Czyli mówiąc językiem naszego tematu - cisza jest akceptowalna, ale nie głos. Doświadczenie jest twoje, ale przekaz należy do instytucji. A apofatyka jako teologia ciszy jest piękna dokładnie dlatego, że można ją przyjąć i jednocześnie zachować strukturę władzy w nienaruszonym stanie.
I może tu jest właśnie odpowiedź na pytanie, które postawiłam na początku tego wątku, tylko nie spodziewałam się, że dojdziemy do niej tą drogą. Apofatyka jako tradycja filozoficzna i teologiczna mówi: Bóg jest poza wszelkim ograniczeniem. Ale jako praktyka instytucjonalna ta sama tradycja zabudowała Boga w bardzo konkretnych ograniczeniach - płci, stanu, hierarchii. To nie jest zarzut wobec doświadczenia mistycznego. To jest obserwacja, że między doświadczeniem a jego instytucjonalizacją dzieje się coś, co zmienia wszystko.
Czy to znaczy, że jeśli ktoś dziś chce iść tą ścieżką - tą apofatyczną, właśnie tą ciszą - to musi to robić poza instytucją? Bo instytucja zawsze jakoś skręca? Pytam serio, nie retorycznie, bo zastanawiam się, co z tego wynika praktycznie.
Polcia93 pyta serio, więc odpowiem serio - nie mam jednoznacznej odpowiedzi. Znam ludzi, którzy idą tą drogą wewnątrz instytucji i twierdzą, że dają radę. Znam też takich, którzy musieli wyjść, żeby w ogóle zacząć. Myślę, że to zależy od tego, czego się szuka: czy chodzi o wspólnotę, sakramenty, rytm roku liturgicznego - to instytucja coś daje. Czy chodzi o czyste doświadczenie ciszy, nieoznaczalności, przekroczenia - to instytucja może być przeszkodą. Ale to nie jest odpowiedź dualna, bo rzeczywistość rzadko jest.
Myślę, że pytanie o autentyczność i korzenie jest ważne, ale może pułapkowe. Bo co to znaczy 'autentycznie wejść' - że trzeba mieć japońskich przodków? Cisza nie ma paszportu. Widziałam ludzi wychowanych w ateizmie, którzy w medytacji zen dotykali czegoś, co opisywali dokładnie tak samo jak Mistrz Eckhart. I odwrotnie - ludzi po pięciu latach w klasztorze zen, którzy wracali do chrześcijaństwa i mówili, że dopiero teraz rozumieją, co Hildegarda miała na myśli. Korzenie są ważne, ale nie określają sufit.
Chcę tu wrócić do Polcia93, bo jej pytanie jest dla mnie ważne w kontekście całego wątku. Mówiłyśmy przez ostatnie posty o tym, jak instytucja ogranicza apofatykę - ale jest też pytanie, co z ciszą bez żadnej tradycji. Apofatyka u Pseudo-Dionizego, Eckharta, nawet u Porete, jest zawsze ciszą zakorzenioną w tekście, w lekturze, w rozumieniu tego, co się przekracza. Cisza bez przygotowania pojęciowego może być po prostu... pustką. Nie wiem, czy to samo. Czy ktoś ma zdanie na ten temat z własnego doświadczenia?
Właśnie próbuję z tym siedzieć i nie wiem, jak to opisać. Medytuję od jakiegoś czasu, ale nie mam wykształcenia teologicznego. I kiedy czytam o Eckhardzie czy Porete, mam wrażenie, że oni piszą o czymś, co rozpoznaję - ale jakby z innego boku. Jakby oni mieli mapę, a ja błądzę po tym samym lesie bez niej. Czy mapa pomaga dojść do celu, czy tylko opisuje drogę, którą i tak trzeba przejść samemu?
Słucham tej rozmowy i zastanawiam się nad czymś innym. Mówimy dużo o tym, kto mógł mówić o ciszy i kto był uciszany. Ale co z samą praktyką ciszy jako oporu? Mam na myśli - czy kiedykolwiek w historii milczenie było świadomą strategią kobiet, które wiedziały, że jak tylko przemówią, zostaną ukarane? Że cisza była nie tylko mistyczna, ale też polityczna?
