Czytałam ostatnio o sesjach Johna Dee z Edwardem Kelleyem i nie mogę przestać o tym myśleć. Dee był matematykiem, astrologiem, doradcą Elżbiety I - człowiek absolutnie nie z tych, co wierzą we wszystko bezkrytycznie. A jednak przez lata prowadził dzienniki z rozmów z aniołami, zapisywał enochański alfabet, geometrię niebiańskich sfer. Pytanie, które mnie nurtuje: czy to były wizje indywidualne Dee i Kelleya, czy może coś, w co my tu wszyscy powinniśmy się wpatrzyć jako przykład prawdziwego kontaktu z bytami wyższymi? Bo z jednej strony Kelley był medium, a Dee tylko zapisywał - ale z drugiej strony obaj widzieli to samo. Jak to w ogóle działa, że dwie osoby mają zbieżne wizje? Czy to argument za tym, że bóstwo albo anioł istnieje obiektywnie, poza umysłem?
To jest jedno z klasycznych pytań filozofii mistycznej i nie ma na nie prostej odpowiedzi, ale powiem ci, co mnie w tym przypadku najbardziej zastanawia. Kelley był medium, czyli przekazicielem - Dee był interpretatorem i zapisywaczem. Taki podział ról pojawia się w seansach spirytystycznych, w wyroczniach, w szamanizmie. Zawsze jest ktoś, kto 'widzi', i ktoś, kto 'rozumie'. Ale zbieżność wizji to faktycznie osobny problem. W tradycji hermetycznej mówi się o Mundus Imaginalis - świecie wyobrażeniowym, który nie jest ani czysto subiektywny, ani fizycznie materialny. Corbin o tym pisał przy okazji islamu szyickiego. Może Dee i Kelley trafili do tego samego 'miejsca'?
Ale czy to nie jest tak, że każdy widzi to, czego oczekuje? Dee był chrześcijaninem, więc widział aniołów - gdyby był hinduistą, widziałby dewy albo aspekty Brahmy? Mam wrażenie, że forma wizji jest zawsze filtrowana przez kulturę, a to podważałoby tę 'obiektywność' bytu.
To jest bardzo ważne pytanie, Magini, i sama się nad tym zastanawiałam. Ale jest jeden problem z tym argumentem - enochański język, który rzekomo przekazały aniołom Dee i Kelleyowi, nie pasuje do żadnego istniejącego systemu językowego, który Dee znał. Badacze przez lata próbowali go rozszyfrować. Gdyby to był tylko projekt jego własnej wyobraźni zakorzenionej w chrześcijaństwie, skąd wziął coś tak obcego kulturowo?
Enochański to akurat nie jest żaden dowód na kontakt z aniołami - Dee był geniuszem językowym i matematycznym, mógł konstruować systemy symboli podświadomie. Podobnie Kelley mógł improwizować pod wpływem transu. Mózg w stanach zmienionych świadomości potrafi generować rzeczy, których w normalnym stanie nigdy byśmy nie wymyślili. To tłumaczy zarówno nowość języka, jak i zbieżność wizji - obaj byli pod wpływem intensywnych sesji modlitewnych, postu, skupienia.
Zapisuję to, bo to ważny wątek - mam w notatkach kilka przypadków z innych tradycji, gdzie zbieżne wizje pojawiają się u osób niepowiązanych ze sobą. W jungowskiej psychologii analitycznej jest pojęcie synchroniczności i archetypu zbiorowego, które mogłoby to częściowo tłumaczyć. Ale mnie ciekawi coś innego: czy podczas tych sesji Dee stosował jakieś konkretne przedmioty? Bo pamiętam, że jest wzmianka o lustrzanym kamieniu - obsydianowym albo podobnym. Magia rytualna często wymaga nośnika.
O, nie wiedziałam, że to zwierciadło jest w muzeum! To chyba niesamowite uczucie, stać obok czegoś takiego. Ale mam pytanie do was - skrying to jest coś, czego może się nauczyć ktoś taki jak ja, czy to trzeba mieć jakiś wrodzony dar? Bo czytałam, że Dee sam nie widział wizji, tylko Kelley widział - to znaczy, że nie każdy może?
Szczerze? Trochę sceptycznie podchodzę do całej tej historii z Dee, bo mamy do czynienia z XVI wiekiem, brakiem możliwości weryfikacji, i jednym z uczestników - czyli Kelleyem - który miał reputację hochsztaplera. To nie znaczy, że Dee kłamał, ale jak oddzielić szczere doświadczenie od sytuacji, w której jedna osoba jest zmanipulowana przez drugą?
