Ostatnio wróciłem do lektury o religii Inków i coraz bardziej mnie nurtuje jedno pytanie: czy to był naprawdę politeizm, czy może coś znacznie bardziej złożonego? Inti, bóg słońca, był postacią centralną, a Sapa Inka był jego wcieleniem na ziemi. Ale obok niego stali Viracocha, Mama Quilla, Supay... Czy to był panteon równorzędnych bóstw, czy raczej monoteizm z bóstwami pomocniczymi, jak np. w późnym judaizmie z aniołami? I drugie pytanie, które mnie równie mocno ciągnie: Inkowie czytali los z gwiazd i ciał niebieskich. Czy ktoś wie, jak to wyglądało w praktyce? Bo astrologia andyjska to temat kompletnie pomijany przy omawianiu systemów wróżbiarskich.
To pytanie o mono- czy politeizm u Inków jest bardziej skomplikowane niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Inti był centralny, ale Viracocha był starszy i głębszy teologicznie - stwórca wszechświata, który Intiego powołał do istnienia. To trochę jak w neoplatonizmie: jest Jedno, które emanuje niższe byty. Inkowie mogli mieć coś analogicznego, gdzie słońce jest tylko najważniejszym przejawem wyższej zasady. Ale zacznijmy od podstaw: kto tu śledził temat z pierwszej ręki, przez kroniki Garcilaso, Guamana Pomę, albo chociażby Betanzosa?
Czytałam trochę Garcilaso de la Vegę i on wyraźnie sugeruje, że Inti był centrum kultu, ale Viracocha był jakby bogiem bogów, twórcą samego Intiego. Garcilaso zresztą sam był metycem, synem hiszpańskiego konkwistadora i inkaskiej księżniczki, więc jego opis jest ciekawy, bo próbował pogodzić dwa światy. Ale właśnie tu mam pytanie do Jasiek98 - kiedy piszesz o monoteizmie zakamuflowanym, to masz na myśli, że Inkowie sami wiedzieli, że to jeden bóg, i ukrywali to przed ludem? Czy raczej że z naszej perspektywy analitycznej możemy to tak czytać?
Zatrzymajcie się chwilę przy tej analogii z Echnatonem, bo ona jest o tyle interesująca, że reformy Echnatona skończyły się katastrofą, a inkaska teologia słońca przetrwała wieki i zintegrowała setki podbitych ludów. Skoro Inkowie narzucali kult Intiego podbitym plemionom, ale jednocześnie pozwalali im zachowywać własne bóstwa, czy to nie sugeruje, że Inti miał dla nich rolę raczej polityczną niż teologiczną? Że to był symbol jedności imperium, a nie dogmat wiary?
Moim zdaniem Inkowie mieli w głowie coś zupełnie innego niż politeizm czy monoteizm w naszym rozumieniu. Te kategorie są europejskie i nie do końca pasują do Andów. Huaca - to słowo klucz. Każdy kamień, góra, rzeka mogły być huaca, czyli miejscem świętym, przejawem sacrum. To jest animizm na głębszym poziomie, gdzie sama zasada Intiego mogła przenikać wszystko. Więc pytanie monoteizm czy politeizm może być po prostu źle postawione.
Zaczekajcie, bo próbuję za wami nadążyć i mam głupie pytanie: te ciemne plamy, to znaczy, że Inkowie czytali to, czego NIE MA między gwiazdami? Że brak gwiazd był dla nich ważniejszy niż same gwiazdy? To jest jakiś odwrócony system optyczny prawie.
To co pisze Jasiek o ciemności jako równorzędnym elemencie bardzo mi się łączy z innymi tradycjami, gdzie dualność światło-cień jest fundamentem, nie opozycją. Ale chcę się upewnić, czy dobrze rozumiem kontekst główny: jeśli Inkowie patrzyli na ciemne konstelacje w celach praktycznych, rolniczych, to czy to w ogóle można nazwać astrologią? Czy to nie jest raczej astronomia praktyczna bez wymiaru wróżbiarskiego?
Czyli astrologia inkaska była bardziej mundana niż natalna? Tak to się chyba mówi, że horoskopy mundane to te dla krajów i władców, a natalne dla jednostek. U Inków był tylko poziom zbiorowy? A co z Sapa Inką - jego narodziny były jakoś obwarowane obserwacją ciał niebieskich?
