Chciałam poruszyć temat, który od dawna chodzi mi po głowie, a mianowicie staroobrzędowcy, raskolnicy, różne odłamy wschodniego prawosławia, które rozeszły się z oficjalną cerkwią - i to nie przez protestantyzm, ale przez wewnętrzne spory. Na Zachodzie słowo 'reformacja' od razu kojarzy się z Lutrem i Kalwinem, ale świat prawosławny ma swoje własne, głęboko odmienne rozłamy. Chciałabym pogadać o tym, jak te ruchy powstawały, czym się różnią od 'głównej' Cerkwi i czy są między nimi jakieś wspólne mianowniki z zachodnimi sektami czy herezjami.
Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, że prawosławie też miało swoje wewnętrzne podziały. Zawsze mi się kojarzyło jako jeden blok. Możesz powiedzieć więcej o tych raskolnikach? To brzmi jak coś zupełnie innego niż protestantyzm.
Czyli coś trochę odwrotnego niż na Zachodzie, gdzie schizmy szły raczej po linii teologii i Pisma? Tu chodziło o formę, a nie treść. Ale to chyba nie takie proste - forma w prawosławiu jest treścią, prawda? Cały sens liturgii polega na jej niezmienności.
Mnie zawsze bardziej intrygował odłam bespopowców - tych, którzy odrzucili kapłaństwo w ogóle. Jeśli dobrze pamiętam, uznali, że po raskolnicy Kościół stracił ważne święcenia i nie ma już prawdziwych kapłanów. Sacrum bez hierarchii - to jest naprawdę ciekawy model. Ktoś wie, jak oni dziś funkcjonują?
Czyli mieli taki problem podobny do katarów - ci też odrzucali materię i prokreację, a potem musieli jakoś to pogodzić z przetrwaniem ruchu?
Ale czekajcie - czy to nie jest tak, że każda reformacja religijna, wschodnia czy zachodnia, zaczyna się od poczucia końca czasów albo od tego, że obecna struktura jest zepsuta? Czy to jest coś specyficznego dla schizm prawosławnych, czy po prostu mechanizm każdego rozłamu?
Słuchajcie, a czy ktoś z was orientuje się w tym, jak te wspólnoty staroobrzędowców działają energetycznie? Mam na myśli to, że starsze formy liturgii, niezmienione, niosą w sobie inny ładunek niż zreformowane. Śpiew znamennyj na przykład - to jest coś zupełnie innego w odbiorze niż późniejsza harmonizacja. Czy ktoś to czuł?
Oni sami tłumaczyli to jako wierność przekazowi - nie refleksja nad akustyką, tylko zasada nienaruszalności tradycji. Ale efekt energetyczny czy psychologiczny jest taki, jaki Klimcia opisuje. Czasem skutek i zamiar idą różnymi drogami. Wracając do głównego wątku - zastanawiam się, jak te wschodnie sekty i odłamy mają się do kwestii, którą chciałam też dotknąć: roli kobiet. W staroobrzędowstwie bez kapłanów pojawiły się nastawnice - kobiety prowadzące wspólnotę.
To jest zaskakujące. W Kościele zachodnim reformatorskie ruchy też czasem dawały więcej miejsca kobietom - kwakrzy, shakersi, zielonoświątkowe nurty. Czy to jest coś, co pojawia się, gdy hierarchia się rozpada? Jak nie ma kapłana, ktoś musi prowadzić, i przestaje mieć znaczenie płeć?
To jest ciekawe, bo mi się kojarzy z tym, że w wielu tradycjach szamańskich czy animistycznych kobieta jako uzdrowicielka, przekazicielka wiedzy pojawia się właśnie tam, gdzie nie ma instytucjonalnego kapłaństwa. Czy staroobrzędowcy mieli coś takiego jak specjalne role dla kobiet, poza tymi nastawnicami?
I to jest chyba coś, co łączy wiele ruchów na marginesie oficjalnych religii - czy to staroobrzędowcy, czy wspólnoty katarskie, czy wczesnochrześcijańskie grupy gnostyckie. Gdy centralna instytucja upada lub jest niedostępna, wiedza religijna przechodzi na tych, którzy są przy życiu codziennym. A to często kobiety. Ciekawe, czy to wzorzec strukturalny, czy raczej przypadek historyczny.
Czyli miały coś w rodzaju władzy ekskomuniki? Mogły kogoś wykluczyć z modlitwy?
