Ignaś poruszył coś, co moim zdaniem jest naprawdę ważne dla całego wątku - czy bóstwo niszczycielskie w ogóle może być przez człowieka kontrolowane, czy raczej chodzi o to, żeby się z nim ustawić? Bo w nordyckiej tradycji Odyn jest opisywany jako ktoś, kogo się nie wzywa z pozycji siły. Blót to było bardziej zaproszenie do uczty niż rozkaz.
Ale to jest chyba bardziej kwestia grzeczności rytualnej niż teologii? Mówię 'zapraszam' bo tak wypada, a nie dlatego, że naprawdę wierzę, że bóstwo mogłoby nie przyjść gdybym powiedział inaczej.
To jest pytanie, na które różne tradycje odpowiadają bardzo różnie. W niektórych brak odpowiedzi znaczy, że czas i intencja nie były właściwe. W innych - że praktykant nie był gotowy. Ale jest też nurt, który mówi, że cisza to też jest odpowiedź. I to jest moim zdaniem dojrzałe podejście - nie każde wezwanie kończy się manifestacją i to nie jest porażka.
Przepraszam, że wchodzę z takim podstawowym pytaniem, ale chcę się upewnić że dobrze rozumiem - kiedy mówicie o 'bóstwach niszczycielskich' to chodzi o coś złego, czy te bóstwa są niszczycielskie w pozytywnym sensie, jak niszczenie przeszkód? Bo słucham tej rozmowy i trochę mi się to miesza.
To co Ignaś napisał o ego, które ginie i odczuwa to jako zagrożenie - czy to znaczy, że ten ból w rytuałach z bóstwami niszczycielskimi jest właśnie tym? Że to nie jest ból ciała przede wszystkim, tylko ból ego, które się broni? Bo jeśli tak, to rozumiem czemu post albo zmęczenie są używane - one osłabiają opór ego, zanim w ogóle przyjdzie bóstwo.
To co Ignaś napisał naprawdę mnie uderzyło. Czyli ból w kontakcie z Kali to jest właściwie ból oporu ego, które nie chce odpuścić? To trochę zmienia mi optykę na to wszystko. Ale mam pytanie - czy wtedy cierpienie fizyczne, powiedzmy biczowanie w rytuale, też działa na tym samym poziomie? Bo nie rozumiem, czy fizyczny ból ma tu coś wspólnego z bólem ego, czy to są dwie osobne ścieżki.
Czy dobrze rozumiem - czyli te rytuały z bólem nie są sadyzmem ani karą, tylko taką metodą żeby człowiek przestał się kurczowo trzymać swojego 'ja'? Bo jak to tak ujęłaś, to brzmi zupełnie inaczej niż to sobie wyobrażałam.
Ale jak praktycznie odróżnić jedno od drugiego? Bo jeśli ktoś przychodzi do grupy i mówi 'to jest inicjacja tantryczna' to nowicjusz nie ma żadnego sposobu weryfikacji. To jest właśnie ta luka, którą wykorzystują sekty.
Właśnie o tym chciałam napisać - mnie zawsze zastanawia to czy te zewnętrzne sygnały które Krokusik wymienia są wystarczające. Można przejść wszystkie te testy i dalej być w grupie, która jest szkodliwa ale jest bardziej wyrafinowana. A z drugiej strony - czy to znaczy że każda praktyka z bólem jest podejrzana? Bo mam wrażenie że w Polsce dużo tradycyjnych praktyk, nawet katolickich jak dyscyplina, jest traktowanych jako coś wstydliwego albo patologicznego, bez rozróżnienia.
Agatowa dotknęła czegoś ważnego - bo dyscyplina w chrześcijaństwie, szczególnie u karmelitów czy w Opus Dei, to jest temat który bardzo rzadko pojawia się w takich rozmowach. A przecież to jest praktyka bólu w tradycji religijnej, zakorzeniona, z długą historią. Czy to jest coś innego niż to o czym rozmawiamy przy Kali? Ja intuicyjnie czuję że tak, ale nie potrafię powiedzieć czemu.
Lipowa, ale czy to znaczy, że obie tradycje prowadzą do podobnego skutku inną drogą - czyli do osłabienia identyfikacji z ego - czy te efekty są zupełnie różne? Bo mnie to ciekawi właśnie w kontekście bóstw niszczycielskich. Bóstwo niszczycielskie w hinduizmie zakłada tę tantryczną antropologię ciała. Ale co z bóstwami, które w teologii chrześcijańskiej mogłyby pełnić podobną niszczycielską funkcję - czyściec, Boże miłosierdzie jako 'miłość wypalająca grzech'? Czy to jest to samo?
Jadzia zadała trudne pytanie. Mnie uderza to zestawienie - w chrześcijaństwie nie ma bóstwa niszczycielskiego jako takiego, ale jest czyściec, jest Bóg zazdrosny z Starego Testamentu, jest Apokalipsa. Więc funkcja niszczycielska istnieje, tylko nie ma twarzy oddzielnego bóstwa. Ciekawe czy to jest teologicznie istotna różnica czy tylko różnica formy.
Słucham tej rozmowy i mam takie naiwne może pytanie - skoro Kali niszczy ego, a nie człowieka, to po co w ogóle rytuał bólu? Czy nie można dojść do tego samego przez medytację, która jest łagodna? Pytam serio, bo nie rozumiem dlaczego droga przez ból miałaby być lepsza.
