Zastanawiam się od dłuższego czasu nad tym, jak różne tradycje religijne radzą sobie z problemem dwojstości w bóstwie. Mam na myśli konkretnie takie pojęcia jak syzygia u gnostyków, boska para w hinduizmie, ale też motyw androgyna w hermetyce. Wszędzie pojawia się ten sam schemat: bóstwo 'kompletne' to połączenie dwóch zasad, męskiej i żeńskiej, aktywnej i pasywnej. Czy to jakaś archetyp głęboko zakorzeniony w ludzkiej psychice, czy raczej coś, co daje się śledzić historycznie jako wędrujący motyw? Pytam też dlatego, że niedawno czytałem o Zurwanie w zoroastryzmie i zacząłem się zastanawiać, czy tamta koncepcja nieskończonego czasu jako 'rodzica' Ahury Mazdy i Arymana to nie jest właśnie taka ukryta syzygia. Ktoś coś na ten temat wie?
Temat trafia w coś, o czym myślę już od jakiegoś czasu. W hermetyce mamy zasadę płci jako jedno z siedmiu praw Kybaliona, ale tam chodzi bardziej o zasadę działającą we wszystkim, nie o konkretne bóstwo. Natomiast u gnostyków ta syzygia jest bardzo konkretna, Barbelo i Ojciec Niewidzialny w Ewangelii Judasza, albo Sophia i jej syzyg. Zastanawiam się tylko, czy gnostycka syzygia to naprawdę 'małżeństwo' zasad, czy bardziej emanacja, gdzie jedno wynika z drugiego. Bo to robi sporą różnicę, prawda? Przy prawdziwej parze mamy równorzędność, przy emanacji jest jakiś kierunek, hierarchia.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że wszyscy krążycie wokół czegoś, co w praktyce medytacyjnej jest bardzo namacalne. W tradycji tantrycznej, którą trochę studiuję, Shiva i Shakti to nie są po prostu dwa bóstwa, to są dwa stany tej samej rzeczywistości. Shiva bez Shakti jest trupem, Shakti bez Shivy jest chaosem. To mi się kojarzy z tym, co mówicie o syzygii, że żadna z zasad nie jest kompletna bez drugiej. Ale mam pytanie do Franka i Leokadii, czy u gnostyków to małżeństwo syzygów kończy się czymś, jakimś stanem, do którego dąży, czy jest to stan statyczny?
Wtrącę się bo mnie to ciągnie od innej strony. Czy androgyniczność bóstwa to na pewno to samo co syzygia? Bo mi się wydaje, że to jednak dwie różne rzeczy. Androgyn to jedno, niepodzielone. Syzygia to para, dwa odrębne byty w relacji. Hermes Trismegistos w Corpus Hermeticum jest androgyniczny, ale to nie znaczy, że jest syzygiem. Platońskie androgyny z Sympozjum to z kolei coś, co zostało rozdzielone i szuka połączenia. Więc może warto rozróżnić: androgyn jako stan oryginalny versus syzygia jako dynamika relacji między dwoma zasadami?
Czytam i mam wrażenie, że ta idea androgyna jako stanu pierwotnego pojawia się wszędzie. W Genezis jest wzmianka, że Bóg stworzył człowieka na swój obraz, mężczyznę i kobietę, i to można czytać tak, że oryginał był niepodzielony. Czy to nie jest ten sam motyw, tylko w innym opakowaniu? Pytam szczerze, bo nie znam się tak dobrze jak wy, ale skojarzenie jest mocne.
Ja do tej rozmowy wchodzę z innego kąta. Słyszałam wielokrotnie, że wiele koncepcji, o których rozmawiamy, sąd ostateczny, zmartwychwstanie, dualizm dobra i zła, ma korzenie w zoroastryzmie. Ale teraz jak czytam o Zurwanie, to zaczynam się zastanawiać, czy to oznacza, że cała ta teologia jest starsza niż myślimy, albo że przeszła przez Persję i tam ją przekształcono. Czy ktoś może rozwinąć, co konkretnie judaizm i chrześcijaństwo mogły zapożyczyć od Zaratusztry, a co jest samodzielnym rozwojem?
Słucham i trochę jestem zdezorientowana. Czy wy mówicie, że wszystkie te religie kopiowały od siebie nawzajem, czy że po prostu ludzie wszędzie na świecie dochodzą do podobnych wniosków niezależnie? Bo te dwie rzeczy to zupełnie inne twierdzenia. I jedno i drugie może być prawdą w różnych przypadkach, ale ważne żeby wiedzieć, o czym się mówi.
Wróćcie na chwilę do samej syzygii, bo to jest dla mnie najciekawszy wątek. Czy ta gnostycka para, kiedy się łączy, tworzy coś nowego, czy raczej wraca do stanu pierwotnego? I czy to ma jakieś znaczenie praktyczne, to znaczy, czy gnostyckie rytuały, jeśli w ogóle takie były, miały naśladować to połączenie? Słyszałam o rytuałach zaślubin w Izbie Oblubieńca u Walentyna, ale nie wiem dokładnie co to oznaczało.
