Właśnie o to mi chodziło. Palamas sformułował rozróżnienie między istotą Boga a energiami Boga - i to był ruch obronny. Bez tej teologii hesychazm byłby herezją, bo zakładał bezpośredni kontakt z Bogiem. A tak: możesz mieć kontakt z energiami, ale istota pozostaje nieosiągalna. Apofatyka jako tarcza, nie jako miecz.
To mnie uderzyło. Bo może właśnie tak działa każda ortodoksja - buduje obronną architekturę wokół doświadczenia, którego sama nie ma. Ci, którzy mają - siedzą. Ci, którzy nie mają - piszą traktaty, żeby uzasadnić siedzenie.
To pytanie KiraK jest chyba centralnym napięciem całej apofatyki instytucjonalnej. Kościół, beit din, sanhedryn - wszystkie próbują regulować doświadczenie, które wymyka się regulacji. I paradoksalnie ci mistycy, którzy zostali uznani za ortodoksyjnych, często to właśnie rozumieli - Jan od Krzyża pisał dla przełożonych zakonnych, nie dla ogółu. Piszę to, bo mam wrażenie, że to nie jest zbieżność przypadkowa.
Słucham tego i myślę o czymś, co mnie od dawna nurtuje. Czy kobieta-mistyczka miała w ogóle szansę na ortodoksję? Hildegarda z Bingen była akceptowana, ale przez całe życie musiała mieć opiekuna - mężczyznę - który 'uwiarygodniał' jej wizje. Jakby jej doświadczenie było autentyczne, ale potrzebowało męskiego notariusza.
Nie chcę wyjść na ignorantkę, ale naprawdę nie rozumiem - dlaczego Hildegarda w ogóle potrzebowała tego opiekuna? Czy to było prawo kościelne, zwyczaj, czy coś innego?
I to jest moment, w którym apofatyka i cisza stają się polityczne. Kto ma prawo do doświadczenia niewyrażalnego? Kto może świadczyć, że jego cisza jest 'właściwą' ciszą? To nie jest pytanie tylko historyczne - współcześnie w tradycjach medytacyjnych też są hierarchie, które decydują, czy twoje doświadczenie jest 'autentyczne'. Nauczyciel potwierdza oświecenie ucznia. Roshi zatwierdza satori. Struktura ta sama, tylko bez płci - choć nie zawsze.
Wróćmy na chwilę do samej apofatyki, bo mi umknął wątek, który wcześniej otworzył Nekromanta - mapa ciszy. Powiedział, że każda mapa prowadzi co najwyżej do progu. Ale są tradycje, które twierdzą, że mapa sama jest progiem - że w momencie kiedy ją porzucasz, już jesteś po drugiej stronie. Adwaita chyba tak to ujmuje, nie?
Czyli cisza jako stan naturalny versus cisza jako osiągnięcie - to jest chyba fundamentalna linia podziału między tradycjami? Jedni mówią: wróć do tego, co zawsze było. Drudzy mówią: dojdź do tego, czego jeszcze nie ma.
I teraz wróćmy do kobiet-mistyczek, bo to się łączy. Jeśli cisza jest powrotem do czegoś naturalnego, to dlaczego kobiety miały do niej mniejszy dostęp instytucjonalny? Czyżby instytucja zakładała, że ich 'naturalny stan' jest inny? To jest naprawdę niepokojące zdanie, które właśnie same ułożyłam.
I to jest dokładnie to, co mnie uderza w apofatyce jako tradycji pisanej przez mężczyzn. Pseudo-Dionizy, Mistrz Eckhart, Jan od Krzyża - wszyscy piszą o tym, co niewyrażalne. Ale sami wyrażają to pełnym głosem i nikt nie kwestionuje ich prawa do tego.
To jest naprawdę dobre pytanie. W apofatyce jest takie napięcie - z jednej strony tradycja mówi, że doświadczenie Boga jest przed słowem i poza słowem. Z drugiej strony przekazywanie tej tradycji odbywa się wyłącznie przez słowo. A skoro przekaz jest słowny, to ten kto kontroluje słowo, kontroluje też to, co uznaje się za autentyczne milczenie.
Ale chwila - czy apofatyka jako tradycja intelektualna i apofatyka jako praktyka ciszy to nie są dwie różne rzeczy? Bo możemy mówić o tym, że kobiety były wykluczone z pisania teologii apofatycznej, ale czy były wykluczone z samego siedzenia w ciszy?
Przepraszam, że znowu się wtrącam z podstawowym pytaniem, ale czy w ogóle istniały tradycje, gdzie kobiety miały pełny dostęp do tej teologicznej ciszy, gdzie mogły i siedzieć i pisać? Bo z całej tej rozmowy wynika, że wszędzie były jakieś 'ale'.
To jest naprawdę ciekawy trop, Jurek. Bo z perspektywy pracy energetycznej też widać, że tradycje, które uznają ciało za nośnik - tantra, pewne nurty taoistyczne, szamanizm - mają dużo więcej miejsca dla kobiecego autorytetu. I może właśnie dlatego, że cisza jest tam ciszą ciała, nie tylko umysłu.
I tu wracamy do sedna apofatyki, bo to jest naprawdę filozoficznie poważny problem. Tradycja mówi: Bóg jest poza wszelkimi kategoriami, poza płcią, poza formą. A jednocześnie instytucja, która tę tradycję przechowuje, jest głęboko uformowana przez kategorie płci. To jest wewnętrzna sprzeczność, z której chyba żadna z głównych tradycji się do końca nie rozliczyła.
