Zaczęłam ostatnio czytać o tym, jak Cortez i jego ludzie wkroczyli do Tenochtitlanu i uderzyło mnie coś, o czym rzadko się mówi - mianowicie to, że konkwistadorzy nie tylko niszczyli azteckie kulty, ale sami wnosili do Ameryki swój własny, równie skomplikowany system religijny. Mamy więc zderzenie dwóch politeizmów - bo tak bym to ujęła, mimo że Rzym był dużo wcześniej. Chciałam zapytać, czy ktoś tu zastanawiał się kiedyś, co się tak naprawdę zmieniło na poziomie duchowym, gdy jedni bogowie zastąpili drugich? Mam wrażenie, że to nie było proste wymazanie jednego systemu i wpisanie drugiego. Aztekowie mieli Huitzilopochtliego, boga słońca i wojny, Tlaloca, boga deszczu i płodności, Quetzalcoatla - i każdy z nich miał swój kult, kapłanów, kalendarze rytualne. Rzymianie... no, Jowisz, Mars, Wenus, Merkury. Struktura podobna, ale co z tego wynikało dla zwykłego człowieka, który nagle miał przestać składać ofiary Tlalokowi?
To ciekawe zestawienie, ale mam jedno zastrzeżenie do punktu wyjścia - czy mówimy o bogach Rzymu jako takich, czy o religii, którą konkwistadorzy faktycznie nieśli? Bo oni nie przywozili Jowisza. Przywozili Chrystusa, Maryję, świętych. To był już katolicyzm, a nie klasyczny politeizm rzymski. Jeśli zestawiamy Rzym z Aztekamy, to porównanie jest raczej strukturalne, historyczne, nie żywe zderzenie kultów. Więc pytanie brzmi - co tak naprawdę chcemy porównywać: strukturę panteonów, mechanizmy rytualne, czy rzeczywisty proces kolonizacji religijnej?
Zostańmy przy tym, bo to ważny punkt. Aztekowie mieli coś, czego katolicyzm nie toleruje - krew jako substancję sakralną. Składanie ofiar z ludzi to nie był dla nich akt okrucieństwa, to było karmienie Słońca, żeby nie zgasło. Huitzilopochtli dosłownie potrzebował krwi, żeby wschodzić każdego ranka. Czy ktoś zna jakieś źródła mówiące o tym, jak azteccy kapłani reagowali teologicznie na pojawienie się misjonarzy? Czy próbowali tłumaczyć swój system, czy od razu były represje?
Czytałam gdzieś, że były takie rozmowy - już w XVI wieku franciszkanie prowadzili tzw. 'coloquios' z azteckimi kapłanami. Bernardino de Sahagún zapisał część tych dialogów. Kapłani mówili mniej więcej tyle: przez wieki nasze bóstwa nas żywiły i chroniły, nie możemy ich tak po prostu porzucić. To brzmi jak całkiem dojrzała argumentacja teologiczna, nie?
A ja mam pytanie bardziej podstawowe - bo słyszałem, że Aztekowie sami wierzyli, że Cortez może być powracającym Quetzalcoatlem. Czy to prawda, czy to mit wymyślony później? Bo jeśli tak, to ten cały podbój miał od początku jakiś wymiar quasi-religijny, nie tylko militarny.
Wchodzę do dyskusji, bo mnie uderza zupełnie inny aspekt. Mówimy o zderzeniu dwóch systemów religijnych, ale co z ludźmi, którzy żyli w tej przestrzeni pomiędzy? Mam na myśli tych, którzy na powierzchni przyjęli chrzest, a w domu nadal czcili dawnych bogów. W Meksyku do dziś są wsie, gdzie katoliccy święci mają imiona i atrybuty, które brzmią dużo bardziej jak dawni bóstwa niż jak hagiografia. To jest żywy synkretyzm. Ktoś tu kiedyś zgłębiał ten temat?
Mam wrażenie, że ta rozmowa dochodzi do ważnego punktu. Bo jeśli spojrzymy na to bez emocji - zarówno Rzym, jak i Aztekowie mieli imperialną strategię religijną. Rzym wchłaniał bogów podbitych ludów, Aztekowie też. Różnica jest taka, że chrześcijaństwo, które przybyło z Europą, miało model wykluczający - jeden Bóg, bez możliwości kompromisu. I to jest ta strukturalna różnica, która sprawiła, że zamiast wchłonięcia nastąpiło starcie. Czy ktoś zna przypadki, gdzie katoliccy misjonarze jednak próbowali jakiegoś dialogu, a nie wyłącznie konwersji siłą?