Chcę dodać do tego wątku jedno nazwisko, które rzadko się pojawia w takich rozmowach - Marguerite d'Oingt, kartuzianka z końca XIII wieku. Pisała po prowansalsku i po łacinie, miała wizje bardzo konkretne, cielesne, i była całkowicie w ramach instytucji, pod ochroną zakonu. I przeżyła. Jej teksty przetrwały. Porównanie z Porete jest uderzające - podobny czas, podobna intensywność, inne losy. Różnica była chyba w tym, czy przekraczała teologicznie doktrynę, czy tylko opisywała doświadczenie.
Myślę, że Zawilec dotknęła czegoś istotnego. W apofatyce ta linia jest szczególnie płynna, bo sama teologia ciszy jest już twierdzeniem. Powiedzieć 'Bóg jest poza wszelkim słowem' to jest zdanie, które coś twierdzi. Hildegarda mogła pisać 'płonęłam' i to było wizja. Porete pisała 'dusza anihilowana nie potrzebuje cnót' i to było herezja. Różnica jest naprawdę subtelna, ale konsekwencje ogromne.
Przepraszam, że wchodzę z głupim pytaniem, ale czy 'dusza anihilowana' to znaczy, że dusza przestaje istnieć? Bo to brzmi bardzo niepokojąco i rozumiem, że Kościół mógł się bać.
Czyli wyobraź sobie, że mówisz: 'jestem tak blisko Boga, że nie potrzebuję już kościoła' - i nagle instytucja widzi to jako zagrożenie, nie jako świętość. To jest chyba serce całego napięcia, o którym mówimy od początku.
I tu wracamy do pytania o kobiety w instytucji, ale od innej strony. Jeśli najgłębsze doświadczenie mistyczne prowadzi do punktu, w którym instytucja staje się zbędna - to może wcale nie chodzi o to, żeby kobiety miały miejsce przy stole hierarchii. Może chodzi o zupełnie inne pytanie: czy hierarchia w ogóle ma sens w kontekście apofatyki? Nie mówię, że nie - mówię, że napięcie między ciszą a strukturą jest wbudowane w samą tradycję, nie tylko przez płeć.
Czytam te ostatnie posty i zastanawiam się, czy nie robimy czegoś podobnego tu i teraz. Rozmawiamy o ciszy, ale produkujemy mnóstwo słów. I jakoś czuję, że to jest właśnie ten paradoks, o którym mówiła Aether dużo wcześniej - że apofatyka żyje tylko w napięciu ze słowem, nie zamiast niego. Czy to znaczy, że ta rozmowa jest apofatyczna z natury?
Ale mam wątpliwość do tego, co mówi Energetyczka. Czy 'właściwe miejsce słów' to nie jest znowu metafora, która coś ukrywa? Bo w apofatyce Pseudo-Dionizego chodzi o coś bardziej radykalnego - nie o to, że słowa są niewystarczające, tylko że sam akt mówienia jest w pewnym sensie fałszywy wobec tego, co opisuje. To jest inna jakość niż 'słowa wskazują'.
Wracam do pytania KiraK, bo myślę, że jest kluczowe dla całego wątku. Czy apofatyka miała coś do powiedzenia o asymetrii władzy w tradycji? Moja odpowiedź jest: nie, nie bezpośrednio. Apofatyka milczy o strukturach, bo milczy o wszystkim, co można nazwać. Ale to milczenie nie jest neutralne - i tu KiraK ma rację. Milczenie, które omija pytanie o to, kto może mówić, staje się milczeniem politycznym.
Ale czy to jest wada apofatyki jako takiej, czy wada instytucji, które ją zawłaszczają? Pytam szczerze, bo mam poczucie, że trochę mieszamy dwie rzeczy: tradycję filozoficzno-mistyczną i jej instytucjonalne użycie. Czy można obronić apofatykę jako metodę, uznając jednocześnie, że jej historyczne stosowanie było obciążone władzą?