Przepraszam, że wchodzę z głupim pytaniem, ale kto to jest ta Hildegarda? Czy ona też miała kontakt z aniołami? Bo temat mi się podoba, ale trochę gubię te wszystkie nazwiska.
Hildegarda z Bingen to XII-wieczna benedyktyńska mistyczka i wizjonerka - opisywała to, co nazywała 'żywym światłem', i twierdziła, że objawienia przychodziły do niej w stanach czuwania, nie snu. Uznana za doktora Kościoła. Teresa z Ávila - XVI wiek, hiszpańska mistyczka, opisywała ekstazy i lewitacje, też kanonizowana. Oba przypadki interesujące, bo instytucja kościelna te wizje weryfikowała i zatwierdziła. Dee był poza tym systemem weryfikacji - pracował na własną rękę, co jest innym rodzajem doświadczenia.
To właśnie mnie zastanawia - w przypadku Hildegardy czy Teresy mamy instytucję, która mówi 'tak, to prawdziwe'. Przy Dee nie ma żadnej takiej instytucji. Ale jednocześnie zastanawiam się, czy instytucja w ogóle może cokolwiek zweryfikować? Skoro doświadczenie jest subiektywne, to jakie kryteria stosuje Kościół? I czy te kryteria są inne niż to, że wizja 'pasuje' do doktryny?
Kościół ma dość konkretne kryteria rozeznania duchów, opisane od czasów patrystycznych. Chodzi między innymi o to, czy wizja przynosi duchowe owoce, czy prowadzi do pokory, czy jest sprzeczna z nauczaniem, czy wizjoner wykazuje oznaki choroby psychicznej. To oczywiście nie jest metoda naukowa, ale ma swoją wewnętrzną logikę. Dee by tych testów nie przeszedł, bo jego objawienia prowadziły m.in. do postulatu wymiany żon między nim a Kelleyem - i to podobno też miało być 'polecenie aniołów'. Dee miał z tym ogromny problem etyczny.
Powiem szczerze, że ta dyskusja mnie trochę przytłacza ilością nazwisk i pojęć, ale jedno rozumiem - że Dee przez całe życie naprawdę wierzył w to, co widział razem z Kelleyem. I mam pytanie może naiwne: czy ktoś po nim próbował użyć tego lustra obsydianowego? Skoro jest w muzeum, to chyba nie można, ale... ktoś wie coś na ten temat?
Historia proweniencji tego lustra jest fragmentaryczna, ale wiadomo, że przez jakiś czas znajdowało się w posiadaniu rodziny Horace'a Walpole'a, który był pisarzem gotyckim - i to chyba nie przypadek. Natomiast Dzidka zadaje pytanie, które ma poważny odpowiednik w religioznawstwie: pojęcie obiektów naładowanych, świętych relikwii, które niosą w sobie ślad praktyki. W tradycjach tantrycznych są obiekty rytualnie aktywowane przez lata - czy to jest ta sama kategoria co lustro Dee?
Ale tu chyba jest ważna różnica? W tradycji tantrycznej obiekt jest celowo i świadomie 'ładowany' przez określony rytuał i intencję zbiorowości. Lustro Dee to historia jednego człowieka i jednej praktyki, w dodatku nieustandaryzowanej. Czy te kategorie naprawdę można porównywać, czy to zbyt duże uproszczenie?
To mnie prowadzi z powrotem do głównego pytania Goplany z początku wątku. Mamy teraz dwie nici: czy wizja jest zbiorowa z natury, i czy obiekty mogą być nośnikami doświadczenia wizyjnego. Czy te nici się łączą? Czy lustro Dee jest przykładem czegoś, co mogło by przekazywać doświadczenie wizyjne kolejnym użytkownikom - i czy to by oznaczało, że wizja jest w jakimś sensie 'zapisana' poza umysłem?
W tradycji chrześcijańskiej jest coś takiego jak 'genius loci' - duch miejsca - oraz przekonanie, że pewne przedmioty mogą być kanałami działania duchów, niekoniecznie dobrych. Kościół zawsze podchodził do takich obiektów z rezerwą właśnie dlatego. Dee wiedział o tym - był z wykształcenia człowiekiem Kościoła, choć działał na jego granicach. Ciekawe, że nigdy nie poddał swojego zwierciadła żadnemu kościelnemu rytuałowi oczyszczenia, przynajmniej według źródeł, które znam.