Z tego co czytałem, Sapa Inka był po prostu synem Intiego, więc nie potrzebował horoskopu - sam był gwarancją łaski słońca. To trochę zmienia optykę: po co przepowiadać los tego, kto jest bogiem? To może wyjaśniać, dlaczego system wróżbiarski był ukierunkowany na zbiorowość, a nie na indywiduum.
Przepraszam że się wtrącam, ale chcę zapytać o coś praktycznego: czy w Coricancha faktycznie były te okna ustawione astronomicznie, jak w Stonehenge albo w Newgrange? Bo słyszałam że Hiszpanie zburzyli świątynię i zbudowali na jej fundamentach klasztor, więc skąd w ogóle wiemy jak to wyglądało?
Wróćmy na chwilę do głównego pytania Jaśka, bo ciągle mnie to nurtuje. Jeśli Viracocha był stwórcą wszystkiego, Inti był jego tworem i zarazem głównym obiektem kultu, a Mama Quilla - bogini księżyca, żona Intiego - miała swój własny kult rozdzielony fizycznie bo kobiety inkaskie czciły ją oddzielnie od mężczyzn, to czy to nie jest jednak pełnoprawny politeizm, tylko ze słońcem na szczycie hierarchii? Co czyniłoby to po prostu henoteizmem, nie zakamuflowanym monoteizmem.
Chcę tu wrzucić inny kąt patrzenia. W wielu tradycjach szamańskich i animistycznych, a Andyjczycy mają żywą tradycję paqo - uzdrowicieli/szamanów - bóstwa nie są traktowane jako byty oddzielne od świata, ale jako jego koncentracje. Apus, duchy gór, są dosłownie górami, nie mieszkają w górach. Jeśli ten sposób myślenia był też u Inków, to pytanie mono-poli-henoteizm może być zupełnie bez sensu, bo te kategorie zakładają byty oddzielone od materii. A tu byt i materia są tym samym.
Dokładnie to mnie zastanawia w tej odpowiedzi Welesa. Animizm i rozbudowana hieratyczna struktura kultu niekoniecznie się wykluczają. W tradycjach andyjskich masz jednocześnie paqo pracującego bezpośrednio z duchem góry i kapłanów zarządzających ogromnymi zasobami świątynnymi. Te dwa poziomy mogły współistnieć bez sprzeczności, bo obsługiwały inną potrzebę - jeden indywidualną, drugi zbiorową i polityczną.
Ludwinia trafia w sedno, ale chcę to rozwinąć. Ta 'oficjalna teologia państwowa' była w przypadku Inków dosłownie sposobem imperialnym. Kiedy podbijali nowy lud, przywozili do Cuzco lokalne huaca i w ten sposób symbolicznie brali lud w zakładników. Bogowie podbitych ludów byli gośćmi w stolicy, co znaczyło, że cały panteon był celowo inkluzywny. Nie elimowali lokalnych kultów, tylko je absorbowali. Czy to nie jest jeden z powodów, dla których system wyglądał bardziej politeistycznie niż może był z założenia?
To co Jasiek pisze o przywożeniu huaca jako zakładników jest naprawdę uderzające. Znaczy, że relacja z bóstwem była dla Inków relacją polityczną, nie tylko duchową. Ale wtedy mam pytanie: czy Inti też był traktowany jako zakładnik wobec czegoś wyższego? Czy był po prostu wyjęty poza tę logikę, bo był słońcem, które fizycznie świeciło nad wszystkimi?
Złoty ogród z metalowymi roślinami i zwierzętami - to brzmi jak coś między relikwią a modelem fizycznym wszechświata. Ale nie rozumiem jednego: dlaczego model? Przecież mieli prawdziwy ogród, prawdziwe Słońce. Po co duplikat?
To co Jarek mówi o złocie jako materii rytuału, a nie ekonomii, bardzo dobrze łączy się z tym, co wcześniej mówiłyśmy o ontologii. Jeśli złoto to pot Słońca, to ogród zrobiony ze złota jest dosłownie zbudowany z substancji bóstwa. To nie jest symbol - to jest fragment ciała Intiego. Zupełnie inne podejście niż w tradycjach, gdzie świątynia jest tylko budynkiem poświęconym bogu.
