Zastanawiam się, jak to właściwie jest ze współczesnymi rekonstrukcjami słowiańskiej wiary. Mam na myśli takie rzeczy jak Rodzimowierstwo, Rodnovery i podobne ruchy - czy one naprawdę bazują na czymś solidnym, czy to bardziej twórcza interpretacja fragmentów, które przetrwały? Bo z jednej strony słyszę, że źródeł pisanych jest naprawdę mało, z drugiej - ludzie budują na tym całe systemy obrzędowe, kalendarze świętowania, hierarchie bogów. Skąd to wszystko pochodzi, jeśli nie ma źródeł?
To dobre pytanie, bo problem jest głębszy, niż się wydaje. Prawda jest taka, że większość źródeł pisanych pochodzi od chrześcijańskich kronikarzy, którzy albo nie rozumieli tego, co opisywali, albo celowo przedstawiali słowiańskie kulty w złym świetle. Prokop z Cezarei, Helmold, Thietmar - każdy pisał z własnej perspektywy i własnego interesu. Do tego dochodzi archeologia, która mówi nam sporo o materialnym wymiarze kultu, ale niewiele o teologii czy narracji mitologicznej. Więc tak - sporo rekonstrukcji to domysły. Pytanie brzmi: czy to dyskwalifikuje taką tradycję jako żywą?
Właśnie to mnie zawsze zastanawia - czy tradycja musi być 'autentyczna' w sensie historycznym, żeby miała wartość duchową? Mam na myśli, że runy też były interpretowane na różne sposoby przez wieki i nikt teraz nie krzyczy, że to fejk. Celtyk, jak myślisz? Bo ty chyba masz jakieś zdanie na ten temat.
No tak, dokladnie to samo mnie gryzie przy runach. Widzę że Dominik84 trafił w sedno. Problem z autentycznoscia jest taki że każda tradycja była kiedys żywa, potem zamarła, a potem ktoś ją odkopał i częnściowo zmyslił. Nawet chrzescijanstwo przeszło przez tyle edycji że trudno mówic o jednym autentycznym pierwowzorze. Więc może słowiańskie odrodzenie jest po prostu nową warstwą na starym fundamencie?
Mam notatki z kilku książek na ten temat i wychodzi mi, że jest dosłownie kilkanaście bóstw, o których mamy jakiekolwiek wzmianki z okresu przedchrześcijańskiego - Perun, Weles, Mokosz, Swaróg, może jeszcze ze trzy cztery. Reszta to albo rekonstrukcje lingwistyczne, albo analogie do mitologii bałtyckiej, albo folklor, który przetrwał w bajkach i obrzędach. Syriusza.2, a czy da się w ogóle rozdzielić, co w słowiańskim folklorze jest naprawdę przedchrześcijańskie, a co to późniejsza nakładka?
Przepraszam, że się wtrącę z boku, ale chciałam zapytać - te współczesne grupy rodzimowiercze, one same przyznają, że rekonstruują, czy twierdzą, że mają ciągłość tradycji? Bo widziałam różne materiały w internecie i jedni piszą, że to 'odrodzona wiara przodków', a drudzy mówią wprost że to twórcza rekonstrukcja.
To zależy bardzo od nurtu. Są grupy, które są totalnie uczciwe i piszą wprost - rekonstruujemy na podstawie dostępnych danych, uzupełniamy luki intuicją i analogiami. I są takie, które twierdzą, że mają przekaz - czyli że ktoś gdzieś przekazał im żywą tradycję, nieprzerwaną od pogańskich przodków. To drugie jest bardzo trudne do zweryfikowania i szczerze mówiąc, trochę podejrzane. Terenia79, skąd trafiłaś na te materiały? Bo może to pomogłoby ocenić, z jakim nurtem mamy do czynienia.
A właśnie chciałam zapytać - bo ja jestem zupełnie nowa w tym temacie - czy te rekonstrukcje słowiańskie to jest coś co można praktykować samemu, czy to bardziej takie wspólnotowe? Pytam bo czytałam że dawna religijność słowiańska była bardzo mocno związana z plemieniem, rodziną, wspólnotą, a nie z indywidualną ścieżką.