A wracając do samych bogów - bo mnie interesuje ta strona - czy ktoś wie, co się stało z azteckim rozumieniem czasu? Bo oni mieli ten słynny Kamień Słońca i cały system kalendarzy rytualnych. Czy to wszystko po prostu znikło, czy gdzieś przetrwało?
Nie wiedziałam, że ten kalendarz aztecki jest do dziś używany, to coś niesamowitego. Ale mam pytanie trochę z boku - a co z bogami, których Aztekowie przejęli od innych ludów? Rozumiem że sami podbijali inne narody przed Cortezem. Czy oni też 'nawracali' swoich pokonanych tak jak potem Hiszpanie ich?
Dodam do tego, co Kometka mówiła o kalendarzu - jest jeszcze jeden poziom, który mnie osobiście bardzo interesuje. Aztekowie wierzyli, że żyjemy w Piątym Słońcu, i że poprzednie cztery epoki kosmiczne zostały zniszczone. Każda przez inny żywioł, innego boga. To jest kosmologia, która zakłada cykliczność i nietrwałość wszystkiego. Gdy pojawili się Europejczycy z narracją o końcu czasów, Sądzie Ostatecznym, wiecznym piekle - to musiało brzmieć dla Azteków zupełnie inaczej niż dla kogoś, kto wyrósł w tradycji linearnej. Ciekawe, czy ktoś badał, jak te dwa rozumienia czasu - cykliczne i linearne - wpłynęły na przebieg samego procesu chrystianizacji.
To co Paulinka57 napisała o Piątym Słońcu to kluczowy punkt. Aztekowie żyli w stanie permanentnego kosmicznego niepokoju - świat mógł się skończyć, jeśli Słońce nie dostanie swojego 'paliwa'. Zastanawia mnie, czy Hiszpanie w ogóle rozumieli, że dla Azteków ofiary z ludzi to nie była przemoc dla przemocy, tylko dosłowny mechanizm podtrzymywania istnienia wszechświata. Bo jeśli nie rozumieli tej kosmologii, to cała ich oburzenie na te rytuały było reakcją na coś, czego nawet nie próbowali pojąć.
Ale to znaczy, że właściwie cała nasza wiedza o azteckich bogach pochodzi od ich wrogów? To tak jakbyś chciał się czegoś dowiedzieć o Słowianach tylko z kronik niemieckich biskupów...
To bardzo dobre pytanie i właściwie nie ma prostej odpowiedzi. Wspólnoty Majów Quiché mają własne tradycje przekazywane ustnie przez 'daykeepers' - kapłanów kalendarza. Ale to tradycje majańskie, nie stricte azteckie. W przypadku Nahuatl-mówiących społeczności sprawa jest trudniejsza. Coś przetrwało, ale ile pochodzi sprzed podboju, a ile to już warstwy nałożone przez wieki? Nie wiem, czy ktoś jest w stanie to jednoznacznie oddzielić.
Mam takie skojarzenie, które może być trochę z boku, ale jakoś mi to pasuje - te 'daykeepers' to brzmi jak coś podobnego do tego, jak słowiańscy znachorzy przez wieki przekazywali wiedzę o dawnych obrzędach, nie nazywając tego wprost kultem Peruna, tylko 'tak się robi od zawsze'. Czy macie wrażenie, że te mechanizmy przetrwania starych tradycji są podobne niezależnie od kultury?
Też mi coś takiego przyszło do głowy. To jak z tymi babciami na wsi, które święcą zioła w kościele, ale wiadomo, że to jest coś dużo starszego niż chrześcijaństwo. Może stare religie nigdy naprawdę nie umierają, tylko schodzą głębiej?
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że w sumie każda religia jest trochę tak skonstruowana - zawsze ktoś ją interpretuje pod swój kontekst. Ale mam inne pytanie, bo wcześniej wyszła kwestia azteckiego kalendarza i Piątego Słońca - co tak naprawdę mieli Aztekowie powiedziane o tym, jak to Piąte Słońce się skończy? Jak wyobrażali sobie koniec?
