Wróciłem ostatnio do Tybetańskiej Księgi Umarłych po długiej przerwie i uderzyło mnie coś, co wcześniej jakoś przemknęło. Bardo Thödol nie jest napisane jako alegoria ani poetycki obraz - jest traktowane przez tybetańskich lamów dosłownie jako instrukcja dla umierającego. Dosłownie czyta się ją nad ciałem, żeby przeprowadzić świadomość przez kolejne stany pośmiertne. To nie jest metafora. Ale z drugiej strony - skąd mamy wiedzieć, czy to mapa rzeczywistości, czy wyrafinowany system psychologiczny? Zastanawiam się, czy ktoś tu ma jakieś mocniejsze poglądy na to, bo mnie to kręci od lat i wciąż nie wiem, co o tym sądzić.
Dokładnie to samo pytanie zadał sobie Carl Jung, kiedy pisał wstęp do zachodniego wydania tej księgi. Powiedział mniej więcej, że z perspektywy psychologii analitycznej Bardo Thödol opisuje stany nieświadomości - te jasne światła, te przerażające bóstwa gniewne, to wszystko można interpretować jako projekcje umysłu. Ale on sam przyznał, że ta interpretacja nie wyczerpuje tematu. Mnie bardziej jednak interesuje co innego: czy system bardo da się w ogóle oceniać bez wcześniejszego przyjęcia buddyjskiej kosmologii? Bo jeśli nie wierzysz w ciągłość świadomości po śmierci, to ta księga jest ciekawostką. Jeśli wierzysz - staje się czymś zupełnie innym.
Czytałam kilka komentarzy do Bardo Thödol - zarówno Rinpocze, jak i bardziej akademickie tłumaczenia Chogyama Trungpy - i rzeczywiście to napięcie między 'instrukcją' a 'mapą psychologiczną' jest w tej księdze wbudowane. Ale chcę zapytać o coś, co mnie zawsze intrygowało w kontekście tego tematu: te bóstwa spokojne i gniewne, które pojawiają się w kolejnych fazach bardo - czy ktoś z was wie, jak tybetańska tradycja tłumaczy ich naturę? Czy to są byty zewnętrzne, czy projekcje własnej świadomości? Bo wydaje mi się, że odpowiedź na to pytanie całkowicie zmienia sposób czytania tej księgi.
Przepraszam, że wchodzę z podstawowym pytaniem, ale nie rozumiem jednej rzeczy. Mówicie o 'bardo' - rozumiem, że to stan między śmiercią a kolejnym wcieleniem, tak? Ale ile tych stanów jest i jak długo trwają? Czy to jest dosłownie mierzone w dniach, czy to jest inna miara czasu?
Właśnie te czterdzieści dziewięć dni mnie zawsze zastanawiały jako liczba - w wielu tradycjach siedem razy siedem pojawia się jako coś znaczącego. Ale chcę nawiązać do tego co napisała Kianitka o bóstwach. Czytałam gdzieś, że pokojowe bóstwa pojawiają się pierwsze - i jeśli umierający je rozpozna jako przejaw własnej natury buddy, jest wolny. Jeśli się przestraszy albo nie rozpozna, pojawiają się kolejne, gniewne. I to jest w zasadzie narastająca intensywność tego samego testu. Czy dobrze rozumiem mechanizm? Bo to brzmi jak coś, gdzie efekt zależy wyłącznie od stanu świadomości w momencie śmierci - a to z kolei oznacza, że całe życie jest przygotowaniem do tego jednego momentu.
Słuchajcie, pytanie z zupełnie innej strony - bo jestem tu raczej z pozycji sceptycznej, ale to mnie szczerze ciekawi. Czy ktokolwiek wie, skąd wzięła się ta wiedza? Znaczy: ktoś to napisał, ktoś to podyktował. Kim był Padmasambhawa, który jest wskazywany jako autor? I czy jest jakiekolwiek historyczne potwierdzenie, że ta księga pochodzi z ósmego wieku, jak się twierdzi, czy to raczej późniejszy wytwór?
Okej, ale to mi się w głowie nie mieści - zakopany tekst, który czeka. To brzmi jak wymówka na każdą wygodną 'starożytność'. Nie podważam wartości tej księgi, ale skąd wiara, że to jest autentyczny opis świata po śmierci, a nie po prostu filozofia pewnego mnicha z XIV wieku?
A wracając do tego, co mówiła Rusalka o całym życiu jako przygotowaniu - czy to znaczy, że według tej tradycji osoba, która nigdy nie słyszała o tybetańskim buddyzmie, jest po prostu skazana na kolejne wcielenie bez możliwości wyzwolenia? To trochę niesprawiedliwe, nie?