To co mówisz o Izbie Oblubieńca jest ciekawe z punktu widzenia porównawczego. W tybetańskim buddyzmie wadżrajana mamy yab-yum, ojciec-matka, czyli bóstwo w uścisku z partnerką. I tam też jest pytanie, czy to symbol, czy rytualna praktyka. W tantrze prawej ręki jest symbolem, w lewej ręki jest praktyką fizyczną. Ale cel jest ten sam, przekroczenie dualności przez jej przyjęcie i przejście przez nią. Ciekawe, że w obu przypadkach, i gnostyckim i tantrycznym, jest ta sama logika, nie uciekasz od dwojstości, tylko przez nią przechodzisz.
Ja tu trochę gubię się w tych wszystkich nazwach, ale jedno rozumiem, że ta idea połączenia dwóch zasad pojawia się wszędzie. Mam pytanie może naiwne, ale czy ta androgynowość bóstwa to znaczy, że bogowie nie mają płci, czy że mają obie naraz? Bo to są chyba dwa różne podejścia i ciekawi mnie jak to rozróżniacie.
Wchodzę trochę z boku, bo zastanawia mnie coś praktycznego. Czy te koncepcje, syzygia, androgyniczność, dwojstość w bóstwie, mają jakieś przełożenie na to, jak ludzie w tych tradycjach modlą się albo praktykują? Czy to jest tylko filozofia teologiczna, czy gdzieś się przekłada na codzienną praktykę duchową? Pytam, bo łatwiej mi to zrozumieć kiedy widzę konkretny przykład.
Wracając do wątku zoroastryjskiego, bo mi on leży na sercu, chcę zwrócić uwagę na coś, o czym jeszcze nie mówiliśmy. W klasycznym zoroastryzmie nie ma syzygii bóstw w sensie małżeńskiej pary, jest dualizm walki. Ale jest coś innego, jest Spenta Mainyu i Angra Mainyu, dwa duchy, bliźniacze, jedno wybierające dobro, drugie zło. To nie jest para uzupełniająca się, to jest para antagonistyczna. I to jest moim zdaniem fundamentalna różnica między zoroastryjskim dualizm a, powiedzmy, hinduskim Shiva-Shakti. Tam dwa to harmonia, tu dwa to konflikt. Czy ktoś wie, gdzie leży historyczna granica między tymi dwoma modelami?
Bardzo ciekawe to co piszesz o Spenta Mainyu i Angra Mainyu. Ale chcę dopytać, bo to mnie nurtuje od jakiegoś czasu. Czy te dwa duchy w zoroastryzmie są rzeczywiście równorzędne? Bo słyszałam różne wersje, jedni mówią że to symetria, inni że jednak Ahura Mazda jest ponad nimi i to nie jest prawdziwy dualizm. Jak to w końcu jest?
To pytanie Kornelki jest naprawdę ważne i myślę, że u walentynian odpowiedź jest złożona. W Pleromacie masz całą kaskadę syzygii, od Bythos i Sige na szczycie aż w dół, i teoretycznie każda para jest równorzędna wewnątrz siebie. Ale sam Pleromatus jest hierarchiczny, pary wyższe emanują pary niższe. Więc równorzędność obowiązuje poziomo, wewnątrz pary, ale nie pionowo między parami.
Słucham tej dyskusji o Bythos i Sige i myślę, że to ma pewne podobieństwo do kabbalistycznego Ain Soph, które jest poza wszelkimi parami i atrybutami. Czy ktoś z was widzi tutaj jakąś strukturalną analogię? Bo mi się wydaje, że wielkie systemy mistyczne zawsze gdzieś u góry mają tę niepodzielność, a para pojawia się dopiero na poziomie stworzenia lub emanacji.
Właśnie chciałam zapytać o coś może prostszego. Skoro mówimy o tych parach bóstw, to czy w praktyce, na przykład przy jakimś rytuale czy modlitwie, zwraca się do jednego z pary czy do obu naraz? Bo wyobrażam sobie, że to musi być jakoś różne, kiedy bóstwo jest jedno androgynicze, a kiedy są dwa odrębne. Jak to wygląda np. w tej praktyce hinduskiej, którą Kornelka opisywała?
To co Kornelka opisuje, że jedno zawiera dwoistość, bardzo mi się łączy z czymś, co widziałam w praktykach z medium. Gdy jest kontakt z energią, często jest odczucie nie tyle 'kogoś' co 'czegoś co ma dwie strony'. Nie wiem czy to jest adekwatne porównanie do tych teologicznych koncepcji, ale to odczucie dwubiegunowości w ramach jedności jest dla mnie zrozumiałe intuicyjnie.