Malinowa, dziękuję za to wyjaśnienie, bo rzeczywiście to mi bardzo poukładało temat. Ale mam jedno dodatkowe pytanie - czy to znaczy, że praktyki z bólem są dla kogoś kto nie radzi sobie z łagodniejszymi formami? Czy raczej dla tych, którzy są już zaawansowani? Bo trochę nie wiem jak to rozumieć.
Wracając do pytania Tosi o integrację - mam teraz nową myśl po tym co napisał Ballen. Ten czas 'po' o którym mówiłem, może jest właśnie tym momentem kiedy ego na nowo się składa, ale już w innej konfiguracji. Byłem wtedy w dziwnym stanie, jakby nieco rozmyty. I teraz myślę że to był właśnie ten moment między rozpadem a nową formą. Nie wiedziałem wtedy co to jest, ale ta rozmowa mi coś układa.
Wracam do tego co powiedziała Agatowa o języku - bo to mnie zatrzymało. Jeśli i metafora duchowa i psychologiczna mogą być nadużyte, to co właściwie chroni człowieka? Bo wychodzi na to że żaden system opisu nie jest bezpieczny sam w sobie.
Chcę wróć do czegoś co mnie od początku nurtuje w tym wątku - bo rozmawiamy dużo o tym jak praktyki z bólem mogą być nadużywane, ale rzadziej o tym po co właściwie bóstwo niszczycielskie miałoby wymagać właśnie bólu, a nie czegoś innego. Czy to jest coś wynikającego z natury tych bóstw, czy raczej ludzka interpretacja którą na nie nałożono?
Jadzia dotyka sedna. Mnie zawsze zastanawiało czy Kali naprawdę 'wymaga' bólu czy to my jako ludzie interpretujemy jej symbolikę jako wymagającą bólu bo nie umiemy sobie wyobrazić transformacji bez ofiary. Może bóstwo niszczycielskie niszczy właśnie to co nam każe myśleć że transformacja musi boleć?
Mam wrażenie że ta rozmowa krąży wokół pytania które warto nazwać wprost - czy bóstwo niszczycielskie jest godne czci pomimo swojej niszczycielskości, czy właśnie dlatego. Bo to zmienia wszystko w podejściu do praktyki.
To co mówi Nikodem jest bardzo trafne, ale mi się wydaje że ta rozmowa pomija coś ważnego z perspektywy chrześcijańskiej. Bóg w Starym Testamencie jest miejscami bóstwem niszczycielskim - potop, plagi egipskie, Sodoma. Chrześcijanie mają z tym problem do dziś i próbują go rozwiązywać przez alegorie albo przez zupełne odcięcie AT od NT. Czy to nie jest właśnie ta sama trudność?
Mam pytanie do Florki - bo mówisz o Marcjonie i mnie to ciekawi w kontekscie tematu. Marcjon odrzucał Boga niszczycielskiego jako gorszego. A w tantrze niszczycielskie bóstwo jest wyższe, jest tym co transcenduje. To jest zupełne odwrócenie tej samej intuicji. Jak to możliwe że dwie kultury doszły do tak przeciwnych wniosków z tego samego problemu?
Słucham tego i mam dziwne poczucie że te wszystkie systemy opisują podobne ludzkie doświadczenie, tylko każdy je inaczej nazywa i inaczej do niego podchodzi. Ten moment kiedy coś się w tobie rozpada i nie wiesz czy to jest koniec czy nowy początek - to jest chyba stały element duchowej drogi niezależnie od tradycji. Bóstwo niszczycielskie to może być po prostu symbol na ten moment.
Czytam tę dyskusję od długiego czasu i mam jedno bardzo konkretne pytanie, może trochę z innej strony - czy ktoś z was osobiście czuł się 'niszczony' przez praktykę, przez bóstwo, przez rytuał, i czy to miało pozytywny skutek? Nie teorię, tylko właśnie doświadczenie.
To co Kacperek mówi jest ważne bo dotyka pytania o narrację. My potem opowiadamy sobie historię o tym co przeżyliśmy i ta historia może być prawdziwa albo może być racjonalizacją. Jak odróżnić? I czy to w ogóle możliwe?
I tu wracamy do sedna tego wątku, bo to jest chyba jeden z fundamentalnych problemów cierpienia w praktyce duchowej - kto decyduje kiedy ból jest progiem a kiedy raną? Siebie nie jesteś w stanie zapytać bo jesteś w środku tego. Nauczyciel może się mylić albo mieć własny interes.
Chcę wrzucić tu coś z kontekstu nordyckiego bo myślę że jest niedoreprezentowany w tej rozmowie. Próba Odina na Yggdrasilu jest opisana w Hávamál jako dobrowolna, samotna i bez jedzenia przez dziewięć nocy. Ból jest tam jednoznaczny. Ale efektem jest zdobycie run, czyli wiedzy. Czy w tym przypadku cierpienie jest kosztem czy metodą?
Właśnie to rozróżnienie które Dominik wprowadza wydaje mi się kluczowe dla całego tematu - cierpienie jako ofiara versus cierpienie jako technika. W tradycjach gdzie bóstwo niszczycielskie jest czczone, to chyba jest ta podstawowa linia podziału. Kali nie jest bóstwem które stosuje ból jako technikę doskonalenia - ona jest tym przed czym nie można się schować.
