Temat, który chodzi mi po głowie od dawna i nigdzie nie mogłam znaleźć sensownej dyskusji na ten temat. Chodzi mi o cierpienie jako element praktyki duchowej - ale nie to romantyczne, symboliczne, tylko dosłowne: biczowanie się, posty do granicy wytrzymałości, klęczenie na grochu godzinami, a w innych tradycjach cięcia skóry podczas rytuałów inicjacyjnych, tatuowanie rytualnym sposóbm, piercing w trансе. W Europie od razu mówimy 'to patologia', ale kiedy oglądałam dokumenty o Semana Santa w Sewilli albo o procesji Muharram wśród szyitów, to nie wyglądało jak zaburzenie - wyglądało jak coś głęboko spójnego z ich rozumieniem rzeczywistości. Gdzie leży granica między duchową praktyką a samookaleczeniem? I czy w ogóle ta granica jest jedna dla wszystkich tradycji?
To jest chyba jeden z tych tematów, gdzie religie wyglądają zupełnie inaczej w zależności od tego, kto na nie patrzy. W tradycji zachodniej cierpienie dostało taki teologiczny ciężar przez Pawła i Augustyna - odkupienie przez ból, współcierpienie z Chrystusem - że pokuta cielesna stała się nie tyle dziwnością, ile wręcz wyznacznikiem pobożności. A w innych tradycjach, np. w szamanizmie syberyjskim, ból inicjacyjny to po prostu technologia przejścia - szaman musi przez niego przejść, żeby w ogóle być w stanie działać jako pośrednik. Zupełnie inne uzasadnienie. Mam wrażenie, że nie da się tu jedną miarą. Co cię skłoniło akurat do tego zestawienia Muharram i Sewilla?
Poruszasz coś, co w tekstach o ascezie jest opisywane jako rozróżnienie między mortyfikacją a tortурą - i to rozróżnienie naprawdę nie jest oczywiste. Jan od Krzyża pisze o nocy ciemnej duszy jako o cierpieniu, które oczyszcza, ale to cierpienie jest raczej duchowe niż fizyczne. Natomiast Józef z Cupertino latał, bo wpadał w trans bólowy podczas modlitwy - to nie było zaplanowane. W tradycji tybetańskiej Milarepa pościł i marzł przez lata, jego ciało dosłownie zmieniło kolor od jedzenia pokrzyw - i to jest kanonizowany przez tradycję akt ascetyczny. Pytanie, które sama sobie stawiam: czy ten ból ma sens tylko wtedy, gdy prowadzi do konkretnego stanu - ekstazy, oświecenia, przebudzenia? Czy sam w sobie już coś czyni?
Ciekawe, bo w tradycji nordyckiej jest Odyn, który zawiesił się na Yggdrasilu przez dziewięć dni i dziewięć nocy - przebity własną włócznią, bez jedzenia i picia - żeby zdobyć runy. I tam ból jest wyraźnie sposóbm poznania, dosłownie przepustką do wiedzy niedostępnej inaczej. Nie ma w tym żadnej pokuty za grzech, żadnego oczyszczenia z winy - jest po prostu cena, którą się płaci za dostęp do czegoś głębszego. To mi zawsze wydawało się bardziej uczciwe niż model, w którym cierpisz, żeby odpokutować coś, co ktoś inny zrobił dawno temu. Ale może się mylę w tym porównaniu?
Przyznam, że trochę się boję tego tematu, bo za łatwo można wpaść w glamoryzowanie czegoś, co dla wielu osób jest naprawdę krzywdzące. Ale jednocześnie rozumiem, że to inny kontekst. Mam pytanie - czy ktoś wie, jak w hinduizmie jest to traktowane? Bo kojarzy mi się z tapas, z tym ogniem ascezy, który kumuluje duchową moc. Ale czy to zawsze oznacza ból fizyczny, czy raczej coś szerszego?
Mnie zastanawia jedna rzecz - czy ból w ogóle jest tu głównym punktem, czy on jest niejako efektem ubocznym? Bo jak patrzę na posty chrześcijańskie - te długie, wielogodzinne klękania, brak snu podczas czuwań wielkanocnych - to tam chyba nie o ból chodzi, tylko o przełamanie oporu ciała wobec czegoś duchowego. Ból jest sygnałem, że się naprawdę trudzisz, a nie że po prostu siedzisz i myślisz sobie miłe myśli. Mogę się tu mylić, nie jestem wielką znawczynią chrzescijanśtwa, ale takie mam odczucie z lektury.
