to jest ciekawe sformułowanie - 'przed czym nie można się schować'. Czy to znaczy że cierpienie w praktykach tantrycznych z Kali jest bardziej pasywnnym poddaniem niż aktywnym wyborem? Bo jeśli tak to to jest zupełnie inna psychologia niż dyscyplina czy pokuta.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie może bardzo podstawowe, ale nie mogę go nie zadać - czy bóstwa niszczycielskie jak Kali czy Odin są traktowane w tych tradycjach jako realne byty, czy bardziej jako symbole pewnych sił? Bo mam wrażenie że odpowiedź zmienia wszystko w tej dyskusji o bólu i ofierze.
Czytam to od dawna i jedno mnie niepokoi - jeśli bóstwo jest 'realną siłą psychiczną', to czy ból który pojawia się w praktyce jest też psychiczny, czy fizyczny? Czy to w ogóle ma znaczenie dla tego czy praktyka działa?
Nie wiem czy to dobre miejsce żeby to powiedzieć, ale mam wrażenie że ta dyskusja doszła do czegoś ważniejszego niż sam tytuł wątku. To nie jest już tylko pytanie o ból w rytuałach - to jest pytanie o to czy transformacja w ogóle jest możliwa bez czegoś co ją kosztuje. I czy bóstwa niszczycielskie są po prostu uczciwszą odpowiedzią na to pytanie niż tradycje które obiecują przemianę bez utraty.
To co piszesz Jadzia o ofierze versus technice, i to co Dominik dodał o Odinie - myślę że to jest właśnie ten punkt gdzie bóstwa niszczycielskie odróżniają się od 'zwykłych' praktyk ascetycznych. Bo jeśli Kali nie jest bóstwem które nagrodzi cię za ból, tylko bóstwem które obnaża to co już jest - to samo cierpienie ma zupełnie inną wagę. Ale mam pytanie do Lipowej: czy w tradycji Shakta jest jakaś nauka o tym, co Kali 'odsłania'? Czy to jest zawsze to samo dla każdego, czy indywidualne?
Wróćcie proszę do tego co Florka napisała wcześniej - że ta rozmowa doszła do czegoś ważniejszego niż tytuł wątku. Mam wrażenie że rzeczywiście pytanie o bóstwa niszczycielskie jest nieodłączne od pytania o ból jako próg. Ale nikt jeszcze nie powiedział wprost - czy bóstwo niszczycielskie można czcić bez przechodzenia przez ból? Czy jest jakaś ścieżka do Kali albo Odina która nie zakłada cierpienia?
Właśnie to rozróżnienie Dominika jest dla mnie sercem tego tematu. Czy bóstwo niszczycielskie jest godne czci samo w sobie, czy staje się godne czci przez to że czegoś od nas wymaga? Bo jeśli to drugie, to czcimy właściwie wymaganie, nie bóstwo. I wtedy każda trudna praktyka mogłaby być 'czczeniem' czegokolwiek co jest wymagające - co jest chyba błędem.
Jadzia postawiła coś ważnego. Myślę że jest jeszcze trzecia możliwość - bóstwo niszczycielskie jest godne czci nie dlatego że jest trudne, tylko dlatego że jest prawdziwe. To znaczy że reprezentuje aspekt rzeczywistości który istnieje niezależnie od tego czy go czcimy. Kali nie wymaga bólu dlatego że jest okrutna, ale dlatego że jest aspektem śmierci i przemiany, które są realne. Cześć dla niej to rodzaj zgody na rzeczywistość.
Słuchajcie, mam wrażenie że ta rozmowa coraz bardziej odchodzi od pytania o ból i cierpienie w praktykach ku filozofii bóstwa. To jest piękne, ale chcę wrócić do czegoś konkretnego. Czy ktoś z was zetknął się z tradycją gdzie ból był explicite częścią liturgii - nie metaforycznie, nie jako próg wewnętrzny, ale dosłownie fizycznie w ramach obrzędu? I jak to wyglądało z perspektywy uczestnika, nie tylko z perspektywy tekstów?