Hej, może trochę z innej beczki - bo czytam ten wątek od jakiegoś czasu i mam wrażenie, że za dużo mówimy o Dee historycznie, a za mało o tym, jak to działa w praktyce. Czy ktoś z was próbował skringu na obsydianie albo w ogóle jakiegoś kontaktu wizyjnego? Jakie są efekty? Bo teoria jest piękna, ale mnie interesuje, czy to w ogóle daje jakieś odczuwalne rezultaty.
Mnie zawsze zastanawiało, czy te obrazy w skringu są czymś w rodzaju snów na jawie - czy mają tę samą logikę co sny? Bo w snach też mam niekiedy obrazy, które są bardzo wyraźne i jakby sensowne wewnętrznie, ale znikają zanim zdążę je zapisać. Dee prowadził bardzo szczegółowe dzienniki - czy to mogło zmieniać jakość samych wizji, bo wiedział, że będzie je opisywał?
Właśnie - i teraz jestem ciekawa czegoś konkretnego. Czy w tych dziennikach Dee są momenty, kiedy aniołowie mówią coś zupełnie niespodziewanego, czego Dee nie mógł przewidzieć? Bo jeśli wszystko idealnie pasowało do jego oczekiwań angelologicznych, to jest to jeden rodzaj interpretacji. Ale jeśli są rzeczy, które go zaskoczyły albo których nie rozumiał - to zupełnie inne pytanie.
Mam akurat notatkę na ten temat! Tak, były takie momenty - właśnie ten rozkaz zamiany żon był dla Dee szokujący i sprzeczny z jego moralnością. Był też cały system tablicowy, który Dee latami próbował zinterpretować i przyznawał, że go nie rozumie w pełni. Enochańskie inwokacje były przekazywane 'od tyłu', co Dee uważał za formę ochrony przed przypadkowym użyciem. Gdyby to była tylko projekcja jego oczekiwań, po co by sobie sam utrudniał?
Albo właśnie dlatego - żeby nadać temu większą powagę i wyjątkowość. Nie mówię, że Dee kłamał, mówię, że ludzki umysł jest mistrzem w tworzeniu wewnętrznych oporów i przeszkód, które potem sam przezwycięża, co wzmacnia poczucie autentyczności doświadczenia. To klasyczny mechanizm. Kunegunda, a czy w twoich notatkach jest coś o tym, jak Dee reagował na te 'trudne' przekazy emocjonalnie - płakał, wpadał w złość?
A może Kelley po prostu był dobrym aktorem? Przepraszam, że tak brutalnie, ale on miał ucięte uszy za fałszerstwo - to był człowiek, który potrafił odgrywać role. Dee mu ufał i płacił. To wszystko mogło być bardzo wyrafinowaną manipulacją ze strony Kelleya, i Dee był ofiarą, a nie współautorem wizji. Czy ktoś rozważał tę wersję na poważnie?
No dobra, ale teraz mam pytanie do Kunegudy i wszystkich, którzy bronią autentyczności tych seansów - jeśli nawet przyjmiemy, że Kelley był manipulatorem, to co z tymi fragmentami Enochianu? Dee nie znał żadnego języka wymyślonego na własne potrzeby, a Enochian ma wewnętrzną gramatykę. Czy sam Dee mógłby to stworzyć podświadomie, bez żadnej pomocy?
A właśnie! Czy ktoś tu w ogóle pracował z Enochianem praktycznie? Czytałem, że magicy ceremonialny z Golden Dawn go adaptowali, ale czy to przenosi cokolwiek z pierwotnego doświadczenia Dee, czy to już zupełnie nowy system?
Dee dostał pewne instrukcje - że język służy do wzywania i komunikacji z hierarchiami anielskimi, że ma kosmologiczne znaczenie. Ale duże partie Tabel pozostały dla niego niezinterpretowane do końca życia. To trochę jakby dostać instrument, który brzmi pięknie, ale nie wiesz, do jakiej muzyki. Wracając do wątku głównego: czy to znaczy, że zbiorowa wizja, jeśli taka istnieje, może przekazywać coś, czego odbiorca nie jest w stanie w pełni przetworzyć w swoim czasie?
To pytanie Goplany bardzo mi się podoba, bo przesuwa ciężar. Zakładamy zazwyczaj, że wizja ma sens dla tego, kto ją otrzymuje. Ale może jest inaczej - może niektóre przekazy są skierowane do kogoś przyszłego albo do kolektywu, a jednostka jest tylko przekaźnikiem? W tradycji prorockiej jest coś takiego - prorok nie musi rozumieć proroctwa.
