Witam, piszę bo dzieją się u mnie w mieszkaniu rzeczy, których nie umiem sobie wytłumaczyć i jestem już naprawdę zmęczona. Krótko - od jakichś trzech miesięcy ciągle mi giną rzeczy. Klucze z miseczki przy drzwiach. Pierścionek po babci, który zdejmuję do mycia naczyń i odkładam zawsze w to samo miejsce. Okulary mojego męża. Ostatnio nawet pilot do telewizora. I co najdziwniejsze - po jakimś czasie znajduję te rzeczy, ale w zupełnie innym miejscu niż je zostawiłam. Pierścionek znalazłam w pralni między ręcznikami, choć NIGDY tam nie chodzę z biżuterią. Okulary były w lodówce. Tak, w lodówce. Mąż twierdzi że to ja je tam zostawiam i mam stwardnienie rozsiane czy coś. Mieszkamy we dwoje, bez dzieci, bez zwierząt. Nie wiem już co o tym myśleć. Czy ktoś z Was miał coś podobnego? Nigdy się tym nie zajmowałam, ale szukałam w sieci i trafiłam na to forum.
To bardzo rozpoznawalne. Większość z nas miała coś podobnego, albo zna kogoś bliskiego kto miał. Klucze i okulary to klasyczne przedmioty "zabierane". Plus lokalizacje - pralnia, lodówka, koszyk z owocami, parapet w pokoju, w którym nie bywasz - to też się powtarza. Zanim zaczniemy snuć interpretacje, powiedz proszę: czy w mieszkaniu wprowadziliście ostatnio jakieś zmiany? Remont, przeniesione meble, nowy mebel z drugiej ręki, antyk po kimś z rodziny? Plus - czy w okresie tych trzech miesięcy działo się coś emocjonalnie silnego u Ciebie lub męża? Stres w pracy, choroba w rodzinie, niedawna śmierć kogoś bliskiego?
Pytam się, co właściwie mam z tym zrobić? Bo czytam Was i już sama nie wiem - to duch babci, jakiś domowik, mój mózg, czy może problemy z mężem? Bo widzę że mąż się ze mnie śmieje, ale ja przy nim też tracę cierpliwość. Czy mam się tego BAĆ? Czy to jest coś groźnego?