Bardzo ciekawy wątek, naprawdę dużo się uczę czytając te posty. Mam pytanie może naiwne, ale czy ktoś wie jak to jest w islamie - nie w szyizmie, bo o biciu się w pierś w Muharram już pisano - ale w sunniźmie? Bo mam wrażenie, że tam asceza cielesna jest bardziej ograniczona, post to post, a nie coś ekstremalnego.
Według mnie to wszystko sprowadza się do jednej prostej zasady - ból jest bramą do innych stanów świadomości, bo zatrzymuje umysł na tu i teraz lepiej niż cokolwiek innego. Dlatego wszystkie tradycje go używają. To nie jest żadna teologia, tylko neurologia - endorfiny, odmienne stany, trans. Szamani to wiedzieli zanim nauka w ogóle istniała.
Chcę wrócić do pytania, które zadała Krokusik - czy ból sam w sobie coś czyni, czy tylko wtedy gdy prowadzi do stanu wyższego? Bo mam wrażenie, że w różnych tradycjach jest inna odpowiedź. W chrześcijańskiej teologii krzyżowej ból ma wartość ofiarniczą niezależnie od stanu - możesz nie przeżyć ekstazy i nadal twoje cierpienie 'liczy się'. W buddyzmie Theravada skrajny ascetyzm jest explicite odrzucony przez Buddę, który sam przez to przeszedł i stwierdził, że to ślepa uliczka. I to jest naprawdę ogromna różnica filozoficzna.
to mnie uderza - Buddha odrzuca ascezę przez doświadczenie, a nie przez doktrynę. To chyba jedyny znany mi przypadek założyciela tradycji, który mówi 'próbowałem, nie działa, idźcie inną drogą'. Większość tradycji ascetycznych opiera się na przekazie kogoś, kto 'osiągnął' przez ból - a Buddha jest tu wyjątkiem, który sam mówi, że nie tędy droga. Zastanawiam się, czy to jest powód, dla którego buddyzm jest tak zasadniczo różny w tej kwestii od tradycji abrahamowych.
Słucham tej rozmowy z wielkim zainteresowaniem, bo sama ćwiczę medytację i nigdy nie rozumiałam, po co niektóre szkoły wprowadzają element dyskomfortu fizycznego - długie siedzenie bez ruchu, zimne kąpiele o świcie w zen, post przed praktyką. Czy to jest ta sama logika, co tu omawiacie? Czy to już inny poziom?
Mam jeszcze jedno spostrzeżenie, które mi tu chodzi po głowie. Wszystkie te tradycje, które omawiacie - flagelanci, sadhu, derwisze, szamani - mają jedno wspólne: kontekst wspólnotowy albo przynajmniej przekaz mistrzowski. Ból zadawany sobie w samotności, bez rytuału, bez świadka, bez mistrza, wygląda zupełnie inaczej niż ten sam ból w ramach obrzędu. To może być to, czego szukasz, Jadzia, jako kryterium rozróżnienia - nie sam ból, ale tradycja i więź, w której się go przeżywa.
To, co mówi Krokusik, przypomina mi coś z tradycji nordyckiej. Odyn na Yggdrasilu jest sam - ale to jest mit, nie instrukcja dla każdego. Normalni wyznawcy tej drogi nie wieszali się na drzewie bez nauczyciela. Inicjacje w kulturach germańskich miały starszych, którzy kontrolowali przebieg. Czyli mit pokazuje ideał, a praktyka miała strukturę ochronną.
To co powiedzieliście o samotności i wspólnocie bardzo mnie uderzyło, bo kiedy czytam o zazen i o tym, że siedzenie jest wbrew bólowi, to zawsze gdzieś jest nauczyciel - roshi, który przechodzi po sali z kijem, żeby utrzymać uwagę. Czy ten kij to jest forma kontrolowanego bólu? Serio pytam, bo nie wiem czy to należy do tej kategorii.
A ja mam pytanie, które mi tu siedzi od dawna i nie wiem czy je dobrze formułuję - czy we wszystkich tych tradycjach ból jest zawsze skierowany ku czemuś wyższemu, czy są miejsca, gdzie jest traktowany jako cena, którą płacisz bóstwu? Bo to brzmi dla mnie inaczej etycznie.
Fluorytka zadała bardzo dobre pytanie i ja też się nad tym zastanawiałam. W ofierze z bólu - kiedy mówisz 'biorę ten ból i daję go bóstwu' - jest element transakcji. A w oczyszczeniu przez ból jest element przemiany wewnętrznej. To są naprawdę dwie różne logiki. I nie jestem pewna, że wszystkie tradycje je rozdzielają tak wyraźnie jak nam się wydaje z zewnątrz.
