Zaczęłam ostatnio drążyć temat teologii apofatycznej i uderzyło mnie, jak bardzo jest marginalizowana we współczesnej religijności - zarówno w kościołach, jak i w popularnej ezoteryce. Apofatyka, czyli teologia negatywna, zakłada że o Bogu/Absolutcie nie można orzekać żadnych pozytywnych cech - można tylko mówić czym NIE jest. Nie jest skończony, nie jest ograniczony, nie jest poznawalny przez rozum. Pseudo-Dionizy Areopagita pisał wprost, że nawet słowo 'istnienie' jest zbyt małe dla Boga. W mistyce żydowskiej mamy pojęcie Ein Sof - 'bez końca' - i to nie jest nazwa Boga, to jest informacja o tym, czego nie możemy powiedzieć. W islamie podobnie działa koncepcja tanzih - radykalnej odmienności Allaha od wszystkiego stworzonego. Ciekawi mnie, jak wy rozumiecie tę granicę między ciszą a mówieniem o sacrum. Czy milczenie jest ostateczną odpowiedzią, czy raczej punktem wyjścia do czegoś więcej?
To jest temat, który mnie od dawna interesuje, szczególnie w kontekście porównywania tradycji. Bo zauważam pewne napięcie - apofatyka mówi 'nie możemy nic powiedzieć', a jednocześnie każda religia ma całe biblioteki mówiące coś. Jak to pogodzić? Pseudo-Dionizy też pisał traktaty, nie milczał. Czy apofatyczna cisza to nie jest trochę luksusowa pozycja filozofa, który już wie wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że nie wie nic?
Siedzę i czytam to z otwartą buzią, bo nigdy o tym tak nie myślałam. Ale mam pytanie do Nekromanta - skoro każde zdanie o Bogu samo się demontuje, to co nam w ogóle zostaje? Bo rozumiem to filozoficznie, ale co to znaczy w praktyce, kiedy ktoś chce się modlić, medytować, nawiązać jakiś kontakt? Czy apofatyka nie jest w końcu zimna i odpychająca?
Mniszek, to jest bardzo dobre pytanie i myślę, że tu właśnie wchodzi cisza jako praktyka, nie tylko teoria. W hesychazmie - wschodniochrześcijańskiej tradycji modlitwy - cisza nie jest brakiem kontaktu z Bogiem, wręcz przeciwnie, jest jego warunkiem. Grzegorz Palamas rozróżniał między istotą Boga (całkowicie niepojęta, apofatyczna) a energiami Bożymi, które można doświadczyć. Mystycy nie milczą dlatego, że nic nie ma - milczą dlatego, że to co jest, przekracza wszelki opis. Różnica jest kolosalna.
Dodam do tego wątek kabalistyczny, bo Ein Sof to naprawdę osobny temat. W Zoharze i późniejszej kabale luriańskiej Ein Sof jest absolutem, który nie ma żadnej relacji ze stworzeniem - dopiero poprzez cimcum, czyli jakby 'skurczenie się' Boga, powstaje przestrzeń na stworzenie. Co ciekawe, nawet sefirot nie są Bogiem samym w sobie, tylko jego objawieniem. Czyli cała drabina sefir to właśnie próba zmostkowania przepaści między tym, co nieizrażalne, a tym, co możemy w ogóle poznać. Czy ktoś jeszcze widzi analogię między cimcum a kenozą chrześcijańską?
Wróćmy może do tej ciszy jako praktyki, bo Aether wspomniała o hesychazmie i to mnie mocno ciągnie. Słyszałam, że w tradycji zen cisza i milczenie mają zupełnie inny charakter - nie chodzi o 'Bóg jest nieizrażalny', tylko o przekroczenie samej dualności między Bogiem a nie-Bogiem. Koan jest właśnie sposóbm łamania językowego myślenia. Czy apofatyka chrześcijańska i zen dążą do tego samego miejsca, czy to jednak różne cele?
Mam pytanie, które mnie od początku gryzie. Mówimy o ciszy i nieizrażalności jako o czymś wzniosłym, ale czy nie jest tak, że w praktyce religijnej, konkretnie instytucjonalnej, ta apofatyczna pokora bywa selektywna? Kościoły mówią 'Bóg jest niepoznawalny' - a jednocześnie twierdzą, że doskonale wiedzą, czego Bóg chce w kwestiach etyki, polityki, hierarchii. Trochę wygodne, nie?
