Hej, przepraszam że wchodzę z boku, bo nie jestem tu ekspertem, ale właśnie chodzi mi po głowie jedno pytanie. Czy lustro Dee to jedyny taki obiekt z epoki, który przetrwał? Bo skoro mówimy o tym, czy przedmioty 'pamiętają' doświadczenia - może da się porównać kilka takich obiektów i zobaczyć, czy jest jakiś wzorzec?
Wracam do pytania, które postawiłam kilka postów wyżej i które trochę zgubiliśmy - czy wizja Dee mogła być kolektywna, skoro uczestniczyli w niej Dee i Kelley? Nawet jeśli Kelley był manipulatorem, obaj widzieli i słyszeli rzeczy 'razem'. Czy to nie jest najprostrzy przykład wizji dzielonej przez dwie osoby, niezależnie od pytania o jej źródło?
Myślę, że tu jest naprawdę ciekawy węzeł. Dee uważał, że aniołowie komunikują się przez Kelleya jako medium, a on sam jest odbiorcą i interpretatorem. To jest model bardzo odmienny od wizji indywidualnej - mamy rolę technika, rolę interpretatora i rolę bytu zewnętrznego. Czy to nie jest bliższe strukturze rytuału zbiorowego niż osobistemu doświadczeniu mistycznemu? Kelley widzi, Dee rozumie. Żaden z nich nie ma pełnego obrazu.
Przepraszam że może naiwnie pytam, ale co to właściwie znaczy, że Kelley 'widział w lustrze'? Czy on opisywał obrazy na głos i Dee to zapisywał? Jak dokładnie ta sesja wyglądała fizycznie?
To jest dla mnie super ciekawe jako model praktyczny - jeden prowadzi rytuał i interpretuje, drugi wchodzi w stan wizyjny. Czy ktoś z was tak pracuje w parze? I czy to zmienia jakość wizji w porównaniu z pracą solo?
To co mówisz, Magini, jest dla mnie najciekawsze w całej tej rozmowie - czy wzajemne oczekiwanie między Dee i Kelleyem mogło samo w sobie produkować wizje? I czy to wyklucza ich autentyczność? Bo mam wrażenie, że wiele osób zakłada, że jeśli coś ma naturalne wyjaśnienie, to automatycznie 'nie jest prawdziwe'. A to niekoniecznie tak działa.
Właśnie to chciałam powiedzieć! Pytanie czy wizja była 'tylko' efektem wzajemnego napędzania się czy 'naprawdę' mistyczna - to może być fałszywa alternatywa. Dee sam nie rozdzielał tych porządków. Dla niego pobożność, matematyka i komunikacja z aniołami były jednym systemem.
Właśnie, sprawa z zamianą żon to jeden z tych momentów, gdzie widać pęknięcie w całym systemie. Dee najpierw był wstrząśnięty, potem się zgodził, potem żałował. Ale co ciekawe - nie przestał sesji. Dalej uważał, że obcuje z bytami prawdziwymi, tylko że może byt nie zawsze ma dobre intencje. To jest dla mnie kluczowe dla tematu tego wątku: czy wizja bóstwa musi być dobroczynna, żeby być 'prawdziwą' wizją?
To zdanie Goplany bardzo mnie zatrzymuje. Tzn. czy w ogóle w tradycjach duchowych zakłada się, że bóstwo z definicji chce dla nas dobrze? Bo ja miałam wrażenie, że to raczej nowoczesne założenie - bogowie greccy czy słowiańscy byli kapryśni i nie musieli być życzliwi.
O rany, to co Magini napisała to naprawdę mi otworzyło oczy! Bo ja właśnie zawsze zakładałam, że jeśli zapraszam jakieś bóstwo do pracy, to ono chce mi pomóc. A może to jest nieporozumienie już na poziomie wyjściowego założenia? Jak wy podchodzicie do tego zanim zaczniecie taką pracę?
Dobry punkt, Donatek.pl. I wróćmy na chwilę do rdzenia tematu tego wątku - bo chyba zgubiłyśmy go trochę. Czy te zbiorowe wizje w kulturach szamańskich - np. podczas ceremonii z enteogenami - to jest ten sam typ doświadczenia co Dee i Kelley? Czy to zupełnie różne mechanizmy, które tylko powierzchownie wyglądają podobnie?
Właśnie ta asymetria jest tym, co mnie od początku w Dee tak pochłania. Większość opisów mistycznych spotkań z bóstwami, które znam - czy to Hildegarda, czy mistycy suficcy, czy rdzenni Amerykanie - to doświadczenia, gdzie widzący i interpretujący to ta sama osoba. Dee celowo to rozdzielił. I nie wiem, czy to był błąd czy geniusz.
Przepraszam, że się wtrącam bo czytam od dłuższego czasu - czy mam dobrze rozumieć, że Dee świadomie wybrał Kelleya jako 'odbiorcę', bo sam nie potrafił skryngować? To znaczy, że on szukał kogoś z tą konkretną zdolnością? Jak to w ogóle działało, że ktoś taki jak Dee, z jego ambicjami, mógł zaakceptować, że ta kluczowa rola nie należy do niego?
Czytam ten wątek i mam jedno podstawowe pytanie, może głupie - czy Dee pisał po angielsku te swoje dzienniki? Bo gdzieś widziałem fragment i wyglądało to na łacinę, ale nie jestem pewien. I czy są dostępne po polsku jakieś tłumaczenia albo opracowania dla kogoś kto chce zacząć, ale nie zna angielskiego na takim poziomie?