Wracając do wątku zoroastryjskiego, który Rumianek79 podniosła wcześniej, bo uważam że nie powiedzieliśmy wszystkiego. Pytanie było czy koncepcje sądu ostatecznego i zmartwychwstania naprawdę pochodzą z zoroastryzmu. Chcę zwrócić uwagę, że nawet jeśli przyjmiemy, że był wpływ perski na judaizm po niewoli babilońskiej, to wciąż nie wiemy, czy Persowie mieli te koncepcje wcześniej niż Żydzi, czy po prostu w tym samym czasie. Datowanie najstarszych Gath jest sprawą sporną.
Dokładnie, to jest problem, który historycy religii kłócą się już od bardzo dawna. Ale zauważ, że nawet jeśli zostawimy na boku kwestię pierwszeństwa, to jest inny ciekawy aspekt, mianowicie jak te koncepcje zmieniły się podczas transmisji, jeśli do niej doszło. Zoroastryjskie Frashokereti, czyli ostateczna odnowa świata, jest bardzo kosmiczne i obejmuje całe stworzenie. Żydowska eschatologia, przynajmniej w pewnych tekstach, jest bardziej skupiona na narodzie i historii. To są różne akcenty, nawet jeśli motyw jest podobny.
Słucham tej dyskusji i mam pytanie, które może być trochę z innej strony. Czy androgyniczność bóstwa ma jakiś związek z androgyniczością człowieka w tych tradycjach? Bo jeśli człowiek jest stworzony na obraz bóstwa, a bóstwo jest androgynicze, to czy w tych systemach człowiek też jest traktowany jako pierwotnie androgyniczny? I co to znaczy dla ścieżki duchowej?
Ale tu jest coś co mnie niepokoi w tej interpretacji. Jeśli podzielenie jest złe i trzeba wrócić do jedności, to czy to nie jest negacja ciała, płci, świata materialnego? W gnozie na pewno jest ten element, że materia jest więzieniem. Ale czy to dotyczy też Tantry? Bo mam wrażenie, że tantra idzie w odwrotnym kierunku i cielesność jest tam afirmowana, nie negowana.
Ale chwila, bo to co Kornelka mówi o lustrze, bardzo mi przypomina neoplatoński schemat emanacji. Plotyn też pisze o Jedni, która musi się niejako 'wylać na zewnątrz', żeby zaistniało myślenie i bycie. Czy to jest zbieżność strukturalna, czy mogło być tu jakieś historyczne powinowactwo między neoplatonizmem a tradycjami wschodnioindyjskimi?
Wracam do wątku zoroastryjskiego, bo Franek słusznie zauważył, że nie domknęliśmy tematu. Mam konkretne pytanie do Leokadii. Mówiłaś wcześniej o transmisji idei i o tym jak się transformują. Ale co z kierunkiem? Czy mamy jakiekolwiek źródła, które pozwalają stwierdzić, w którą stronę szedł wpływ, ze wschodu na zachód czy odwrotnie, w przypadku eschatologii?
Ten termin 'stymulacja' wydaje mi się kluczowy i bardzo uczciwy. Bo unikamy zarówno fałszywej niezależności, jak i zbyt prostej teorii zapożyczenia. Ale mam jedno pytanie do tej całej dyskusji o wpływach, które jakoś nam umknęło. W zoroastryjskiej eschatologii mamy Aszę i Drużę jako kosmiczne zasady. To też jest para, tyle że antagonistyczna, nie syzygetyczna. Jak to się ma do naszego głównego tematu?
O, właśnie to chciałam powiedzieć. Bo Asza i Druża to moim zdaniem wariant tego samego problemu co syzygia, tyle że rozwiązany inaczej. W syzygii dwoje staje się jednym. W zoroastryjskiej dwoistości dwie zasady walczą i jedna zwycięży. To jakby wziąć to samo pytanie, co zrobić z dwoistością, i dać dwie różne odpowiedzi. Jedna mówi zjednocz, druga mówi rozstrzygnij.
Ale jest jeszcze trzecia odpowiedź, którą pominęliśmy. Taoizm mówi, że napięcie jest naturalnym rytmem i nie trzeba go ani zjednoczyć ani rozstrzygnąć, tylko z nim płynąć. Yin i yang nie dążą do jedności jak w syzygii i nie walczą jak w zoroastryzmie, ale stale przechodzą jedno w drugie. To chyba osobna kategoria, prawda?
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale chciałam zapytać o coś konkretniejszego. Przez całą tę rozmowę mówimy o bóstwach jako parach albo jako napięciach kosmicznych. Ale czy któraś z tych tradycji mówi coś o tym, jak zwykły człowiek wchodzi w tę dynamikę? Nie pneumatyk, nie inicjowany, ale ktoś kto po prostu przeżywa życie?
