Witam, piszę bo dzieją się u mnie w mieszkaniu rzeczy, których nie umiem sobie wytłumaczyć i jestem już naprawdę zmęczona. Krótko - od jakichś trzech miesięcy ciągle mi giną rzeczy. Klucze z miseczki przy drzwiach. Pierścionek po babci, który zdejmuję do mycia naczyń i odkładam zawsze w to samo miejsce. Okulary mojego męża. Ostatnio nawet pilot do telewizora. I co najdziwniejsze - po jakimś czasie znajduję te rzeczy, ale w zupełnie innym miejscu niż je zostawiłam. Pierścionek znalazłam w pralni między ręcznikami, choć NIGDY tam nie chodzę z biżuterią. Okulary były w lodówce. Tak, w lodówce. Mąż twierdzi że to ja je tam zostawiam i mam stwardnienie rozsiane czy coś. Mieszkamy we dwoje, bez dzieci, bez zwierząt. Nie wiem już co o tym myśleć. Czy ktoś z Was miał coś podobnego? Nigdy się tym nie zajmowałam, ale szukałam w sieci i trafiłam na to forum.
To bardzo rozpoznawalne. Większość z nas miała coś podobnego, albo zna kogoś bliskiego kto miał. Klucze i okulary to klasyczne przedmioty "zabierane". Plus lokalizacje - pralnia, lodówka, koszyk z owocami, parapet w pokoju, w którym nie bywasz - to też się powtarza. Zanim zaczniemy snuć interpretacje, powiedz proszę: czy w mieszkaniu wprowadziliście ostatnio jakieś zmiany? Remont, przeniesione meble, nowy mebel z drugiej ręki, antyk po kimś z rodziny? Plus - czy w okresie tych trzech miesięcy działo się coś emocjonalnie silnego u Ciebie lub męża? Stres w pracy, choroba w rodzinie, niedawna śmierć kogoś bliskiego?
Pytam się, co właściwie mam z tym zrobić? Bo czytam Was i już sama nie wiem - to duch babci, jakiś domowik, mój mózg, czy może problemy z mężem? Bo widzę że mąż się ze mnie śmieje, ale ja przy nim też tracę cierpliwość. Czy mam się tego BAĆ? Czy to jest coś groźnego?
Z mojej praktyki - przy przeprowadzkach do mieszkań po zmarłych krewnych ten wzór się powtarza w 60-70% przypadków. Tylko że większość ludzi to ignoruje albo zwala na "stres". W tym kontekście Twoja sytuacja jest dosyć typowa.
Dodam coś z polskiej tradycji ludowej. Babcie na wsi mówiły o "Ubożętach" - domowych skrzatach, które chowały rzeczy. Czasem żartem, czasem żeby zwrócić uwagę. Plus wątek "chowańca" - domowy duch, czasem przywiązany do konkretnego przedmiotu (lampy, lustra, mebla). To była stała część świata wiejskiej polski jeszcze 100 lat temu.
Wkraczam tu z konieczną korektą metodologii. Wszyscy budujemy interpretację na założeniu że za zjawiskiem stoi "obecność". Ale Zaintrygowana nie ma żadnych innych objawów - nie widzi postaci, nie słyszy kroków, nie ma wrażeń obecności. Ma tylko przemieszczające się przedmioty. To jest WĄSKA kategoria zjawisk. Może być tłumaczona dystraktorską teorią uwagi, plus czynnikiem ludzkim (mąż?), bez konieczności sięgania do energetyki.
Mam podobne doświadczenie, choć w mniejszej skali. Pierścionek po mamie zniknął mi z półki. Szukałem dwa tygodnie. Znalazłem w kieszeni płaszcza, którego od miesięcy nie zakładałem. Płaszcz wisiał w szafie, kieszeń sprawdzałem dziesięć razy. Niemożliwe, że tam włożyłem - nawet nie miałem dostępu do tego pierścionka w tym czasie. Ale tam był.
Plus warto zaznaczyć że JOTT nie jest "domeną" osób ezoterycznych. Mary Rose Barrington pisała że to zjawisko niemal demokratyczne - dotyka sceptyków i niesceptyków w tej samej proporcji. Stąd jej rola w nadaniu temu nazwy. Bo bez nazwy ludzie milczeli, czuli się głupio.
Powiedzcie mi proszę - czy ja powinnam jakoś z tym "rozmawiać"? Bo widzę że niektórzy mówią o "domowiku" jakby on rozumiał słowa. Jak się komunikuje się z czymś, co miesza okulary mojemu mężowi?
@Zaintrygowana Tak, można "rozmawiać". Wielu ludzi to robi i czuje efekty. Konkretnie - po prostu wypowiada się głośno w pustym pokoju coś w stylu "Słucham, mieszkam tu teraz. Szanuję, że tu byłeś. Daj mi proszę spokojnie żyć w tym domu. Klucze proszę zostawiaj w miseczce. Razem damy radę". Brzmi naiwnie, ale to ma efekt.