Słucham tej rozmowy od początku i bardzo mi dużo dała, serio. Ale mam jedno pytanie może naiwne - jeśli bóstwa niszczycielskie jak Kali czy Odin wymagają czegoś prawdziwego, to czy zwykły człowiek który nie jest w żadnej tradycji, nie ma guru, nie zna rytuałów - może się z nimi w ogóle zetknąć? Czy to jest zamknięte dla kogoś bez inicjacji?
To co Ballen napisał o byciu dosięgniętym bez inicjacji - to chyba jest też to co niektórzy opisują jako 'ciemną noc duszy' w tradycji chrześcijańskiej, nie? Jana od Krzyża też nie pytał czy człowiek jest gotowy. I właśnie dlatego ten wątek jest tak szeroki - bo bóstwa niszczycielskie w różnych tradycjach mogą być różnymi nazwami dla czegoś czego nie można zamówić ani odwołać. Tylko różne tradycje mają różne mapy dla tego samego terenu.
To co napisałam o ciemnej nocy duszy to było takie nagłe połączenie, ale chcę jeszcze dopytać Ballena - bo jeśli bóstwo dosięga bez inicjacji, to czy to jest w ogóle ta sama relacja co u osoby która przez lata szła ścieżką? Czy można powiedzieć że ktoś kto został 'dosięgnięty' przez Kali bez kontekstu tradycji przeżywa inicjację, czy raczej coś co wygląda jak inicjacja ale nią nie jest? Mam wrażenie że to rozróżnienie jest ważne dla tego całego wątku o bólu.
Właśnie to mnie ciekawi od początku tego wątku - czy ból 'nadesłany' przez bóstwo i ból zadany sobie w rytuale to w ogóle ta sama kategoria. Bo jeśli chodzi o pokutę w katolicyzmie - tam jest wyraźna intencja, człowiek sam siebie karze za coś konkretnego. A jeśli bóstwo cię dosięga bez twojego zaproszenia, to gdzie jest w ogóle element woli własnej? Czy bez woli jest w ogóle ofiara?
w tradycji nordyckiej to rozróżnienie jest bardzo wyraźne. Odin na Yggdrasilu zawiesił się sam - to kluczowe. Nie był zawieszony przez kogoś. Własna wola jest częścią ofiary. I dlatego właśnie współczesne asatru które próbuje obejść element prawdziwego wyrzeczenia wydaje mi się niepełne. Ale jednocześnie - co z tymi których Odin 'wybiera'? W sagach są postaci które nie szukały kontaktu, a zostały dotknięte. Czy ich ból jest mniej wartościowy?
Słucham tej rozmowy o woli i mam jedno zastrzeżenie. W praktyce którą znam - a obserwowałam kilka tradycji z bliska - najniebezpieczniejszym momentem jest właśnie przekonanie że mam wolę i kontrolę nad tym przez co przechodzę. Bo to przekonanie może być zasłoną. Prawdziwy próg pojawia się gdy wola przestaje wystarczać. I wtedy dopiero bóstwo niszczycielskie robi swoją pracę. Czy to dobrze? Nie wiem. Ale tak to widziałam.
Wróćmy może do pytania o bóstwa niszczycielskie jako takie, bo mi się wydaje że trochę odpłynęliśmy. Kali, Odin, Hekate w niektórych odczytaniach - czy są godne czci właśnie jako niszczycielskie, czy tylko jako niszczycielskie-a-potem-twórcze? Bo mam wrażenie że w tej rozmowie cały czas zakłada się że destrukcja jest tylko przejściem do czegoś lepszego. A co jeśli bóstwo niszczy i tyle? Czy można czcić samą destrukcję?
Słucham tej rozmowy o formie i bezforemnym i nagle wróciło mi coś z wcześniejszych postów - Jadzia pytała czy bóstwo niszczycielskie jest godne czci samo w sobie, czy przez to co wymaga. A Malinowa teraz mówi że forma bóstwa jest wejściem. To znaczy że może obydwa są prawdą w różnych momentach? Na początku czcimy je przez wymaganie, a potem przez rozpoznanie?