Słucham tej dyskusji i chcę zadać chyba podstawowe pytanie, bo trochę się zgubiłam: czy w tej teologii inkaskiej było coś w rodzaju duszy ludzkiej? Znaczy - człowiek po śmierci szedł dokąd? Do Intiego, do Viracochy, czy to w ogóle nie było ich problemem?
Momencik, mumie zarządzały majątkiem? To znaczy, że synowie musieli zdobywać nowe ziemie, bo ojciec - mumia - nie oddawał starych? Słyszałam o tym gdzieś, że to był jeden z powodów ekspansji inkaskiej. Czy ktoś może to potwierdzić albo zaprzeczyć? Bo jeśli to prawda, to ekspansja imperium była dosłownie napędzana ekonomią śmierci.
I tu mamy chyba odpowiedź na pytanie Jaśka z początku wątku, tylko od innej strony. Jeśli władza Sapa Inki trwała po śmierci, to on sam był czymś więcej niż człowiekiem. Syn Słońca, który nie umiera naprawdę, który rządzi przez mumię - to zbliża go do bóstwa bardziej niż do kapłana. A skoro bóstwo rządzi bezpośrednio, to cały system jest teokracją w dosłownym sensie, nie metaforycznym.
Wróćcie jeszcze na chwilę do astronomii, bo to mnie interesuje. Czy Inkowie mieli coś odpowiadającego naszemu horoskopowi natalnnemu - jakiś moment urodzenia, który kształtował los? Rozumiem, że Sapa Inka był poza tym systemem, bo był synem Słońca, ale co ze zwykłymi ludźmi?
Zostałam przy tym, co napisała Poludnica o ceque, i nie mogę przestać o tym myśleć. Bo jeśli dobrze rozumiem - twoje miejsce w kosmosie nie było określane przez datę urodzenia i układ planet, tylko przez to, do jakiej linii rytualnej należysz. To brzmi jakby astrologia inkaska była przede wszystkim społeczna, a nie indywidualna. Czy to w ogóle można jeszcze nazywać astrologią?
To co Jasiek mówi o 'dobrowolności w systemie imperialnym' jest chyba kluczem do zrozumienia całej tej religii. W zasadzie każdy rytuał, każda ofiara, każde świętowanie w Tawantinsuyu było jednocześnie aktem religijnym i politycznym. Nie da się ich rozdzielić. I może właśnie dlatego pytanie z tytułu - politeizm czy monoteizm - jest trochę obok, bo Inkowie nie myśleli w tych kategoriach. Dla nich nie było rozróżnienia między teologią a zarządzaniem imperium.
Joasia, ale to samo można powiedzieć o starożytnym Egipcie, o Babilonie, o Bizancjum. Sakralna władza to dość standardowy model. Co w Inkach jest naprawdę wyjątkowego teologicznie, a nie tylko organizacyjnie?
Chcę tu dorzucić coś od strony przedmiotów rytualnych, bo cały wątek skupia się na teologii, a warto popatrzeć też na to, co Inkowie faktycznie robili rękami. Topu - złote szpile, którymi spinano szaty kapłanek Słońca, Aclla Cuna - były nie tylko ozdobą. Miały określony kształt, który według niektórych badaczy odwzorowywał kąty wschodów słońca w konkretnych miejscach kalendarza. Przedmiot rytualny był dosłownie zakodowanym sposobem astronomicznym. Złoto i forma razem tworzyły przekaz teologiczny.
Quipu to jest temat, przy którym można ugrzęznąć na godziny. Mnie zawsze uderzało, że te węzły miały też wymiar liczbowy - pewne wartości powtarzały się w kontekście rytualnym w sposób, który nie jest przypadkowy. 41 ceque, 328 huaca wzdłuż linii, 328 to jest 12 miesięcy księżycowych po 27-28 dni. Cokolwiek robili, liczba była mostem między ziemią a niebem. Czy ktoś się tu bardziej wgłębiał w tę numerologię inkaską?
Właśnie doczytałam tę dyskusję od początku i mam pytanie może naiwne, ale chcę zapytać - czy Inkowie w ogóle mieli słowo na 'religia'? Bo jeśli nie, to może cała ta dyskusja o monoteizmie i politeizmie jest naszą projekcją, a ich system był dla nich po prostu... rzeczywistością?
