To jest pytanie które mnie naprawdę niepokoi bo dotyka czegoś ważnego - czy teologia może się w pełni ukształtować wokół traumy która jest nierozpoznana na zewnątrz? Ormiańska teologia martyrologiczna była możliwa między innymi dlatego że Kościół ormiański ma strukturę i prestiż który pozwolił mu nadać tej tragedii formę liturgiczną. Asyryjczycy są rozbici na kilka Kościołów, diaspora jest porozrzucana od Szwecji po Australię - i ta fragmentacja musi wpływać na zdolność do teologicznego przepracowania własnej historii.
To pytanie Zaneczki o Asyryjczyków i brak zewnętrznego uznania trafia w coś co mnie od dawna niepokoi w tej dyskusji. Mówimy o teologii martyrologicznej jakby była czymś co każda wspólnota może sobie po prostu wypracować we własnym zakresie, ale chyba nie może. Martyrologia wymaga świadków. Ormianie mają Kościół który przetrwał jako instytucja, mają państwo choćby małe, mają diasporę która lobbowała przez dekady. Asyryjczycy rozproszyli się po Iraku, Syrii, Szwecji, USA i przez długi czas nikt ich nie słuchał nawet wewnątrz chrześcijańskiego ekumene. Jak teologizować ból który jest niewidzialny?
Ale czy to znaczy że ta teologia jest gdzieś ukryta, że żyje w hymnografii, w obrzędzie, a nie w tekstach które możemy porównywać? Bo jeśli tak, to my po prostu nie mamy do niej dostępu a nie że jej nie ma.
Wracając do Greków bo trochę odpłynęliśmy - jest coś co mnie intryguje w tym jak Kościół grecki radził sobie z kolaborantami po wojnie, z Grekami którzy działali po stronie tureckiej w różnych momentach historii. Czy jest jakaś tradycja teologiczna dotycząca zdrajcy wspólnoty wierzących? Bo to chyba odwrotna strona medalu walki zbrojnej - co z tym który nie walczy albo walczy po złej stronie?
Przepraszam że wtrącam się z czymś może naiwnym, ale zastanawiam się czy ta decentralizacja to wada czy zaleta w kontekście naszej dyskusji. Czy to że nie ma jednej doktryny walki zbrojnej u Koptów czy Asyryjczyków nie chroni ich przed tym do czego doprowadziła zachodnia teologia słusznej wojny - czyli w praktyce do usprawiedliwiania coraz więcej różnych wojen?
Ale Grecy to jednak inny przypadek niż Koptowie, tak jak wcześniej mówiłyśmy. Koptowie żyją jako mniejszość w kraju muzułmańskim i ich podejście do walki musiało być kształtowane przez coś zupełnie innego niż niepodległościowe marzenia. Oni nie mogli marzyć o własnym państwie, przynajmniej nie w nowoczesnym sensie. Więc co u nich zamiast nacjonalizmu religijnego?
Czy to znaczy że mamy tu dwa zupełnie różne modele etyczne? Jeden oparty na 'mam prawo do wolności i mogę walczyć żeby ją zdobyć' i drugi oparty na 'mam prawo przeżyć i mogę się bronić żeby nie zginąć'? I czy te modele prowadzą do różnych granic - tzn. do czego każdy z nich dopuszcza a czego nie?
To jest jedno z najlepszych pytań w tej dyskusji i nie mam na nie gotowej odpowiedzi. W Kościele koptyjskim patriarcha ma ogromny autorytet moralny ale nie jest to autorytet który historycznie wypowiadał się w kategoriach militarnych. Znamy orzeczenia w sprawach liturgicznych, dogmatycznych, nawet społecznych. Ale militarnych? Jeśli ktoś ma konkretny przykład takiego orzeczenia, chętnie posłucham.
A co ze współczesnymi przykładami? Jak koptyjski kościół reagował kiedy Koptowie byli atakowani przez islamistów w ostatnich dekadach - kościoły wysadzane, mordy na wiernych? Czy był jakiś głos hierarchii który mówił cokolwiek o tym czy wolno się bronić?
I chyba nie da się tych dwóch rzeczy rozdzielić, co jest może smutne. Że doktryna ofiary i przebaczenia jest zarazem teologicznie głęboka i politycznie jedyna możliwa dla Koptów żyjących w egipskim państwie. Co nie znaczy że jest fałszywa - może właśnie dlatego jest taka silna. Ale ciekawe czy gdyby Koptowie mieli własne państwo, ta doktryna przetrwałaby w tej samej formie?
To co napisała Kornelia.x na końcu mnie uderzyło - że doktryna może być jednocześnie teologicznie prawdziwa i politycznie jedyną możliwą. Zastanawiam się czy to w ogóle jest problem, czy może tak właśnie działa teologia żywej wspólnoty. Czyli nie w próżni, ale w konkretnych warunkach. Ale wtedy pytanie - czy ta sama doktryna ofiary działałaby tak samo gdyby Koptowie żyli w innym kontekście politycznym?
