W numerologii imienia spotykamy trzy podstawowe liczby – Liczbę Przeznaczenia (z pełnego imienia i nazwiska), Osobowości (ze spółgłosek) i właśnie Duszy, liczoną wyłącznie z samogłosek. Ta ostatnia ma pokazywać, co nas naprawdę napędza od środka, nie to co demonstrujemy światu, tylko to, czego w głębi serca chcemy. U mnie z imienia i nazwiska wychodzi 7. I faktycznie, odkąd pamiętam, najbardziej wtedy jestem w zgodzie ze sobą, kiedy mam spokój, czas sama ze sobą i możliwość pogrzebania w czymś, co wymaga zastanowienia. Tłum mnie męczy w 15 minut. Ciekawi mnie, co Wam wychodzi i czy to się klei z tym, co sami o sobie wiecie.
U mnie 6. I zgadza mi się niepokojąco. Dom, ludzie których kocham, obowiązek opieki nad innymi – nawet jeśli czasem próbuję od tego uciec, zawsze wracam do tego punktu. Miałam okres, kiedy próbowałam grać "wolnego ducha" i skończyło się to tym, że czułam się nie na swoim miejscu nigdzie.
Mam pytanie praktyczne – liczymy Y jako samogłoskę czy nie? Bo jak Y wchodzi, to mi wychodzi 3, a jak nie – 8. Różnica kosmiczna.
U mnie 11 i to ta mistrzowska wersja – nie sprowadzam do 2. Żyję z tym od dawna i przyznam, że to liczba, z którą trudno się czasem obudzić. Nie w sensie egzaltowanego dramatu, tylko tego, że intuicja wbija ci informacje, na które nie masz czasu i chęci. Dusza jedenastki bardzo chce czegoś większego niż tylko dobrze się mieć – chce sensu, duchowego zakorzenienia. Jeśli tego brakuje, robi się pustka, której niczym materialnym nie zasypiesz.
U mnie Dusza 2 i długo miałam z tym zgrzyt. Dwójka w Duszy to jest ta potrzeba partnerstwa, bycia w parze, harmonii – a ja większą część życia przeżyłam jako singielka z wyboru. Dopiero po czterdziestce zrozumiałam, że dwójka nie dotyczyła tylko partnera romantycznego, tylko w ogóle bycia w bliskiej relacji z kimś, komu mogę zaufać. Znalazłam to w przyjaźniach, nie w związku.
U mnie 5. Dusza wolnościowa, lubiąca zmiany, ruchliwa. Przed czterdziestką zmieniałem miasto średnio co dwa lata, zawody trzy razy. Teraz jest spokojniej, ale nadal jak spędzę dwa miesiące bez wyjazdu gdziekolwiek, robię się nie do zniesienia w domu.