To zdanie powinno być gdzieś wydrukowane. Mówimy o Bogu poza formą, a trzymamy go za kluczem kościoła, synagogi, meczetu - za kratami form. Czy ktoś w tych tradycjach w ogóle próbował tę sprzeczność artykułować? Nie zewnętrzni krytycy, ale wewnątrz?
To jest chyba cecha wielu wielkich mistyków - radykalizm metafizyczny i konformizm instytucjonalny idą w parze. Teresa z Ávili reformowała zakon, ale nigdy nie twierdziła, że kobiety powinny być kapłankami. Ibn Arabī pisał o Bogu jako kobiecym i męskim jednocześnie, ale w ramach cywilizacji, która kobiet do teologii nie dopuszczała. Mam wrażenie, że radykalizm wewnętrzny był ceną za spokój zewnętrzny.
To co napisałaś o Porete jest naprawdę uderzające. Jej tekst przeżył anonimowo, bo nikt nie wiedział, że autorka to kobieta. Czy to nie jest właściwie najdosłowniejszy przykład apofatyki przymusowej? Nie teologicznej, tylko społecznej. Bóg niewyrażalny, kobieta niewidzialna - obie nieobecności konstruowane przez tę samą instytucję.
Właśnie. I to mnie zawsze uderza, kiedy czytam 'Zwierciadło dusz prostych' - ten tekst jest napisany z ogromną swobodą, z miejsca kogoś, kto naprawdę nie potrzebuje instytucji jako pośrednika. Dusze proste u Porete są poza prawem, poza sakramentami, poza hierarchią. I może to jest powód, dla którego musiała spłonąć. Nie dlatego, że pisała o ciszy - tylko dlatego, że cisza, o której pisała, czyniła kościół zbędnym.
czyli paradoks polega na tym, że im bardziej radykalna apofatyka, tym mniej instytucja jest potrzebna - a im mniej instytucja jest potrzebna, tym bardziej staje się niebezpieczna dla tej instytucji. To tłumaczy, dlaczego mistycy, którzy pozostali przy życiu, mieli jakiś wbudowany hamulec. Eckhart miał teologię, która go ograniczała. Hildegarda miała wizje, które nadawały jej autorytet, ale nie podważały struktury.
Ale czy to znaczy, że instytucja toleruje mistycyzm tylko do pewnego progu? Że cisza jest okej, dopóki nie zaczyna mówić za głośno?
Nie czytałam ich zestawionych, ale słyszałam, że niektórzy badacze sugerują, że Eckhart mógł znać tekst Porete - albo krążące wokół niego idee - zanim napisał swoje kazania. Jeśli to prawda, to jest coś ironicznego w tym, że ona spłonęła, a jej myśl przeżyła częściowo przez niego. Nie wiem, czy to jest inspirujące czy smutne.
Dla mnie to jest przede wszystkim smutne. Choć rozumiem, że tekst przeżył i to jest coś. Ale zastanawiam się - skoro tyle mistycznego pisarstwa kobiet zaginęło albo przetrwało anonimowo, to jak możemy w ogóle mówić, że wiemy, jak wyglądała tradycja apofatyczna? My znamy wersję przefiltrowaną przez tych, którzy przeżyli.
Przepraszam, ale chcę się upewnić, że dobrze rozumiem - Marguerite Porete to była ta sama osoba co 'Zwierciadło dusz prostych'? Nigdy wcześniej o niej nie słyszałam, a brzmi jak ktoś, o kim powinno się uczyć w szkole razem z Hildegardą.
Tak, Marguerite Porete napisała 'Zwierciadło dusz prostych i wyniszczonych' około 1300 roku. Spłonęła w Paryżu w 1310 roku. Tekst przez wieki krążył jako anonimowy i był czytany jako ortodoksyjna mistyka, dopiero w XX wieku udało się potwierdzić jej autorstwo. To co ciekawe - Hildegarda jest dziś świętą i doktorem Kościoła, Porete jest heretykiem. A ich doświadczenia mistyczne, jeśli czytasz teksty, są w wielu miejscach zaskakująco podobne. Różnica jest właśnie w tym, o czym mówił Nekromanta - co z tym doświadczeniem zrobiłaś instytucjonalnie.
I tu znowu wraca pytanie o ciało, bo Hildegarda bardzo dużo pisała o ciele - migreny, wizje fizyczne, medycyna, muzyka jako wibracja. Jej mistycyzm był zakorzeniony w materii. Porete pisała o duszy, która porzuca wszystko, w tym ciało. Zastanawiam się, czy to też miało znaczenie - czy ciało jako temat dawało jakiś rodzaj 'akceptowalności', bo wpisywało się w porządek stworzenia, podczas gdy czysta bezcielesność duszy podważała ten porządek.
W kościołach protestanckich zmieniło się i to dość radykalnie - kobiety są pastorkami, biskupkami. Ale to jest inna tradycja, dużo mniej obciążona apofatyką jako drogą teologiczną. Katolicyzm z jednej strony ma całą tę mistyczną tradycję kobiecą - Hildegarda, Teresa, Katarzyna - a z drugiej strony powiada: do sakramentów nie podejdziesz. Zastanawiam się, czy to jest sprzeczność, czy spójna logika.
