Chciałam otworzyć temat, który od dawna chodzi mi po głowie, bo łączy dwie rzeczy, które pozornie są oddzielne: pielgrzymkę na zewnątrz i wędrówkę do środka. W tradycjach mistycznych całego świata mamy dwie jakby przeciwstawne praktyki - peregrinatio, czyli wędrówka przez przestrzeń fizyczną, oraz khalwah, czyli dobrowolne zamknięcie się w odosobnieniu, często przez 40 dni. Obie prowadzą do tego samego miejsca - do siebie. Celtyccy mnisi ruszali na oceany bez celu, bo cel był boży, nie ludzki. Sufijscy szejkowie zamykali się w izdebkach. Czy ktoś z was doświadczył czegoś podobnego - może nie w takiej skrajnej formie, ale choćby świadomego odosobnienia albo pielgrzymki, która coś w was przestawiła?
Byłam dwa razy w Composteli i nie powiem, żeby droga zadziałała na mnie jakoś spektakularnie za pierwszym razem. Ale za drugim, kiedy szłam bez planu, bez rezerwacji, bez towarzystwa - coś się rzeczywiście zaczęło ruszać. Nie wiem, czy to była zasługa samej drogi, czy tego, że odcięłam się od wszystkiego na tygodnie. Więc moje pytanie do ciebie, Runiarka, jest takie: czy rozróżniasz między pielgrzymką jako obrzędem religijnym a po prostu długim samotnościowym marszem? Bo te dwa rzeczy mogą się pokrywać, ale nie muszą.
Też się nad tym zastanawiam. Khalwah ma bardzo konkretną strukturę - w sufizmie to nie jest po prostu 'siedzę sam'. Jest mistrz, który wyznacza czas, modlitwy, post, konkretne praktyki. Bez tej ramy to jest... po prostu samotność, nie khalwah. Czy peregrinatio też miała takie ramy, czy to była bardziej spontaniczna praktyka?
Czytałem, że 40 dni to liczba pojawiająca się we wszystkich tradycjach - Jezus na pustyni, Mojżesz na górze, Mahomet w jaskini Hira, właśnie khalwah sufijska. Czy to jest przypadek, czy 40 dni to jakiś realny czas potrzebny psychice albo ciału do zresetowania się? Bo brzmi to jak zbyt duże podobieństwo, żeby być tylko symbolem.
Przepraszam, że wchodzę z podstawowym pytaniem, ale na czym właściwie polega peregrinatio w wersji celtyckich mnichów? Gdzieś słyszałam, że to było porzucenie ojczyzny na zawsze - nie pielgrzymka do celu i powrót, tylko emigracja w Boga?
Ciekawe że muzułmańskie hadżdż jest tak sformalizowane a celtycka peregrinatio była prawie bez reguł. Ale obydwa traktowały podróż jako akt religijny, nie rekreacje. Dzisiaj pielgrzymki chyba bardziej przypominają turystyke religijną niż coś, co coś w człowieku zmienia na głębszym poziomie. Może dlatego że brakuje przygotowania i mistrza o którym pisała Aldona?
Ale czy to nie jest trochę zamknięte koło? Żeby zrobić khalwah, trzeba mieć mistrza, a żeby mieć mistrza, trzeba być w sufijskiej tariqa. Co z ludźmi, którzy czują potrzebę takiego głębokiego odosobnienia, ale nie są muzułmanami ani nie wstępują do zakonu? Czy są chrześcijańskie albo inne odpowiedniki tej praktyki dostępne szerzej?
Znam osobę, która robiła 10-dniowe Vipassana i wróciła w niezbyt dobrym stanie psychicznym. Nie żeby technika była zła, ale ta osoba nie była gotowa na to, co wyszło. Więc chyba jednak opieka jest potrzebna, niezależnie od tradycji. Natomiast jestem ciekawa - co to właściwie znaczy 'być gotowym'? Skąd wiadomo?