Mamy pewne fragmenty. Topienie Marzanny to jeden z nielicznych przykładów, gdzie mamy zarówno opis procesu, jak i prawdopodobne powiązanie z wyobrażeniem kultowym. Palenie Sobótki to kolejny. Są też ślady ofiar - w kronikach i archeologii - ale same szczegóły rytualne są bardzo fragmentaryczne. Jeden z bardziej ciekawych problemów to kalendarz świąt - współcześni rodzimowiercy używają często kalendarza, który jest po części oparty na słowiańskich nazwach miesięcy, po części na analogiach z innymi tradycjami, a po części po prostu skonstruowany od nowa.
Hej, to czy ktoś tu praktykuje aktywnie albo chodził na jakieś spotkania rodzimowiercze? Bo mnie interesuje jak to wygląda od środka, nie z książek. Czy jest jakas atmosfera rytualna, coś co po prostu 'działa' niezaleznie od tego ile mamy źródeł?
Byłam kilka lat temu na Kupale organizowanym przez lokalna grupę. To było bardzo ciekawe doświadczenie, ale szczerze - miałam wrażenie, że połowa elementów pochodzi ze słowiańskiej rekonstrukcji, a połowa z neopogańskiej estetyki ogólnej, którą znam z innych kontekstów. Skakanie przez ogień, wianki na wodzie, śpiewy - ładne, nastrojowe. Ale czy autentyczne? Trudno mi ocenić. Atmosfera była.
Przepraszam, że trochę z innego kąta, ale czy ktoś łączył praktykę słowiańską z medytacją albo wewnętrzną pracą? Pytam bo temat jest o świątyni wewnętrznej i zastanawiam się, czy w rekonstrukcjach rodzimowierczych jest w ogóle miejsce na coś takiego, czy to bardziej rytuał zewnętrzny, obrzęd, ofiara - a nie wewnętrzna kontemplacja?
Ale czekaj, bo tu jest ciekawa kwestia. Szamańskie tradycje syberyjskie i słowiańskie mają pewne wspólne korzenie indoeuropejskie, prawda? Więc może właśnie przez volchvów i czarownice można by szukać czegoś w rodzaju ścieżki wewnętrznej? Tylko że to też jest rekonstrukcja na rekonstrukcji.
Czyli rozumiem, że współczesne Rodzimowierstwo to trochę jak... budowanie domu bez planu architektonicznego, mając tylko kilka zdjęć starego budynku i opis od sąsiada, który go pamiętał z dzieciństwa? Nie mówię tego złośliwie, pytam czy dobrze rozumiem ten problem.
Sodalitka86, to bardzo dobre porównanie z tym domem. Ale dodałabym do niego coś - że mamy też trochę fragmenty ceramiki wykopanej z ziemi, kilka pieśni zapamiętanych przez prababcię i nazwy miejscowe, które coś sugerują. Czyli nie zupełna pustka, ale faktycznie daleko do projektu architektonicznego. I teraz wracam do pytania Morganitki, bo myślę, że ono jest kluczowe dla tematu wątku - jeśli nie mamy ścieżki wewnętrznej explicite w tradycji słowiańskiej, to co robimy? Importujemy medytację z Indii i wklejamy w słowiańską ramę? Czy szukamy czegoś analogicznego?
A bo może właśnie o to chodzi - że wewnętrzna praca zawsze jest jakoś kulturowo obudowana, ale sam mechanizm jest podobny. Jak siedzę z runami i staram sie wejść w stan skupienia, to nie wyobieram sobie że to jest inne skupienie niż kiedy ktoś siedzi z różańcem albo mantrą. Różna jest forma, ta sama cisza w środku. Więc może pytanie o autentyczność słowiańskiej kontemplacji jest trochę mylące?
Morganitka, to jest chyba jedno z najuczciwszych pytań, jakie można postawić na tej ścieżce. Ja zaczynałem dokładnie tak samo - szukałem kosmologii, która by mi 'pasowała'. I dopiero po czasie zrozumiałem, że to niebezpieczne, bo zaczynasz wybierać elementy pasujące do gotowego przekonania, zamiast pozwolić żeby tradycja cię zaskoczyła. Nie wiem czy mam rozwiązanie, ale widzę że to napięcie jest u wielu osób.
Ale chwila - bo chcę się upewnić, że dobrze rozumiem ten wątek. Mówimy teraz o świątyni wewnętrznej rozumianej dosłownie jako wewnętrzna praktyka duchowa, tak? Bo mam notatki z kilku źródeł i u Słowian pojawia się motyw 'wewnętrznego ognia' w niektórych interpretacjach Swarożyca, ale to jest naprawdę bardzo cienka warstwa. Czy ktoś z was trafił na coś bardziej konkretnego przy takim szukaniu?
