Wracając do wątku walki zbrojnej - czy rozumiem dobrze, że koptyjska odpowiedź na prześladowania to była przede wszystkim gotowość na śmierć, a nie na walkę? I że to jest traktowane jako wyższy rodzaj odwagi niż odwaga militarna?
Ale to trochę pasywna postawa, nie? Mam na myśli - co dobrego z tego wychodziło dla samej wspólnoty? Ginęli kolejni wierni i tradycja to gloryfikowała, ale prześladowania trwały. Czy ta teologia nie tworzyła pewnej pułapki?
To ciekawe zestawienie - gloryfikacja śmierci za wiarę kontra realna polityka przetrwania. Czy są przypadki kiedy Koptowie rzeczywiście podjęli zbrojny opór? Albo kiedy kościół koptyjski popierał jakiekolwiek działania militarne, niekoniecznie własne?
Wróćmy na chwilę do Asyryjczyków, bo mam wrażenie że ich wątek trochę urwał się po Seyfo. Kingusia pisała, że po ludobójstwie teologia przeniosła się na poziom narodu jako katechonu. Czy to oznacza, że Kościół Wschodu stał się wtedy bardziej nacjonalistyczny? I jak to się ma do jego teologicznego samozrozumienia?
Różnica jest zasadnicza. Grecy - przynajmniej ci z fali emigracji dwudziestowiecznej - wyjeżdżali z istniejącego państwa narodowego. Kościół był elementem kultury, ale Grecja jako kraj nie zniknęła. Asyryjczycy wychodzili z miejsca gdzie ich naród w ogóle nie miał i nie ma własnego państwa. To sprawia że kościół przejął funkcję państwa znacznie dosłowniej.
To niesamowite że do schizmy doprowadziła kwestia dziedziczenia urzędu. Czy to nie jest trochę podobne do dynastycznych kłótni w wczesnym Kościele powszechnym? Mam na myśli że ten wzorzec - kto ma władzę i w jaki sposób się ją przekazuje - powraca.
Przepraszam że się włączam z czymś z boku, ale próbuję to złożyć w całość - te wszystkie kościoły, Koptowie, Asyryjczycy, Grecy - one nigdy ze sobą nie współpracują? Czy jest jakieś forum na którym te tradycje rozmawiają?
A ten dialog między kościołami wschodnimi - czy on przynosi jakieś praktyczne zbliżenie w kwestii właśnie tej teologii walki zbrojnej, o której mówiłyśmy wcześniej? Czy to jest coś co w ogóle pojawia się w rozmowach ekumenicznych?
Tu jest bardzo interesująca różnica między tym jak zareagował Kościół koptyjski a jak zareagowały kościoły irackie. Koptyjski Papież Tawadros II apelował dyplomatycznie, przez kanały właściwe mniejszości bez własnego państwa. Natomiast część hierarchów irackich - szczególnie chaldejskich - publicznie popierała uzbrojenie i szkolenie chrześcijańskich milicji jako akt samoobrony. To nie był oficjalny kościelny dżihad, ale wyraźne przyzwolenie.
Właśnie, to rozróżnienie między walką obronną a zaczepną pojawia się chyba w każdej religii kiedy dochodzi do kryzysu. Pamiętam jak czytałam coś o tym że nawet wśród buddystów w Birmie były podobne napięcia kiedy doszło do przemocy wobec Rohingjów. Oczywiście z odwróconymi rolami, ale schemat jest podobny - tradycja pokojowa musi nagle zająć stanowisko wobec realnej przemocy.
Wracając do kwestii irackich milicji chrześcijańskich - była taka formacja zwana Dywizją Babilońską, oficjalnie Jednostkami Ochrony Ziemi Niniwy, złożona głównie z Chaldejczyków i Asyryjczyków. Część hierarchów ją popierała, część zachowywała dystans. Patriarcha Chaldejski Louis Sako był raczej ostrożny i konsekwentnie podkreślał że priorytetem jest powrót wysiedlonych a nie budowanie wojska. To bardzo wymowna postawa.
Ta informacja o Dywizji Babilońskiej bardzo mnie uderzyła. Zastanawiam się - czy hierarchowie którzy zachowali dystans wobec tej formacji, uzasadniali to teologicznie, czy to był raczej dyplomatyczny odruch? Bo to są dwie bardzo różne rzeczy. Jedno to przekonanie że nie godzimy się walczyć z powodów doktrynalnych, drugie to strach przed konsekwencjami politycznymi.
To co mówi Kingusia o Sako jest ważne, bo on zresztą miał w późniejszych latach bardzo trudne relacje z irackim rządem, co chyba potwierdzało że nie był po prostu oportunistycznym graczem. Ale wracam do pytania Obserwatorki bo ono otwiera coś szerszego - czy te wschodnie kościoły w ogóle mają wypracowaną teologię sprawiedliwej obrony analogiczną do zachodniej 'bellum iustum'? Bo jeśli nie, to skąd biorą narzędzia do oceny takich sytuacji?