To jest naprawdę ciekawe zestawienie i warto je rozwinąć. Bodhisattwa składa przysięgę Bodhicittę - zobowiązuje się nie wchodzić w ostateczne wyzwolenie, dopóki wszystkie czujące istoty nie osiągną oświecenia. To jest decyzja motywowana współczuciem, ale nie wynika z grzechu pierworodnego ani z konieczności zadośćuczynienia. Chrześcijańskie zbawienie ma zupełnie inną strukturę: jest jednorazową, historyczną ofiarą, która zmienia status ontologiczny człowieka wobec Boga. Bodhisattwa nie 'zbawia' przez ofiarę - raczej towarzyszy, naucza, usuwa przeszkody. To różnica między modelem okupu a modelem przewodnika.
Hej, czytam to od początku i mam trochę mętlik 🙂 ale próbuję rozumieć. Więc Bodhisattwa wraca z własnej woli i nikomu nic nie 'daje' - tylko pokazuje drogę? A w chrześcijaństwie Jezus daje coś konkretnego - zbawienie, które bez niego byłoby niemożliwe? Pytam bo chcę dobrze rozumieć różnicę, bo to ważne i wcześniej tego nie rozróżniałam. Czy ktoś mógłby to jakoś prościej podsumować? I jeszcze pytanie czy w hinduiźmie jest coś podobnego do bodhisattwy bo też miałam chyba gdzieś czytac o awatarach?
Przepraszam że wchodzę ale właśnie to mi nie dawało spokoju! Czyli jeśli Dalajlama umrze, to gdzieś rodzi się dziecko i to to samo dziecko, tylko w nowym ciele? I to dziecko 'pamięta' że było Dalajlamą?? To jest tak niesamowite. Ale czy ono pamięta też czego doświadczyło w bardo? Albo ile razy już się wcielało?
A skoro mowa o czytaniu przy umierającym - ktoś ma pojęcie, czy to się nadal praktykuje? Mam na myśli dosłownie: czy ktoś w Tybecie lub w diasporze siada przy łożu śmierci i recytuje Bardo Thödol? Pytam, bo to zmienia zupełnie sposób rozumienia tej księgi. To nie jest tekst do czytania w fotelu - to jest instrukcja obsługi do użycia na żywo.
Właśnie to mi zawsze wydawało się najpiękniejsze w tej tradycji. To jest chyba jedyna tradycja, którą znam, gdzie tekst sakralny jest czytany nie dla żywych ale dla umarłego. Zresztą sam tytuł to po tybetańsku mniej więcej 'wyzwolenie przez słyszenie w stanie pomiędzy' - Thödol to właśnie 'wyzwolenie przez słyszenie'. Więc dźwięk i słowo mają tutaj rolę kluczową, nie tylko przekaz intelektualny.
Wróćmy na chwilę do wątku, który zaczął Sylwester, bo on jest według mnie centralny dla tematu. Czy Bardo Thödol jest przewodnikiem czy wizją realnego świata? I właśnie ta kwestia czytania przy umierającym pokazuje, że sami twórcy tej tradycji nie oddzielali tych dwóch rzeczy. To jest jednocześnie mapa i instrukcja. Dla nich to nie był wybór.
Okej, ale tu jest problem który mnie nurtuje. Jeśli to jest 'instrukcja obsługi do użycia na żywo' jak powiedziała Rusalka - to jak sprawdzić, czy instrukcja działa? Osoba umarła nie wróci i nie powie 'tak, rozpoznałam światłość, dzięki za pomoc'. Z zewnątrz ta praktyka i czysto symboliczne pożegnanie wyglądają identycznie. Co odróżnia skuteczne czytanie od nieskutecznego?
O! to porównanie z różańcem za dusze jest super. Bo ja jestem z katolickiej rodziny i nikt nigdy nie pytał czy to 'działa' - po prostu się robiło. Więc może pytanie Swietowita jest trochę niesprawiedliwe wobec Tybetańczyków? Ale teraz mam inne pytanie - skoro bodhisattwa wraca żeby pomagać to czy Awalokiteśwara też przechodzi przez bardo? Czy on jest jakoś poza tym procesem?
Więc żeby się upewnić że dobrze rozumiem: według tej nauki każdy przez to przechodzi, ale większość tego nie ogarnia i ląduje z powrotem w samsarze przez coś w rodzaju paniki? To brzmi bardzo... ludzko. Prawie jak opis doświadczenia psychologicznego, nie metafizycznego. Czy są takie interpretacje tej księgi?