Ale tu jest coś do rozplątania. Bo możemy powiedzieć że Koptowie rozwinęli teologię ofiary bo innej drogi nie mieli - i to jest obserwacja socjologiczna. Albo możemy powiedzieć że Bóg prowadził ich przez cierpienie do głębszego rozumienia Ewangelii - i to jest obserwacja teologiczna. Te dwie narracje nie muszą się wykluczać, ale są fundamentalnie różne. Pytanie które mnie ciekawi to czy Koptowie sami myślą o tym w którymś z tych języków.
Właśnie chciałam zapytać o to samo. Czy jest jakaś koptyjska teologia która wprost mówi o sensie cierpienia w kategoriach historycznych, a nie tylko paschalnych? Bo znamy teologię Paschy, wiemy że cierpienie Chrystusa jest centrum - ale czy jest coś co odnosi to do konkretnej sytuacji Koptów jako prześladowanej mniejszości?
To ciekawe że rozmawiamy o Koptach ale trochę zostawiliśmy Asyryjczyków z tyłu. A oni mają chyba jeszcze trudniejszą sytuację - są rozsiani po kilku państwach, nie mają żadnego terytorium, ich kościoły są podzielone na kilka obrządków. Jak ta fragmentaryzacja wpływa na pytanie o doktrynę walki? Kto w ogóle mógłby ją ogłosić?
O ile wiem - nie bardzo. Chaldejczycy jako katolicy podlegają teoretycznie Rzymowi, więc mają przynajmniej tę instancję do odwołania. Reszta jest autokefaliczna albo de facto niezależna. I w czasie ludobójstwa na Asyryjczykach w czasie I wojny światowej każda z tych wspólnot radziła sobie osobno. Co zresztą jest jednym z powodów dlaczego ludobójstwo to jest tak słabo znane - brak jednej instancji która by ją reprezentowała i głośno mówiła.
To jest smutne pytanie i obawiam się że odpowiedź jest raczej ta druga. Z tego co czytałam, asyryjskie przepracowanie tamtego ludobójstwa - zwanego Seyfo, od aramejskiego słowa 'miecz' - odbywa się głównie przez pamięć kulturową, przez poezję, muzykę, przez zachowanie języka. Teologia jest może gdzieś, ale nie w formie którą możemy łatwo przywołać. To trochę jak to co Miroslawa mówiła o teologii ukrytej w liturgii.
Wracam do czegoś co Heksagram pytał wcześniej - o to kto ma prawo ogłosić że obrona jest konieczna. Bo jeśli u Asyryjczyków nie ma takiej instancji, a cierpienie nie zostało przepracowane teologicznie, to co zostaje? Czy poszczególni wierni podejmują te decyzje sami, bez żadnego duchowego oparcia?
Czy to znaczy że dla tych wspólnot lojalność wobec wspólnoty zastępuje doktrynę? Tzn. zamiast 'moja religia mówi że mogę walczyć' mają 'mój lud jest zagrożony i to wystarczy'?
I właśnie ten model grecki jest chyba najbardziej skodyfikowany ze wszystkich trzech. Grecy mieli Konstantynopol, mieli cesarstwo, mieli przez wieki jakiś instytucjonalny kościelno-polityczny aparat który mógł orzekać. Asyryjczycy nie mieli niczego takiego od bardzo dawna. Pytanie które mnie teraz trapi - czy ta różnica instytucjonalna przekłada się na różnicę w tym jak wierni odczuwają własne działania? Czy asyryjski żołnierz walczący o wioskę czuje coś innego niż grecki żołnierz walczący z błogosławieństwem patriarchy?
To jest pytanie które mnie też zastanawia ale z trochę innej strony. Czy w ogóle żołnierze myślą w kategoriach doktrynalnych? Tzn. czy przeciętny wierny który bierze broń do ręki zastanawia się nad tym co mówi jego teologia, czy po prostu działa?
Dokładnie tak. I to jest coś co mnie uderzyło kiedy czytałam o martyrologii koptyjskiej - tam nie ma jednego dokumentu który mówi 'oto nasza doktryna obrony'. Jest za to cały system liturgiczny, kalendarze świętych, ikony, pieśni. Teologia jest w tym wszystkim rozproszona i przez to bardzo trudna do analizy z zewnątrz.
Czy to nie jest trochę taki paradoks że ci którzy są najbardziej bezpieczni chcą dyskutować o teologii cierpienia, a ci którzy cierpią nie mają na to czasu ani przestrzeni?
To mi przypomina coś podobnego co obserwuję w zupełnie innym kontekście - w dyskusjach o praktykach szamańskich, gdzie diaspora albo zachodni praktycy często tworzą bardziej usystematyzowaną 'teorię' danej tradycji niż jej pierwotni nosiciele. Ale wracając do tematu - czy dla Asyryjczyków i Greków jest podobna dynamika diaspora kontra ojczyzna?
Czekajcie, bo gdzieś w tej rozmowie zgubiłam jeden wątek który mi się wydaje ważny. Mówiłyśmy o tym że u Asyryjczyków decyzja o walce spada na poziom lokalny - społeczność, starszyzna, ksiądz. Ale u Koptów - kto podejmuje tę decyzję? Patriarcha? Bo papiestwo koptyjskie to dosyć silna instytucja, prawda?