I tu jest połączenie z islamem i judaizmem, o którym chyba zapomnieliśmy w tej rozmowie. W sufizmie jest podobne napięcie - mistyka szejka jest autoryzowana przez silisila, łańcuch przekazu. Kobiety mogły być murszidami, ale rzadko. Cisza suficka też miała swoją hierarchię autoryzacji. Fana, unicestwienie ego w Bogu, nie kasuje pytania o to, kto może nauczać.
To co mówi Nekromanta trochę mnie zaskoczyło - nie wiedziałam o tym ograniczeniu wiekowym w kabale. Skąd to pochodzi i czy nadal obowiązuje? I co z kobietami w kabale w ogóle - czy były jakieś wyjątki historyczne?
Wracam do pytania Mniszek o paradoks rozmowy o ciszy. Myślę, że jest jeszcze jeden poziom: apofatyka wymaga rozmówcy. To znaczy - Eckhart kazał, Porete pisała dialog, nawet Wittgenstein, do którego można by tu nawiązać, pisał Traktat. Cisza nie istnieje bez języka, który ją otacza. I może właśnie dlatego pytanie o to, kto ma głos, jest tak nieodłączne od pytania o ciszę.
I może właśnie dlatego cisza w praktyce mistycznej - medytacyjnej, modlitewnej, energetycznej - jest czymś innym niż cisza w teologii. W praktyce nie pytasz o granicę, tylko ją przekraczasz. Ale to przekraczanie też dzieje się w jakimś ciele, w jakimś miejscu, z jakąś historią. Żadna cisza nie jest poza kontekstem, nawet najgłębsza.
Mam wrażenie, że ta rozmowa zaczęła od pytania o nieizraźalność Boga i skończyła na pytaniu o nieizraźalność władzy. I może to jest właśnie odpowiedź - że apofatyka nie jest abstrakcją, tylko zawsze dzieje się w jakiejś strukturze, która ją umożliwia albo blokuje. Czy ktoś ma jeszcze coś do dodania do pytania o kobiety konkretnie - w katolicyzmie, islamie, judaizmie? Bo chyba nie wyczerpałyśmy tego wątku.
I jeszcze jedno, bo nie puściłam tematu sufickiego, który rzuciła Irisa91. Siłsila jako łańcuch autoryzacji ciszy - to brzmi jak coś bardzo konkretnego. Czy to znaczy, że bez mistrza w tej linii twoja cisza nie 'liczy się'? Albo liczy się duchowo, ale nie instytucjonalnie?
Wracam do tego, co powiedział Jurek02 o Zoharu i ograniczeniach wiekowych - i chcę dodać jeden szczegół. Zakaz dotyczył formalnego nauczania i komentowania, ale nie doświadczenia. To znaczy, że kobieta mogła teoretycznie mieć doświadczenie Ein Sof, tylko nie miała prawa go artykułować w przestrzeni publicznej. I to jest kolejny wymiar tego, o czym mówimy - cisza narzucona a cisza wybrana.
To co mówi Jurek02 jest ciekawe, ale czy to nie jest trochę analogiczne do sytuacji beginek? One też tworzyły własną przestrzeń kontemplacyjną poza oficjalnymi strukturami. I Porete była beginką. Jakby marginalizacja sama wytwarzała alternatywne kanały.
Słucham tej rozmowy i myślę o tym, jak to wygląda w praktyce ciała. Jeśli apofatyka z konieczności jest inna niż apofatyka z wyboru - to musi się to jakoś fizycznie różnić. Medytacja kogoś, kto milczy, bo wybrał ciszę, a kogoś, kto milczy, bo go uciszono - to nie jest to samo doświadczenie, nawet jeśli z zewnątrz wygląda identycznie.
Ale czy cisza przymusowa może kiedykolwiek stać się ciszą wybraną? Czy jest jakiś moment przejścia, gdzie to co było narzucone staje się własne? Pytam, bo w medytacji mówi się o tym, żeby nie walczyć z warunkami, tylko je przekształcać.
