych, które znam, taka przewaga liczbowa kobiet zawsze zostawiała ślad w liturgii - pewne modlitwy stawały się bardziej związane z cyklem życia, z domem, z narodzinami i śmiercią. Czy u bespopowców można coś takiego wyśledzić, Ostroika?
Ten motyw opłakiwania utraconej pełni to jest coś, co mnie uderza w porównaniu z tradycjami gnostyckimi. Tam też mamy poczucie, że prawdziwy boski porządek jest niedostępny, zasłonięty - i tam też kobiety, jak Maria Magdalena, są często strażniczkami tego bólu i tej pamięci. Przypadek?
To brzmi jak mocna teza. Ale czy nie za bardzo upraszczamy? Mężczyźni bespopowcy też byli wyparci, też żyli na marginesie. Dlaczego akurat kobiety miałyby bardziej identyfikować się z tą przegraną stroną?
Czyli staroobrzędowość jako ruch to stworzyła pewną lukę, w którą kobiety weszły nie dlatego, że ich zaproszono, ale dlatego, że mężczyźni nie mieli co stracić, a kobiety nie miały co zyskać na powrocie do starego porządku?
Dyspozycyjność to nie jest tylko socjologiczny przypadek - w wielu tradycjach, które badałem, kobiety były przywódczyniami rytualnie właśnie dlatego, że były 'przy domu', a dom był świątynią kiedy zewnętrzne świątynie były zamknięte lub nieosiągalne. To jest strukturalna cecha religii przetrwania.
Mnie ciekawi co się dzieje z tymi tradycjami kiedy prześladowanie ustaje. Czy kobiety zachowują pozycję, czy są z powrotem spychane na bok kiedy mężczyźni mogą wrócić do instytucji?
Więc historia naprawdę zatoczyła koło. To jest smutne, ale chyba przewidywalne. Kiedy hierarchia przestaje być zagrożeniem, wraca jako atrakcja - bo daje poczucie ciągłości, legitymizacji, rozpoznawalności.
Ale czy wszędzie tak się stało? Bo to byłaby zbyt prosta historia - kobiety ważne tylko w kryzysie, a potem odkładane na półkę. Czy nie było wspólnot, które zachowały model z okresu prześladowań?
To jest ciekawe, że akurat Finlandia i Estonia są tymi wyjątkami. Czy to kwestia tego, że te wspólnoty były tam mniejsze, bardziej izolowane, więc nie było nacisku żeby się 'normalizować'? Bo mam wrażenie, że instytucjonalizacja zawsze idzie w parze z presją na ujednolicenie - a ujednolicenie w kontekście religijnym prawie zawsze oznacza maskulinizację hierarchii.
Czy to nie jest tak, że każda religia przetrwania ma w sobie jakiś zegar - że kiedy zagrożenie mija, zegar zaczyna tykać i liczy czas do momentu, kiedy kobiety zostaną z powrotem zepchnięte? Jak długo da się utrzymać ten model równościowy bez strukturalnego zakotwiczenia?
Właśnie tu jest sedno. Bespopowcy nie stworzyli teologii kobiecego kapłaństwa - bo nie uważali, że nastawnica jest kapłanką. Ona była starszą, przewodniczką, strażniczką rytuału. To dawało jej realną władzę, ale nie dawało jej miejsca w żadnej doktrynie. Więc kiedy pojawiła się szansa na odzyskanie 'prawdziwych' form, ta rola nie miała czym się bronić teologicznie.
Myślę, że kryzys zawiesza logikę hierarchiczną. Kiedy nie ma z czego wybierać, nikt nie pyta o legitymizację. Pytania zaczynają się, kiedy pojawia się alternatywa - czyli właśnie po 1991 roku. To jest mechanizm, który widzę też w innych kontekstach, niekoniecznie religijnych.
To trochę jak z każdą rewolucją - dopóki trwa stan wyjątkowy, wszyscy są równi. Kiedy stan wyjątkowy się kończy, szybko okazuje się, że niektórzy są równiejsi. Nie wiem czy to jest pesymistyczna obserwacja czy po prostu realistyczna.
Kimbanguizm w Kongu może być takim przykładem - ruch powstały z prześladowania, gdzie kobiety miały ogromną rolę rytualną, i który po usamodzielnieniu się nie cofnął tej roli całkowicie, choć ją zrestrukturyzował. Ale to też nie jest historia prosta. Teodozjo, Shangie - czy ktoś z was zna jakieś przykłady bliższe nam geograficznie?
Wicca to jest ważne odwołanie, ale Shangie ma rację - to jest przypadek ideologicznie zaprojektowany, nie wyłoniony z kryzysu. Natomiast jeśli mamy szukać przykładów bliżej Europy Wschodniej, to siostrzenice duchowe bespopowczyń są chyba w Rusinach lipowanach - wspólnotach w Rumunii i na Ukrainie. Tam w kilku miejscach kobiety wciąż prowadzą modlitwy w sytuacji braku duchownego mężczyzny.
Rusini lipowańscy - nie słyszałam o nich wcześniej. Czy to jest ta sama tradycja bespopowiecka, tylko przeniesiona na inne terytorium, czy coś pokrewnego ale osobnego? Bo wydaje mi się, że kontekst geograficzny mógł tu zadziałać inaczej niż w Rosji.