Jadzia trafia w punkt który mnie od dawna niepokoi w tym całym temacie. Bo widziałam jak ludzie interpretowali własne traumy jako 'inicjację Kali' albo 'test Odina' i to nie pomagało im się z tym rozstać tylko dawało ramę która legitymizowała ból. I nie mowie że to zawsze źle, ale... gzie jest granica? Kto albo co ją wyznacza jeśli nie ma tradycji ani nauczyciela?
Ale moment - czy ta różnica którą opisuje Malinowa nie przekłada się bezpośrednio na to jak ktoś psychologicznie przeżywa kontakt z takim bóstwem? Jeśli przy Odinie masz narrację wymiany, to masz jakiś punkt orientacyjny - kiedy coś straciłeś, możesz pytać co zyskałeś. Przy Morrigan tej struktury nie ma. I co to oznacza dla kogoś kto interpretuje własne cierpienie przez tę figurę?
właśnie to mnie niepokoi najbardziej. Bóstwa które nie obiecują niczego w zamian za ból sa zdecydowanie trudniejsze do obsługi bez ram tradycji. Bo w silnej linii iniciacyjnej masz nauczyciela, masz wspólnotę, masz sposób interpretacji. A jak ktoś samodzielnie sięga po Morrigan z youtube'a i własnych odczytań, to ta brak struktury wymiany może naprawdę nie pomóc.
Słucham i próbuję zrozumieć coś bardzo konkretnego - wy mówicie o 'kontakcie z bóstwem' jakby to była empiryczna rzeczywistość. Czy naprawdę uważacie że te bóstwa istnieją jako odrębne byty czy to są figury symboliczne które porządkują doświadczenie? Bo od odpowiedzi na to pytanie chyba zależy wszystko inne w tej rozmowie.
W tradycji nordyckiej to pytanie w ogóle nie istnieje w tej formie. Bogowie są realni jak siły natury są realne. Nie pytamy czy zima 'naprawdę istnieje' - doświadczamy jej. I Odin nie jest symbolem wiedzy, jest bóstwem które wiedzy żąda. Myślę że nakładanie współczesnych kategorii symbol/byt na politeistyczne tradycje to błąd metodologiczny.
Czytam i mam pytanie może naiwne - czy któreś z tych bóstw kiedykolwiek same 'cofnęły' to czego żądały? Tzn. czy w mitologii jest przykład kiedy bóstwo niszczycielskie mówiło 'dość, wystarczy'? Bo jeśli nie ma takich narracji, to skąd praktykujący mają wiedzieć kiedy granica jest przekroczona?
To co teraz piszecie o braniu bóstwa bez jego kontekstu kosmologicznego - to chyba dokładnie to co się dzieje w dużej części neopogaństwa i New Age. Ludzie wybierają sobie bóstwo z jakiejś estetyki albo nastroju i pracują z nim bez żadnego zaplecza tradycji. I to mnie teraz zastanawia inaczej niż wcześniej - czy to jest niewinne jeśli bóstwo jest niszczycielskie?
Ale chwilę - czy tradycja zawsze chroni? Bo znam przykłady gdzie to właśnie tradycja była używana do legitymizowania przemocy. Guru który mówił uczniom że ich ból to wola bóstwa. Wspólnota która odczytywała każde cierpienie jako konieczny etap. Tradycja może być siatką bezpieczeństwa albo klatką - i nie zawsze wiadomo które jest które w momencie gdy jesteś w środku.
I tu wracamy do pytania z którego zaczęłam cały ten wątek, tyle że z zupełnie innej strony. Na początku pytałam czy bóstwo niszczycielskie jest godne czci. A teraz widzę że tak naprawdę pytanie powinno brzmieć inaczej - kto ma prawo definiować co dane bóstwo od nas chce. I czy to prawo pochodzi z tradycji, z własnego doświadczenia, czy z czegoś jeszcze innego.
to jest pytanie które mnie towarzyszy od lat i nie mam na nie prostej odpowiedzi. Ale mam przekonanie że żadna z tych odpowiedzi - ani tradycja, ani własne doświadczenie - nie jest wystarczająca samodzielnie. Tradycja bez doświadczenia jest dogmatem. Doświadczenie bez tradycji jest błądzeniem. I może właśnie o to chodzi w pracy z bóstwami niszczycielskimi - że wymagają obu naraz.