Słucham tego i mam takie pytanie do Syriusza.2 - powiedziałaś wcześniej, że interpretacja buduje tradycję. To zastanawiam się, czy w takim razie wspólnota, która konsekwentnie przez kilka pokoleń interpretuje na przykład ogień Swarożyca jako wewnętrzną zasadę transformacji - czy po jakimś czasie to staje się częścią tradycji? Czy trzeba mieć 'dowód archeologiczny', żeby coś było prawdziwą praktyką?
Mam wrażenie, że ta rozmowa krąży wokół czegoś, o czym chyba warto powiedzieć wprost. Pracuję z medytacją od kilku lat i kiedy próbowałam wprowadzić do niej elementy słowiańskie - wyobrażenia bóstw, krajobraz, mitologię - to działało. Nie wiem, czy działało dlatego, że to jest 'autentyczne', czy dlatego, że to jest moje kulturowe tło i mózg reaguje na znajome symbole. Czy to w ogóle ma znaczenie dla efektu?
Przepraszam, że się wtrącam, ale czytam od początku i mam jedno pytanie, może głupie - jak to jest z Mokoszą? Słyszałam tylko tyle, że to jakaś bogini, ale co ona właściwie znaczy dla kogoś, kto ją włącza do takiej wewnętrznej pracy? Czym się różni od na przykład pracy z Izydy albo z Matką Boską, bo też są boginiami-opiekunkami?
To nie jest głupie pytanie, Telepatka80. Mokosz jest jedyną boginią wymienioną wprost w Powieści minionych lat - czyli mamy potwierdzenie historyczne. Była związana z przędzeniem, losem, ziemią i wodą. Część badaczy łączy ją z wyobrażeniem Matki Przeznaczenia. Różnica wobec Izydy czy Maryi jest taka, że tamte tradycje mają żywą ciągłość i tysiące lat interpretacji - przy Mokoszy mamy kilka linijek i mnóstwo domysłów. Ale czy to znaczy, że jest mniej 'obecna' w pracy wewnętrznej? To już zależy od tego, w co wierzysz.
Właśnie, i tu jest to napięcie, o którym mówimy od początku. Przy Izydy masz dosłownie setki traktatów mistycznych. Przy Mokoszy masz może stronę tekstu i dużo szczerości naukowców, że nie wiedzą. Więc albo to jest wolność - możesz budować relację od podstaw - albo ryzyko, że budujesz relację z wlasna fantazja o boginii. I to jest chyba to samo co Morganitka pytała wcześniej.
Wchodzę do dyskusji z trochę innej strony. Słucham tego wątku o autentyczności i przypomina mi się dokładnie ta sama debata w astrologii - czy używamy hellenistycznych technik, bo są starsze, czy nowożytnych, bo są rozwinięte, czy mieszamy? I tam też nikt nie ma ciągłości z antykiem, bo astrologia też miała swoją 'ciemną przerwę' i renesansową rekonstrukcję. A mimo to nikt nie mówi, że horoskop jest nieważny przez brak ciągłości. Może pytanie o autentyczność słowiańską jest po prostu źle postawione.
No i tutaj jest chyba clou tego całego wątku. Bo jeśli ktoś buduje swoją wewnętrzną pracę duchową w oparciu o inspirację słowiańską, a nie rekonstrukcje - to ta praca jest mniej wartościowa? Bo mi sie wydaje, że to bez sensu. Medytacja przy ognisku z wyobrażeniem Swarożyca może być głęboka niezależnie od tego, czy historycznie była dokładnie taka sama.
Właśnie, i to wraca do czegoś, o czym pisałem wcześniej - że pułapka nie leży w tym, że tworzysz coś nowego, tylko w tym, że udajesz przed sobą, że odtwarzasz coś starego. Ja sam nazywam to, co robię, 'słowiańską inspiracją' - nie rekonstrukcją. I to mi daje spokój. Ale rozumiem, że dla kogoś potrzeba zakorzenienia w 'prawdziwej' tradycji jest ważna - skąd ona pochodzi, jak myślicie?
To pytanie trafia w coś, co sama sobie zadaję. Czy szukam tradycji, bo naprawdę mi jej brakuje, czy dlatego, że bez etykiety czuję się niepewnie w tej praktyce? Trochę jakby bez nazwy nie można było w pełni coś przeżywać. Ale może to jest błąd myślenia?