Czekaj, 'bellum iustum' to ta tomistyczna koncepcja, tak? Że żeby wojna była sprawiedliwa musi spełniać określone warunki - słuszna przyczyna, właściwa intencja, ostateczność środka? Czy wschodnie kościoły w ogóle poszły tą drogą czy ich teologia rozwijała się zupełnie inaczej?
Też mnie to bardzo zastanawia. Bo jeśli masz z jednej strony kult męczenników którzy odmawiali walki i ginęli spokojnie, a z drugiej kult świętych żołnierzy którzy zabijali w imię wiary - to jak ta wspólnota to pogodza? Albo po prostu jest to trzymane osobno, w różnych szufladkach?
Właściwie to chyba nie jest nic niezwykłego - w zasadzie każda tradycja ma jakieś postacie które mogą być interpretowane na różne sposoby w zależności od potrzeb danej chwili. To nie jest hipokryzja, to jest żywość tradycji. Tylko w momentach kryzysu ta elastyczność jest wystawiana na poważniejszą próbę.
To jest chyba najtrudniejsze pytanie w tej dyskusji. Kto ma ostatnie słowo? W katolicyzmie masz papieża i magisterium, w islamie masz fatwy - a tu?
To brzmi strasznie. Że ci ludzie musieli podejmować takie decyzje bez żadnego wsparcia instytucjonalnego. Czy są jakieś relacje, pamiętniki, cokolwiek co opisuje jak to wyglądało od środka - jak konkretna rodzina czy kapłan decydował co robić?
Teologia post factum - to bardzo trafnie ujęte. Czyli najpierw się coś dzieje, potem się to uzasadnia? To musi tworzyć napięcia wewnątrz wspólnoty.
I tworzy. Ale czy to jest aż tak inne niż to co działo się w każdej tradycji religijnej kiedy zderzała się z niespodziewanym? Kościół zachodni też nie miał gotowej teologii na wyprawy krzyżowe - ona powstawała w drodze, między pierwszą a trzecią krucjatą myśl się radykalnie zmieniła. Wschodnie kościoły robią to samo, tylko w warunkach nieporównywalnie trudniejszych i bez instytucjonalnego zaplecza.
To co mówisz o teologii 'w drodze' jest dla mnie kluczem do zrozumienia tych tradycji. I właśnie dlatego myślę że pytanie o wojnę zbrojną w imię wiary jest u Koptów, Asyryjczyków i Greków tak trudne do odpowiedzenia prosto - bo oni nigdy nie mieli luksusowego czasu pokoju żeby usiąść i to systematycznie opracować. Zachodnie teologie sprawiedliwej wojny powstawały w warunkach względnej stabilności instytucji kościelnych. Wschód tej stabilności po prostu nie miał.
Ale poczekaj - czy to nie jest trochę za łatwe wytłumaczenie? Bo Kościół zachodni też przeżywał kryzysy, najazdy, rozbicie. A jednak zdołał wypracować te kategorie. Czy nie chodzi przypadkiem o coś głębszego w samym podejściu teologicznym, a nie tylko o warunki zewnętrzne?
Mnie w ogóle ciekawi czy jest jakaś różnica między tym jak to traktują Koptowie, a jak Asyryjczycy - bo mam wrażenie że w tej dyskusji trochę traktujemy je jak jeden blok, a to przecież dwie bardzo różne wspólnoty z różną historią polityczną i geografią.
Czyli rozumiem że ta milcząca akceptacja to jakby pośrednia odpowiedź na pytanie o wojnę? Nie ma oficjalnej fatwy, nie ma encykliki, ale też nikt kto walczy nie jest ekskomunikowany?
To jest chyba właśnie ta kwestia pokuty o której wspominała Kingusia wcześniej - że prawosławie traktuje zabójstwo nawet obronne jako coś co wymaga oczyszczenia. Ale czy to samo dotyczy Koptów? Bo u nich ta tradycja ascetyczna jest bardzo mocna, chyba mocniejsza niż w prawosławiu greckim.
A jak Grecy to rozwiązują? Bo Kościół Grecki był przez wieki splątany z państwem - Bizancjum, potem Grecja nowożytna - i wydaje mi się że tam ta teologia walki jest chyba najbardziej wypracowana ze wszystkich trzech tradycji?
Jest łączność doktrynalna przez wspólne miafizytyczne wyznanie wiary, przez historię soborów które ich połączyły i podzieliły od Chalcedonu w 451 roku. Ale praktyka duszpasterska i kultura kościelna to już co innego - Asyryjczycy nestoriańscy są zresztą poza tym związkiem, bo oni odrzucili nawet wcześniejszy sobór. Więc to co łączy te tradycje teologicznie na poziomie chrystologii niekoniecznie przekłada się na wspólną odpowiedź co do walki zbrojnej.