Wracając do tego, o czym pisała Goplana - że u Dee widzący i interpretujący to dwie różne osoby - to mnie zastanawia jedno. Czy w tradycji ceremonialnej w ogóle jest jakiś precedens dla takiego układu? Bo szaman zazwyczaj sam widzi i sam tłumaczy. Wyrocznia w Delfach niby miała kapłanów-tłumaczy, ale oni tłumaczyli mowę Pytii, nie obraz w lustrze. To jest jednak coś innego, prawda?
To jest bardzo ciekawe zestawienie. Tylko czy medium w Endor w ogóle interpretuje, czy tylko przekazuje? Bo Kelley podobno nie był biernym kanałem - on opisywał to, co widział, ale wiemy, że jego opisy mogły być koloryzowane. Sama Goplana pisała wcześniej o tej asymetrii. Jak Kelley wiedział, co jest ważne, a co jest 'szumem' w tym co widział?
To co Romualda mówi jest ciekawe, ale mam wrażenie, że skala jednak zmienia jakość. Przy kartach ryzyko błędnej interpretacji jest ograniczone - no źle odczytasz sytuację. Kelley interpretował polecenia, które miały kształtować życie Dee, jego podróże, relacje - a skończyło się na tej historii z żonami. To nie jest porównywalny poziom konsekwencji, nie?
Dokładnie, Dzidka, i to jest jeden z najciekawszych aspektów całej tej historii. Kelley kilka razy próbował przerywać sesje, twierdził że duchy mogą być demonami, a nie aniołami. Dee go za każdym razem przekonywał żeby kontynuował. Więc kto tu był bardziej 'wierzący' - medium czy jego zleceniodawca? To odwraca trochę typowy schemat.
Słuchajcie, ale jest tutaj jeden wątek, który chyba wszyscy omijamy - Kelley był oskarżony o necromancję jeszcze zanim poznał Dee. Miał obcięte uszy jako kara. Więc jego 'sceptycyzm' mógł być po prostu ostrożnością kogoś, kto już raz oberżał za podobne praktyki, a nie autentyczną wątpliwością duchową. To trochę zmienia obraz 'sumiennego medium z wątpliwościami'.
Donatek.pl porusza ważny punkt, ale ja bym była ostrożna z tą interpretacją. Owszem, Kelley miał przeszłość, która go komplikowała - to jest faktem historycznym. Ale z dzienników Dee wynika, że Kelley wielokrotnie przerywał sesje bez zewnętrznego powodu, wyglądało to na autentyczny niepokój. Możliwe, że obie rzeczy były prawdziwe naraz - ostrożność kogoś 'spalonego' i genuine strach przed tym, co widział.
Zaciekawił mnie ten wątek z ryzykiem. Czy w innych tradycjach, które tutaj omawiałyśmy - szamańskiej, sufickiej - też było to tak niebezpieczne prawnie i społecznie? Bo mam wrażenie, że w Europie w tym czasie bycie mistykiem to był hazard z życiem, a gdzie indziej to była raczej uznana funkcja społeczna.
A propos tej ramy społecznej - to wracam do pytania o zbiorowe wizje, bo Zawilec je wcześniej postawiła. Czy właśnie ta rama nie jest tym, co decyduje, czy wizja jest 'kolektywna' czy tylko 'współdzielona'? Bo Dee i Kelley mieli wspólną ramę - okultystyczną, hermetyczną - ale to była rama dla dwojga, nie dla całej wspólnoty. Czy to wystarczy, żeby mówić o doświadczeniu kolektywnym?
Na to pytanie Wahadlarza nie ma jednej odpowiedzi, bo to zależy od tradycji i konkretnej grupy. Znam kręgi, gdzie każdy zapisuje swoje wrażenia z sesji oddzielnie i dopiero po wszystkim się porównuje - właśnie po to, żeby nie było sugestii. I tam naprawdę zdarzają się zbieżności, które trudno wytłumaczyć przypadkiem. Ale znam też kręgi, gdzie jedna osoba de facto narzuca narrację i reszta ją podąża. To są kompletnie różne doświadczenia mimo podobnej formy.
Przepraszam, bo jestem trochę z boku tej rozmowy - ale chcę zapytać, bo mnie to dotyczy praktycznie. Jak mam rozpoznać, czy to, co odbiera medium w sesji, jest autentycznym przekazem, czy projekcją własnych myśli? Dee nie miał na to odpowiedzi, to jasne, ale może ktoś z was ma jakieś własne kryterium?
To co Romualda opisuje - że przekaz jest autentyczny, jeśli zawiera coś zaskakującego i niekomfortowego - to mnie trochę niepokoi jako kryterium. Bo czy nie jest tak, że nasze własne lęki i oczekiwania też potrafią generować coś 'niespodziewanego'? Tzn. jeśli gdzieś w głowie mam strach przed czymś, to ten strach może mi wygenerować właśnie coś niekomfortowego i nieoczekiwanego, a jednak wewnętrznego.
Wracając do pytania Numerolożki - bo mam wrażenie, że temat weryfikacji autentyczności jest kluczowy i trochę się go omija. W tradycji enochijskiej, którą Dee stosował, była własna metoda weryfikacji: anioły miały dawać informacje, których żaden z uczestników nie mógł znać z góry. Stąd cały ten język enochijski - on miał być dowodem na nieludzkie źródło. Problem w tym, że nie wiemy, czy Kelley faktycznie nie mógł go skonstruować, bo był wykształcony i znał alchemiczne symbole.
Właśnie dlatego w grupach, które znam, stosuje się tę zasadę oddzielnego zapisu. Ale nawet to nie eliminuje problemu, bo każde z nas wnosi swój własny filtr percepcyjny. Tylko że przynajmniej widzisz, gdzie filtry się pokrywają, a gdzie się rozchodzą. Mam pytanie do Ametystki - czy w literaturze o Dee jest jakaś analiza tego, ile z języka enochijskiego da się realnie przetłumaczyć na spójne teksty?