Przepraszam, że może głupie pytanie, ale to khalwah - czy to jest coś, co można poczytać więcej po polsku? Bo szukałam i mało tego jest. Najbliższe, co znalazłam, to opisy medytacji odosobnieniowej w buddyzmie.
Wracając do pielgrzymki jako drogi na zewnątrz - zastanawia mnie, czy pielgrzymka do miejsca świętego ma inny mechanizm działania niż odosobnienie. Bo khalwah jest o eliminacji bodźców, a pielgrzymka to ruch przez przestrzeń, kontakt z innymi pielgrzymami, dotarcie do konkretnego fizycznego celu. To jakby dwa różne klucze do tych samych drzwi?
Bardzo dziękuję za ten wątek, czytam od początku i dużo mi rozjaśnia. Jeszcze jedno pytanie: czy są jakieś słowiańskie odpowiedniki pielgrzymki lub odosobnienia mistycznego? Coś z naszych rodzimych tradycji, zanim chrześcijaństwo to zastąpiło lub wchłonęło?
Dziękuję Aldona03, to jest naprawdę pomocne! Czyli ci słowiańscy wędrowni znachorzy to był najbliższy odpowiednik - nie pielgrzymka do miejsca, ale wyjście w las jako praktyka? Zastanawia mnie, czy te wyjścia miały jakiś określony czas, coś jak te 40 dni w innych tradycjach, czy to było bardziej intuicyjne - wychodzę dopóki nie poczuję, że coś się zmieniło?
Do pytania Nyji - właśnie ta nieoznaczoność czasu może być kluczem. W celtyckim exilium też nie było daty powrotu, bo powrotu nie było w ogóle. W słowiańskim kontekście mam wrażenie, że czas odosobnienia był bardziej reagujący na to, co się dzieje, niż zaplanowany z góry. Ale przyznam, że to moje przypuszczenie, nie wiem, czy mamy tu jakieś twarde źródła.
A propos tych źródeł słowiańskich - Aldona wspomniała o żercach, ale czy ktoś wie coś o praktykach wróżbitów, guślarzy? Bo oni chyba nie byli stacjonarni, wędrowali między osadami. To czy ich wędrówka sama w sobie mogła byc rodzajem peregrinatio, nawet jeśli nie do jednego miejsca świętego?
Słuchajcie, a może te dwie rzeczy - pielgrzymka i odosobnienie - są tak naprawdę dwoma biegunami tego samego? Bo pielgrzymka to maksymalne nasycenie bodźcami duchowymi, ruch, kontakt, miejsce święte. A khalwah to totalne odcięcie. Jakby jedno było inhalacją a drugie wydechem. Czy tradycje, które miały obie praktyki, stosowały je w jakiejś kolejności - najpierw jedno, potem drugie?
Sannyasa to akurat inny mechanizm - tam chodzi o porzucenie ról społecznych w późnym życiu, nie o intensywną praktykę duchową w odosobnieniu jako taką. Chociaż efekt może być podobny. Ale wracając do pytania Nyji o Słowian - czy ktoś czytał coś u Szyjewskiego albo Gieysztor w kontekście tych praktyk? Bo Gieysztor pisał sporo o słowiańskim sacrum przestrzeni.
Ale zastanawiam się nad czymś innym - czy brak źródeł słowiańskich nie wynika po prostu z tego, że praktyki odosobnienia były zbyt indywidualne i niesformalizowane, żeby ktokolwiek je zapisał? Bo to, co jest zapisane, to zazwyczaj to, co ma strukturę instytucjonalną. Praktyki dzikie, jak to niektórzy mówią, po prostu nie zostawiają śladów.
Mam pytanie, które może jest trochę z innej beczki, ale chodzi mi o to, co Runiarka napisała wcześniej - że mnich celtycki oddawał się woli drogi, płynął bez wioseł. Czy to jest jakoś blisko idei pustki w buddyzmie, tego nieprzywiązania do celu? Bo mam wrażenie, że zasada jest podobna, tylko inaczej ubrana.