To brzmi jak coś między fatalistycznym poglądem na świat a nadzieją, że ludzki rytuał ma jakieś znaczenie w kosmicznej skali. Trochę jak modlitwa za coś, co i tak pewnie nastąpi, ale może niekoniecznie dziś. Czy to rozumienie czasu różni się jakoś fundamentalnie od chrześcijańskiego Apokalipsy?
Bardzo różni. Chrześcijańska apokalipsa jest jednorazowa, linearna, ma charakter sądu - dobro zostaje nagrodzone, zło osądzone. Azteckie zakończenie słońca to koniec cyklu, po którym - w domyśle - mógłby nastąpić kolejny. Nie ma tam eschatologicznej nagrody dla wiernych, jest tylko kosmiczny mechanizm, który albo działa albo przestaje. To dużo mniej 'osobiste' od chrześcijańskiego końca świata.
Ale to troche smutniejsze nie? W chrześcijaństwie przynajmniej ci dobrzy idą do nieba, a tu po prostu jest trzęsienie ziemi i koniec. Chociaż z drugiej strony może nie smutniejsze, tylko inne rozumienie co to znaczy 'po życiu'. Co Aztekowie wierzyli o życiu po śmierci w ogóle?
To co Kometka pisała o archetypach podziemia - czy ktoś wie, czy Mictlan miał jakiś związek z zachowaniem się po śmierci, czy naprawdę tylko sposób śmierci decydował? Bo to mi się jakoś nie układa w głowie. Jakby dobry człowiek zginął w łóżku, to szedł przez dziewięć poziomów bez żadnej nagrody, a wojownik zabijający tysiące trafiał od razu do Tonatiuh?
Tu akurat mamy dobre źródła - chowano zmarłych z psem, który miał przeprowadzić duszę przez rzeki Mictlanu. Zakopywano też przedmioty potrzebne w drodze. Więc rytuał pogrzebowy miał realną funkcję - nie zmieniał przeznaczenia, ale pomagał dotrzeć. To zresztą niesamowicie podobne do egipskich wyobrażeń o Duat, gdzie też trzeba było pokonać kolejne wrota z pomocą zaklęć i ekwipunku.
Ten pies to Xoloitzcuintli - meksykańska rasa, która istnieje do dziś. I tu wraca pytanie z tytułu tematu, bo kiedy przyszli konkwistadorzy, ten cały system rytualnego pogrzebu został brutalnie przecięty. Chrystianizacja oznaczała zakaz chowania psów ze zmarłymi, zakaz składania przedmiotów. Co to oznaczało dla Azteków - że ich zmarli utknęli gdzieś w połowie drogi przez Mictlan?
To niesamowite, że akurat to przeżyło w tak rozpoznawalnej formie. Myślę sobie, że może konkwistadorzy sami do końca nie rozumieli, że akceptując to święto, zgadzają się na coś, co jest dokładnie odwrotnością ich teologii. U nich dusze nie wracają przecież do żywych ot tak - a tu nagle mamy coroczne spotkanie przy ołtarzu z jedzeniem i zdjęciami.
I wracamy do tego samego problemu źródeł, który pojawił się na początku tego wątku - jedyne potwierdzenie mamy od mnicha, który miał interes w tym, żeby to udowodnić i zakazać pielgrzymek. Historia jest naprawdę skomplikowana. Ale sam fakt, że to wzgórze było już święte przed konkwistą, jest dobrze udokumentowany przez wiele źródeł, nie tylko Sahagúna.
To mi przypomina pytanie, które chodziło mi po głowie od początku tej dyskusji - czy Aztekowie mieli jakiś odpowiednik tego, co chrześcijanie nazywają duszą? Bo skoro jest pies przewodnik, dziewięć poziomów, powroty podczas Día de Muertos - to co dokładnie według nich wędruje?
Ihiyotl faktycznie mógł pozostawać przy grobie i szkodzić żywym, szczególnie u osób, które umarły w złości albo zostały skrzywdzone. To jest ciekawy paralel z polską tradycją o strzygach i nawach - idea, że pewne rodzaje śmierci lub pewne 'resztki' człowieka mogą być niebezpieczne dla żywych. I tu nagle azteska demonologia zaczyna rozmawiać ze słowiańską.
Nie po raz pierwszy w tym wątku widzę jak różne kultury dochodzą do podobnych wniosków. Zastanawiam się czy to dlatego, że jest coś w tej obserwacji śmierci, co wszędzie prowadzi do takich samych pytań - co zostaje, co odchodzi, co może być groźne.