Czytam tę wymianę Nikodem-Halszeczka i mam pytanie do obojga - czy możliwe jest, że sens nadany zmienia też sam mechanizm? Bo co do endorfin, stres z oczekiwania na rytualny ból versus nagły samookaleczający ból muszą wyglądać inaczej fizjologicznie. Chyba nie jest tak, że ciało jest obojętne na kontekst?
To, co mówi Krokusik o przygotowaniu, przypomina mi pytanie o bóstwa niszczycielskie, które gdzieś tam się w wątku pojawiło. Bo Kali, Śiwa-Bhairava, Tiamat - one są właśnie bóstwami, które niszczą bez ostrzeżenia, bez przygotowania. I kult takich bóstw wymagał od wyznawcy zdolności do przyjęcia bólu bez kontroli, bez wiedzy kiedy uderzy. Czy to jest osobna kategoria?
Dzięki za te tytuły Lipowa, na pewno sprawdzę. Mam takie proste pytanie, może głupie - czy ktoś tu na forum miał jakieś własne doświadczenie z takim rytuałem, gdzie dyskomfort fizyczny był celowy? Nie chodzi mi o samookaleczenie oczywiście, ale o post, zimne kąpiele, długie siedzenie - i czy to coś dało?
Franek, ja mogę powiedzieć z własnego doświadczenia ze zdrowym dystansem - robiłam kilka razy post kilkudniowy przed praktyką medytacyjną i rzeczywiście coś się zmienia w głowie trzeciego dnia. Trudno powiedzieć, czy to 'duchowe' czy po prostu fizjologia głodu, ale stan umysłu jest inny. I było to robione w kontekście grupy, z nauczycielem, co chyba ma znaczenie po tym, co tu czytam.
Mogę też powiedzieć coś z własnej strony - byłem na kilkudniowym rytuale w tradycji rdzennej, gdzie był element postu i braku snu. Nie powiem, żeby to była przyjemność, ale to co poczułem drugiej nocy to było coś, co trudno opisać inaczej niż 'przebudzenie uwagi'. Wszystko było ostrzejsze. I rozumiem teraz dlaczego tradycje to stosują - nie jako karę, ale jako reset percepcji.
To co opisujesz Kacperek to brzmi jak coś, czego bardzo brakuje w tych zachodnich wersjach takich praktyk. Kupujesz bilet na weekend, przychodzisz, nikt cię nie zna i nikt nie wie gdzie jest twoja granica. I to chyba jest właśnie ten brak, który sprawia że te rzeczy bywa ją niebezpieczne - nie sam ból czy dyskomfort, ale anonimowość.
A ja mam pytanie do Kacperka, bo mnie to ciekawi - czy po takim rytuale byłeś w stanie normalnie funkcjonować następnego dnia, czy potrzebowałeś czasu na dojście do siebie? Pytam, bo czytałam że niektóre tradycje mają specjalny czas po inicjacji, właśnie na integrację, i zastanawiam się czy tak było też u ciebie.
Właśnie - integracja po intensywnym doświadczeniu to jest coś, o czym większość popularnych opisów inicjacji w ogóle nie mówi. Koncentrują się na samym akcie przejścia, a pomijają to, że wszystkie dojrzałe tradycje mają rozbudowany protokół 'po'. W Ajurwedzie mówi się wręcz, że ciało po intensywnej praktyce jest jak otwarta rana - wymaga czasu zanim się zamknie. I to samo dotyczy psychiki.
Lipowa, nawiązując do tego co napisałaś - czy w tradycjach związanych z bóstwami niszczycielskimi też jest taki protokół 'po'? Bo wyobrażam sobie, że kontakt z Kali czy z Bhairawą w rytuale jest właśnie takim otwarciem, i ciekawi mnie jak tradycja podchodzi do zamknięcia tego.
w kali-kula tak - po intensywnym rytuale do Kali są specyficzne gesty zamknięcia, wizualizacja cofnięcia się energii, i często zalecane jest jedzenie słodkich, 'ciężkich' pokarmów, żeby uziemić. Ale to jest wiedza przekazywana przez guru, nie z książki. Bez tego zamknięcia tradycja mówi, że wyznawca zostaje w stanie 'otwartego kanału' - co może być tak samo niebezpieczne jak pożyteczne.
To ciekawe bo słyszałam coś podobnego w odniesieniu do pracy z bóstwami w tradycji yoruba - tam też po rytuałach z Ogúnem czy Eshu jest wyraźne zamknięcie, fizyczne i werbalne. I podobno wynika to właśnie z tego, że te energie są bardzo intensywne i bez zamknięcia 'zostają' w osobie dłużej niż powinny. Zastanawiam się, czy to jest we wszystkich tradycjach z bóstwami niszczycielskimi, czy to specyfika pewnych regionów.