Właśnie, i to jest chyba clou tego wątku - czy forma w ogóle przenosi treść, czy nie? Jeśli ktoś robi coś, co wygląda jak khalwah, ale bez sufijskiej ramy, to czy to jest nadal khalwah? Albo peregrinatio bez ślubu mniszego? Mam wrażenie, że każda z tych tradycji powiedziałaby 'nie, to nie to samo', ale ludzie i tak szukają formy bez przynależności.
A ja mam takie pytnaie - bo to jest forum i mozemy gadac otwarcie - czy ktos z was probowal jakiegos wlasnego odosobnienia, nie w ramach zadnej tradycji, i co z tego wyszlo? Bo ta dyskusja jest bardzo teoretyczna i ciekawa, ale jestem ciekawa jak to wyglada w praktyce.
Czytam ten wątek i zastanawiam się nad jednym - wszyscy mówicie o odosobnieniu jako o czymś, do czego trzeba być gotowym. Ale skąd wiadomo, że się jest gotowym? Bo to trochę paradoks, tak jak powiedziała Runiarka wcześniej - albo ego mówi że jest gotowe, albo się boi. Czy jest jakiś zewnętrzny znak, że czas na taką praktykę?
To co powiedziała Runiarka o znaku - że może przyjść sen, wizja albo po prostu nie odpuści - to mnie zastanawia. Bo to brzmi jak coś bardzo subiektywnego. Czy nie ma ryzyka, że ktoś po prostu bardzo chce się odizolować z jakiegoś zwykłego ludzkiego powodu, i interpretuje to jako powołanie? Jak odróżnić jedno od drugiego?
A ja sie zastanawiam, czy to w ogóle jest pytanie, które ma sensowną odpowiedź poza tradycją. Bo każda tradycja wypracowała swoje kryteria i są one spójne wewnętrznie - buddyjskie, sufijskie, chrześcijańskie. Ale jak ktoś stoi poza tymi tradycjami, to kryteria nie przenoszą się automatycznie. To trochę jak pytać, który zestaw reguł szachów jest prawdziwy.
Mistyk ma rację w tym sensie, że historia zna przypadki wielkich mistyków, którzy działali na obrzeżach instytucji albo poza nimi. Mistrz Eckhart, Rumi przez pewien czas, Ibn Arabi. Tylko tu znów wracamy do problemu retrospektywnej weryfikacji - my wiemy, że byli autentyczni, bo zostawili ślad uznawalny przez pokolenia. Ale współcześnie, bez dystansu czasu, jak to ocenić?
To może ważniejsze niż pytanie 'czy jestem gotowy' jest pytanie 'po co to robię'. Bo jeśli ktoś idzie na odosobnienie ze strachu przed życiem albo z wypalenia, to nawet w ramach tradycji pewnie nie przyniesie tego, co przynosi intencja duchowa. Czy tradycje w ogóle mówią coś o intencji jako warunku?
Słuchajcie, moze troche z innej strony - ja robiłam cos w rodzaju takiego własnego odosobnienia, dwa dni bez telefonu i bez rozmawiania z nikiim, i kompletnie mnie to zaskoczyło jak duzo hałasu mam w głowie. Nie planowaałm żadnej praktyki, po prostu chciałam ciszy. Czy to w ogole liczy sie jako cos duchowego, czy to po prostu była higiena psychiczna?
To co napisała Egzorcystka bardzo mnie poruszyło, bo sama zastanawiałam się nad czymś podobnym. Czy odosobnienie musi mieć intencję duchową żeby mieć duchowy efekt? Może efekt przychodzi bez zamiaru, właśnie dlatego że się go nie szuka? Chyba gdzieś czytałam, że w taoizmie wu wei działa właśnie tak.
