I tu pojawia się rola nauczyciela, mistrza, szejka, starszego - kogokolwiek. Bo cisza bez kontekstu może być wszystkim: medytacją, stuporem, dysocjacją albo po prostu nudą. Jak odróżnić ciszę mistyczną od pustki psychologicznej? Czy w ogóle da się to zrobić bez przewodnika?
Ale jak to odróżnić? Serio pytam, bo sama medytuję od jakiegoś czasu i teraz nie jestem pewna, po której stronie jestem...
To co opisuje Energetyczka - to jest właściwie kryteria z tradycji chrześcijańskiej. Discernimento, rozeznanie duchowe. Ignacy Loyola pisał o 'konsolacji' i 'desolacji' jako znakach, czy jesteś na właściwej drodze. Czyli nawet w tradycji instytucjonalnej były próby opisania tego, jak odróżnić autentyczne doświadczenie od złudzenia.
To jest właśnie to, co mnie zawsze zatrzymuje w tych dyskusjach. Mamy tradycje, które mówią: milcz, opróżnij się, nie wyobrażaj. I mamy tradycje, które mówią: wyobraź sobie dokładnie, angażuj wszystkie zmysły, idź przez symboliczne sceny. Obie twierdzą, że docierają do tego samego miejsca. Czy to jest możliwe, że oba mają rację?
To jest bodaj najpoważniejszy zarzut wobec mistyki w ogóle - że doświadczenie zawsze jest kształtowane przez oczekiwanie i metodę. Katz pisał o tym w latach siedemdziesiątych i do dziś ta debata nie jest rozstrzygnięta. Ale warto zapytać: czy to obala doświadczenie, czy tylko mówi nam coś o jego naturze? Matematyk też widzi świat przez matematykę - i jakoś dociera do prawdziwych wzorów.
Katz to jest ważne nazwisko, ale są też mocne odpowiedzi na jego tezę. Forman na przykład zebrał sporo dowodów na to, że pewien typ czystej, bezobiektowej świadomości pojawia się niezależnie od tradycji - u zen-buddystów, adwaitystów i mistyków chrześcijańskich. To nie rozwiązuje pytania, ale sugeruje, że perennializm może mieć jakiś empiryczny fundament.
Przepraszam, że przerywam - czy Forman to jest coś, co można gdzieś poczytać po polsku? Bo ta debata Katz kontra perennialiści brzmi jakby była kluczem do całego wątku i chciałabym to jakoś ogarnąć samodzielnie.
Wracając do tego, co powiedział Ignaś o apofatyce i instytucji - mam poczucie, że ta rozmowa krąży wokół czegoś ważnego, co ciągle nam ucieka. Cisza mistyczna jest może jedynym doświadczeniem religijnym, które naprawdę wymyka się instytucjonalizacji. I właśnie dlatego instytucje zawsze mają z nią problem - bo nie da się jej skodyfikować, sprawdzić, przyznać za nią certyfikatu ani odebrać.
Masz rację, że próbowano - i to jest właśnie ten paradoks. Instytucja może stworzyć warunki do ciszy, ale nie może nakazać jej treści. Palamicki hesychasmos dostał pieczęć soborową, ale to co działo się w sercu mnicha - tego żaden kanon nie dotknął. Czy to nie jest ta linia, której instytucja nigdy nie przekracza?
To co opisuje Irisa91 jest moim zdaniem kluczem do całego napięcia między mistyką a ortodoksją. Mistycy rzadko byli wyganiani za to, że milczeli - ganiani byli za to, co mówili po powrocie z ciszy. Mistrz Eckhart, Marguerite Porete, Ibn Arabi - ich problemem nie była praktyka, tylko język, którego używali próbując opisać to, co nieopisywalne. Cisza jest bezpieczna. Słowa po ciszy - już nie.
to jest bardzo dobre rozróżnienie. Ale mam pytanie - czy te procesy i potępienia nie były też częściowo o władzę, a nie tylko o teologię? Eckhart był procesowany przez Jana XXII, który miał swoje polityczne uwikłania. Ile w tym było rzeczywistego lęku przed mistyką, a ile zwykłej polityki kościelnej?
To jest trochę przerażające, jak to opisujesz, Jurek. Czyli kryterium nie była prawda ani autentyczność doświadczenia, tylko - czy dało się to udomowić? Czy to znaczy, że cała teologia apofatyczna jest przefiltrowana przez to, co przeżyło instytucjonalną cenzurę?
Właśnie - 'Lustro prostych dusz'. Czytałam fragmenty i to jest tekst, który niesamowicie opisuje właśnie tę apofatyczną przepaść między duszą a Bogiem. Ale to co Nekromanta mówi o filtrze - czy to nie działa w obie strony? Może niektóre tradycje wschodnie, które przetrwały bez instytucjonalnej cenzury, zachowały więcej z pierwotnego doświadczenia ciszy?
Adwaita to rzeczywiście interesujący przypadek, ale też miała swoje wewnętrzne debaty i podziały - Śankara kontra Ramanudźa to jest właśnie spór o to, ile można powiedzieć o Brahmanie. Śankara mówił: absolutnie nic poza neti neti. Ramanudźa mówił: możemy jednak mówić o Nim jako osobowym. To jest ten sam spór co na Zachodzie - tyle że bez stosu.