To nawiązanie do Grofa jest interesujące, ale uważam, że trochę zmienia nam problem. Bo jeśli Bardo Thödol to mapa stanów świadomości, to staje się czymś psychologicznym i traci wymiar metafizyczny. A chyba nie o to chodzi w tej tradycji? Kianitka82, jak to jest traktowane w samym tybetańskim buddyzmie - czy ta interpretacja psychologiczna jest akceptowana, czy odrzucana?
To co Kianitka82 powiedziała o Trungpie jest ważne, bo on sam był tybetańskim tulku i mimo to zachęcał do interpretacji psychologicznych. Więc to nie jest tak, że psychologizowanie to zachodnie nadużycie - część tradycji sama otwarła tę furtkę. Ale mam wrażenie, że my teraz trochę gubimy sedno. Bo Kunegunda80 pyta o spłycanie, ale czy nie jest tak, że te dwa poziomy - metafizyczny i psychologiczny - po prostu się nie wykluczają w tej tradycji?
To zmienia dla mnie całkowicie perspektywę na tę księgę. Bo jeśli bardo jest też stanem snu i medytacji, to ona nie jest tylko o śmierci - jest o każdym momencie, kiedy świadomość jest między jednym a drugim stanem. To jest jakby mapa przejść. Czy dobrze to rozumiem?
To pytanie jest sercem tej tradycji i odpowiedź jest niejednoznaczna - celowo. Tekst mówi wprost: 'rozpoznaj je jako projekcje własnego umysłu.' Ale jednocześnie obdarza je imionami, kolorami, atrybutami, hierarchiami. Więc są jednocześnie realne i są projekcjami. W buddyzmie tybetańskim 'projekcja umysłu' nie znaczy 'nieprawdziwa' - bo pytanie brzmi wtedy: a co nie jest projekcją umysłu?
To mnie zaskakuje, bo myślałam, że te bóstwa - Herucy, Dakinie i cały ten panteon - są postrzegane jako realne istoty, do których można się modlić. A tu wychodzi, że są... własnym umysłem? To trochę burzy mój obraz. Jak wyznawcy to praktycznie godzą? Czy są jacyś, którzy traktują te bóstwa dosłownie?
To porównanie z katolicyzmem jest trafne. Bo w tradycji zachodniej też mamy to samo napięcie - czy Maryja to symbol czy realna pośredniczka? I ludzie żyją z obydwoma odpowiedziami jednocześnie. Może to jest bardziej ogólnoludzki mechanizm religijny niż specyfika tybetańska?
ale z powrotem chce zapytać o to co mnie nie dawalo spokoju od początku - w tytule tematu jest pytanie czy to przewodnik czy wizja realnego świata. I teraz po tym wszystkim co czytam mam wrażenie że to jest źle postawione pytanie. Tak jak Mikolajek mówił. Ale czy ktoś ma jakieś swoje osobiste zdanie? Bo filozofia jest spoko ale ciekawe co wy sami uważacie 🙂
Ja mam zdanie i może kogoś zaskoczy bo zazwyczaj jestem sceptyczny. Po tej dyskusji myślę, że Bardo Thödol jest czymś w rodzaju precyzyjnej mapy stanów świadomości - i nie wiem, czy ta mapa 'istnieje obiektywnie' czy nie, ale jest niesamowicie spójna wewnętrznie. Bardziej spójna niż niejeden system zachodni. To mnie nie nawraca, ale zmusza do szacunku.
Podoba mi się ta odpowiedź Swietowita. Bo szacunek dla spójności systemu to uczciwa postawa bez konieczności wiary. Ja sama mam mieszane odczucia - czytałam fragmenty i coś mnie w tym porusza, szczególnie ta narracja w drugiej osobie, to 'o szlachetnie urodzony'. Jest w tym ogromna czułość wobec osoby która umiera. I zastanawiam się, czy ta czułość nie jest sama w sobie argumentem za tym, że ktoś kto tworzył ten tekst wiedział coś o tamtym doświadczeniu.
Czytam ten wątek od początku i dopiero teraz zabieram głos, bo jedno zdanie Rusalki mnie zatrzymało. Ta czułość wobec umierającego - to dla mnie jest coś bardzo ważnego. Bo większość religii uczy jak żyć, a tutaj jest religia która uczy jak umierać. Czy są inne tradycje które mają podobny tekst czytany przy umierającym? Nie instrukcję moralną ale dosłownie towarzyszenie w przejściu?