Kwakrzy. Serio. Nabożeństwo kwakierskie polega w dużej mierze na wspólnym milczeniu - nie ma kapłana, nie ma liturgii, czeka się na bezpośrednie natchnienie Ducha. To jest jedna z niewielu tradycji, gdzie apofatyczna pokora weszła w samą strukturę kultu, a nie tylko w teologię. Z muzułmańskich tradycji bliskie temu są pewne nurty sufickie, zwłaszcza z kręgu Ibn Arabiego. Ale Nekromanta ma rację, że napięcie między 'Bóg jest niepoznawalny' a 'Bóg powiedział dokładnie to i to' jest permanentne i rzadko rozwiązywane uczciwie.
Może głupie pytanie, ale czy ta cisza w kwakierskich nabożeństwach to jest cisza absolutna? Siedzą i nic? Bo ja próbowałam medytować w ciszy i po pięciu minutach zaczęłam myśleć o zakupach, więc zastanawiam się jak to w ogóle działa. Czy cisza religijna i cisza medytacyjna to to samo?
Nawiążę do tego, co Mniszek napisała, bo to ważne rozróżnienie. Cisza medytacyjna jako technika - uspokajasz umysł, obserwujesz, rozluźniasz przepływ energii. Cisza apofatyczna to coś więcej - to rodzaj postawy wobec rzeczywistości, gdzie aktywnie odmawiasz zamykania Absolutu w definicji. W tradycjach jogi też jest to opisywane przez pojęcie neti neti - 'nie to, nie to' - czyli ciągłe odpieranie każdego obrazu Brahmana jako niewystarczającego. W pracy z czakrami analogicznie - często blokada nie polega na tym, że za mało energii, tylko że zbyt mocno trzymasz jakiś obraz siebie lub Boga i nie puścisz.
To jest precyzyjne pytanie i ma precyzyjną odpowiedź - tak, dochodzą do różnych końców. Apofatyka chrześcijańska zatrzymuje się przed identyfikacją duszy z Bogiem, bo ontologia pozostaje dualistyczna nawet w najgłębszym zjednoczeniu mistycznym. W Adwaicie właśnie tę granicę się przekracza. Eckhart za swoje sformułowania dostał pośmiertne potępienie części tez. Mistrz Eckhart, Ruysbroeck, Jan od Krzyża - wszyscy balansowali na tej krawędzi. Pytanie do Aether - jak oceniasz, czy ta różnica jest fundamentalna dla samej praktyki, czy bardziej dla teologii?
Zostaje mi jedno pytanie otwarte na koniec tej części dyskusji - skoro cisza i nieizrażalność są tak ważne w tych tradycjach, dlaczego religie zbudowały tak ważne machiny językowe - dogmaty, kanony, katechizmy, fatwy, responsy? Czy to nie jest dowód, że instytucja zawsze wygrywa z mistyką? A może mistyka potrzebuje instytucji jak kotwicy, żeby się nie rozpłynąć w solipsyzmie?
Pytanie Nekromanta zadał na końcu jest naprawdę centralne dla całego tematu. Moja odpowiedź - nie, to nie jest dowód na hipokryzję, to jest dowód na napięcie, które jest wbudowane w samą religię jako zjawisko społeczne. Apofatyka to nurt, dogmatyka to inny nurt, i one zawsze ze sobą walczyły. Dionizjusz Areopagita pisał o nieizrażalności Boga, a kilka wieków później Sobór Trydencki produkował kanony i anatemy. Jedno i drugie w tej samej tradycji.
Ale to właśnie jest mój problem z tym uzasadnieniem. Jeśli napięcie jest 'wbudowane', to kto decyduje, kiedy wygrywa apofatyka, a kiedy dogmat? Bo obserwuję, że apofatyka wygrywa przy pytaniach, na które nie ma wygodnej odpowiedzi, a dogmat wygrywa, kiedy instytucja chce zablokować jakąś zmianę. Czyli cisza jest stosowana wybiórczo.
Słucham tej dyskusji i mam wrażenie, że gdzieś zgubiłyśmy wątek o ciszy jako praktyce. Bo rozmawiamy teraz głównie o teologii i instytucjach, a dla mnie cisza mistyczna to przede wszystkim coś, co się robi ciałem i umysłem. Czy ktoś z was regularnie praktykuje cokolwiek, co ma związek z tą apofatyczną ideą?