To mi otwiera zupełnie inne pytanie - bo my rozmawiamy o wschodnim prawosławiu i jego schizmach, ale czy ten wzorzec, gdzie kobiety przejmują rolę strażniczek w chwilach kryzysu instytucji, pojawia się też w innych tradycjach ortodoksyjnych? Na przykład w Kościołach orientalnych, koptyjskim, etiopskim?
Ale może właśnie o to chodzi - że ten mechanizm nie jest specyficzny dla schizm prawosławnych, tylko schizmy prawosławne są jednym z przypadków szerszego zjawiska? Że kryzys hierarchii zawsze oddaje władzę ku peryferiom, a peryferie tradycyjnie zajmowały kobiety?
Strzaska ma rację w tym sensie, że mówienie 'peryferia' sugeruje marginalność. A u staroobrzędowców kobieta-strażniczka była centrum, nie marginesem. To kapłan był nieobecny, czyli to kapłan był na peryferiach tej konkretnej wspólnoty.
To jest przewrócenie perspektywy. Czy tak samo można by patrzeć na wiedźmy, znachorki, zielarki w tradycji słowiańskiej? Że to nie były 'marginalne' postaci, tylko centra wiejskiej duchowości, a marginalną była oficjalna hierarchia kościelna, która docierała rzadko?
Jest jeszcze jedna różnica, którą warto wskazać - znachorka działała indywidualnie albo rodzinnie, nastawnica prowadziła zbiorową liturgię. To jest inny typ autorytetu. Jedna to ekspert od przypadku jednostkowego, druga to lider wspólnoty.
Wróćmy może na chwilę do samego rozłamu - bo zaczęliśmy od reformy Nikona i doszliśmy do gender roles w schizmatycznych wspólnotach, co jest ciekawe, ale czy w samym świecie prawosławia były jeszcze inne podziały, które nie wiązały się ze staroobrzędowcami? Bo Ostroika wspominała wcześniej, że to nie jedyny przypadek.
Nil Sorski to był hezychasta, jeśli dobrze kojarzę? Czy ta tradycja hezychastyczna miała coś wspólnego z późniejszymi ruchami schizmatycznymi, czy to był nurt, który pozostał wewnątrz Kościoła?
Czyli historia prawosławia to jest cały czas to samo napięcie - między tymi, którzy chcą instytucji, ziemi, władzy, i tymi, którzy chcą ciszy i wewnętrznego doświadczenia? Czy to jest specyfika wschodnia, bo na Zachodzie to napięcie też istnieje, tylko inaczej rozwiązywane?
Myślę, że kluczowe jest to, co Ostroika mówiła wcześniej o bespopowcach - oni musieli zbudować całą teologię uzasadniającą brak kapłana. To nie było tylko praktyczne 'radźcie sobie', tylko doktrynalne 'kapłan nie jest konieczny do zbawienia'. Bez tego uzasadnienia każda inna wspólnota w kryzysie po prostu szukała kapłana gdzie indziej.
Ale skąd wzięli to uzasadnienie? Czy było coś w samej tradycji prawosławnej, na czym mogli się oprzeć, czy to był ich własny wynalazek?
Ten argument z Kościołem domowym pojawia się też w zupełnie innych kontekstach - na przykład u wczesnych protestantów, kwakrów, a nawet w niektórych odłamach chrześcijaństwa afrykańskiego. Ciekawe, że każdy kto chce obejść hierarchię, sięga po ten sam argument.
Ale wróćmy do kobiet w tym wszystkim, bo mi się wydaje, że ten wątek jeszcze nie jest zamknięty. Mówiłyśmy o nastawnicach jako centrum wspólnoty - ale czy ta rola przetrwała, gdy prześladowania zelżały? Czy po 1905 roku, po edykcie tolerancyjnym, coś się zmieniło?
To znaczy, że to co zaczęło się jako rozwiązanie awaryjne, z czasem stało się definicją tego, kim jesteśmy? Interesujące jak kryzys potrafi stworzyć instytucję.
Trochę jak z żałobnicami w tradycji słowiańskiej - zaczęły jako kobiety, które zawodzą rytualnie, bo mężczyźni nie płaczą publicznie, ale potem ich rola stała się niezbędna i wyspecjalizowana, i nikt nie wyobrażał sobie pogrzebu bez nich. Czy to jest podobny mechanizm?
Ale czy na pewno waga jest inna? Bo jeśli pogrzeb bez żałobnicy był postrzegany jako pogrzeb niepełny, niezabezpieczający przejścia duszy - to ona też pełniła funkcję sakramentalną w pewnym sensie. Kto decyduje, co jest sakramentem, a co nie?