Hej, przepraszam że się wtrącam z czymś może głupim - ale czytam to wszystko i zastanawiam się, czy ta różnica między Śankarą a Ramanudźą jest podobna do różnicy między medytacją bez obiektu a medytacją z mantrą? Że jedno jest 'puste' a drugie ma 'coś' do trzymania się?
I tu wracamy do Katza i Formana, bo to jest dokładnie ta sama debata tylko ubrana w praktykę. Czy czysta świadomość bez obiektu u buddysty i czysta świadomość bez obiektu u adwaitysty są tym samym doświadczeniem - czy tylko podobnie brzmiącymi opisami różnych rzeczy? Tego naprawdę nikt dotąd nie rozstrzygnął.
Jeśli cisza jest jedna, a interpretacja różna - to kto ma rację w interpretacji? Albo pytanie inaczej: czy interpretacja ma w ogóle znaczenie, skoro samo doświadczenie wystarczyłoby? Może to jest właśnie ten punkt, w którym mistyka zderza się z teologią - mistycy chcą zostać w ciszy, teologowie chcą ją opisać i sklasyfikować.
To jest piękna myśl - most z powrotem. Ale czy to znaczy, że mistyk zawsze musi wracać? Są tradycje, które mówią: wejście jest ostateczne, nie ma powrotu. Mahasamadhi, nirwana bez reszty. Czy to jest wyższy poziom, czy po prostu inny wybór?
To pytanie dotyka boddhisattwy kontra arhata w buddyzmie - i jest odpowiednikiem w wielu tradycjach. Boddhisattwa wybiera powrót ze współczucia, arhat zostaje w nirwanie. W kabale masz coś podobnego: cadyk, który mógłby wejść w devekut i pozostać, ale schodzi, bo świat potrzebuje jego obecności. Cisza jako docelowe miejsce kontra cisza jako źródło powrotu - obie opcje są teologicznie poważnie uzasadnione. I może to jest właśnie ta nierozstrzygalność, która sprawia, że apofatyka nigdy się nie wyczerpuje.
i tu jest pytanie, które mnie od jakiegoś czasu gryzie - czy cadyk, który schodzi z powrotem, nie traci czegoś z tej czystości? Tzn. sam akt komunikacji, tłumaczenia, kazania - czy to nie jest już kompromis z ciszą? Bo jak coś wyrazisz słowami, to już nie jest to samo, co było przed słowami.
Ale czy to nie jest trochę tak, że ci mistycy pisali właśnie dla nas - dla tych, którzy jeszcze nie dotarli do tej ciszy? Że to była odpowiedzialność, nie chęć? Bo jak myślę o Janie od Krzyża, to on chyba nie pisał dla siebie, tylko żeby pokazać drogę.
To zdanie Eckharta zawsze mnie zatrzymuje. 'Wolni od Boga' - to jest albo najgłębsza apofatyka, albo herezja, albo jedno i drugie jednocześnie. Jak myślicie, czy on sam wiedział, gdzie jest ta granica? Czy ją celowo przekraczał, czy po prostu mówił to, co widział?
To co Ignaś mówi o zasięgu jest bardzo ważne. Mistyka pisana po łacinie dla mnichów jest bezpieczna. Mistyka mówiona po niemiecku dla zwykłych ludzi jest niebezpieczna. Jakby apofatyka miała swój poziom bezpieczeństwa - im bardziej ezoteryczna, tym mniej groźna dla instytucji. A Marguerite Porete pisała po francusku i skończyła na stosie.
Jeśli myślimy o tym, czy się zmieniło - to w praktyce medytacyjnej chyba tak, przynajmniej częściowo. Vipassana jest dostępna dla każdego, centra prowadzą kursy bez żadnych barier. Ale czy to nie jest inna pułapka - demokratyzacja ciszy, która ją spłyca? Zamiast lat praktyki pod okiem mistrza, dziesięciodniowe odosobnienie i certyfikat.
I tu wraca kwestia ciszy jako stanu, nie jako praktyki. Można siedzieć w ciszy godzinami i myśleć bez przerwy. Można powiedzieć jedno słowo i trafić w pustkę. Tradycje, które rozumiały to najgłębiej, chyba właśnie dlatego tak bardzo bały się definicji - bo definicja ciszy już nie jest ciszą.
To paradoks, który mnie uderza w całej tej rozmowie. Im bardziej tradycja jest apofatyczna, tym więcej tekstów produkuje, żeby to wytłumaczyć. Pseudo-Dionizy, Eckhart, kabała, adwaita - to są biblioteki. Cisza generuje słowa. Czy to jest sprzeczność, czy jakiś rodzaj konieczności?
A czy jest jakaś tradycja, która w ogóle zrezygnowała z tekstu? Która powiedziała - żadnych ksiąg, żadnych słów, tylko siedzenie? Bo kwakrzy chyba idą w tym kierunku, ale nie jestem pewna jak głęboko.