W kabale jest jeszcze inny wymiar tej kwestii. Ein Sof milczy nie dlatego, że nie ma nic do powiedzenia, ale dlatego, że każde słowo byłoby ograniczeniem. Sefirot to są niejako uszczerbki na tej pełni - każde objawienie Boga to krok w dół od absolutnej pełni ku konkretnemu. Dlatego im wyżej w drzewie sefirot, tym mniej można powiedzieć. Keter, pierwsza sefira, jest właściwie już niemal milczeniem.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale to zdanie o Bogu który 'mówi stworzenie' - to brzmi jak tworzenie przez słowa, to nie jest jakoś podobne do tego, co jest w Biblii? 'I rzekł Bóg: niechaj się stanie światłość'? Czy to jest ta sama idea czy zupełnie różna?
Polcia93, bardzo dobre skojarzenie i to nie jest przypadkowe. Egzegeci od wieków dyskutują o relacji między Logosem z Ewangelii Jana a kabalistycznym rozumieniem mowy Bożej. Różnica jest jednak taka, że w tradycji chrześcijańskiej Logos staje się ciałem - jest konkretny, historyczny, definitywny. W kabale mowa Boga jest procesem ciągłym i nie ma takiego jednego punktu, w którym się zatrzymuje i konkretyzuje.
Czytam ten wątek od początku i jestem pod wrażeniem, ale mam pytanie chyba bardzo podstawowe - czy w islamie w ogóle jest jakaś tradycja porównywalna z tą apofatyczną? Bo słyszałam, że Allach ma 99 imion, co sugeruje raczej, że da się Go jakoś opisać?
To jest właściwie ten sam mechanizm, o którym pisała Energetyczka - cisza i nieizrażalność jako rzeczywistość, ale człowiek potrzebuje wejścia. Imiona, modlitwy, rytuały, obrazy - to są drabiny. Kwestia, czy tradycja pamięta, że to są drabiny, czy zaczyna twierdzić, że to jest sam szczyt.
To co mówi Nekromanta jest dla mnie bardzo bliskie. W pracy z rytuałem sama to czuję - symbol działa, kiedy wiesz, że to symbol. Kiedy zaczynasz myśleć, że świeca to jest siła, a nie wskaźnik siły, coś się psuje. Nie wiem czy to jest ta sama intuicja, ale wydaje mi się, że tak.
Ten wątek o mapie i terytorium bardzo mi się podoba, bo to jest właściwie o tym samym co apofatyka, tylko językiem innej tradycji. Mistrz Eckhart mówiłby pewnie, że każdy koncept Boga jest przeszkodą na drodze do Boga. A jednocześnie - i to jest serce paradoksu - bez tych konceptów w ogóle nie zaczęlibyśmy drogi.
I tu wracamy do tego, o co pytał Nekromanta kilkanaście postów temu. Instytucja religijna to jest właśnie ta struktura, która ma przechowywać drabiny i pilnować, żeby nikt nie traktował ich jak szczytu. Tylko że instytucje mają własne interesy i często zapominają o tym zadaniu. To nie jest wina apofatyki, to jest wada każdej instytucji.
Ale czy nie jest tak, że właśnie tradycje, które najgłębiej przyjęły apofatykę - tradycje kontemplacyjne, zakony, szkoły sufickie - nigdy nie stały się masowymi instytucjami? Może apofatyka i instytucja są po prostu w zasadniczym napięciu, które nie da się rozwiązać, tylko zarządzać?
A czy kwakrzy naprawdę nie mają żadnych tekstów, żadnych nauk, do których się odwołują? Bo mam wrażenie, że 'cisza' jako jedyna zasada brzmi pięknie, ale czy to nie jest idealizacja? Muszą mieć jakiś fundament.
Wracam do wątku, który urwał się kilkanaście postów temu - czy w islamie ta apofatyczna cisza, o której mówiła Irisa91, jest dostępna dla zwykłego wiernego? Bo sufizm brzmi jak coś dla wybranych, dla zaawansowanych. Co z przeciętnym muzułmaninem?
To napięcie między mistyką dostępną i zamkniętą jest stare jak sama mistyka. Ale zastanawiam się, czy cisza nie jest akurat tym, co jest najbardziej demokratyczne ze wszystkich praktyk - bo nie wymaga wykształcenia, tekstu ani nauczyciela. Każdy może usiąść i milczeć. Problem zaczyna się wtedy, gdy chcesz wiedzieć, czy twoje milczenie jest 'właściwe'.
