To jest przerażające i spójne jednocześnie. Czy jest w jainizmie coś, co można by porównać do spowiedzi albo oczyszczenia po takim upadku? Jakiś mechanizm, który pozwala zacząć od nowa - albo przynajmniej zatrzymać dalsze spadanie?
Jest pratikramana - rytualne wycofanie się, przyznanie do błędu i odnowienie postanowień. Praktykuje się ją regularnie, nie tylko po upadku, ale właśnie dlatego, żeby nie dopuścić do akumulacji. To bliżej rachunku sumienia niż spowiedzi, bo nie ma rozgrzeszenia z zewnątrz - jest tylko twoje własne zobowiązanie. Mnisi robią to dwa razy dziennie, świeccy raz na jakiś czas.
Ta pratikramana brzmi naprawdę ciekawie - czy ona jest praktykowana codziennie, czy tylko w szczególnych momentach? Bo jeśli to regularna praktyka, to mam wrażenie, że to jest coś więcej niż tylko 'rachunek sumienia'. To bardziej jak stałe monitorowanie stanu karmy, prawda?
To jest naprawde dobra metafora z tą łódką. Ale mam pytanie - ten tapas, asceza - to nie jest tylko głodzenie się prawda? Czytałem gdzies że jest wiele rodzajów ascezy w jainizmie, cielesne i umysłowe. Czy ktoś wie jak to sie dzieli?
Właśnie ta kwestia intencji mnie najbardziej zastanawia przy jainizmie. Bo w wielu systemach karmy mówi się, że intencja jest kluczowa - coś złego zrobionego przypadkowo waży mniej niż coś złego z premedytacją. Ale w jainizmie, skoro karma jest materią, która przyciąga się przez sam kontakt z działaniem - czy intencja naprawdę coś zmienia, czy tylko trochę modyfikuje rodzaj przyciągniętej karmy?
Uważam, że porównania do czakr są tu trochę ryzykowne. Jainizm ma swoją własną precyzyjną terminologię i anatomię duchową, i wkładanie jej w ramy innego systemu może zamazać to, co w nim specyficzne. Ale sama pytanie o 'utknięcie' jest ciekawe - czy w jainijskich tekstach są opisy kogoś, kto spędził wiele wcieleń na tym samym etapie gunasthana?
Ale chwila - jeśli wszyscy możemy być w takim nieskończonym cyklu utknięcia, to skąd w ogóle bierze się pewność, że ten system działa? Znaczy, skąd wiadomo że ktokolwiek rzeczywiście osiągnął Mokszę, a nie po prostu uznano, że osiągnął i tyle?
To jest pytanie, które wraca w każdej tradycji soteriologicznej. W jainizmie tirthankarowie są właśnie tym dowodem - istoty, które ukończyły drogę i których realizacja jest opisana tak szczegółowo, że stanowi instrukcję dla innych. Ale masz rację, że to jest kwestia wiary - albo ufasz przekazowi, albo nie. Tak samo jak w buddhizmie Budda jest dowodem, że nirwana jest możliwa.
To tłumaczy coś, co zawsze mnie zastanawiało przy jainizmie - jak to możliwe, że jest to system głęboko duchowy, a jednocześnie bez boga-stwórcy i bez boskiej pomocy. Tutaj wszystko jest na własnych plecach, bez żadnej siatki bezpieczeństwa z góry. Trochę jak buddyzm, ale nawet bardziej radykalny, bo buddyzm ma przynajmniej bodhisattwów, którzy aktywnie pomagają.
Ale czy jest w jainizmie coś, co można porównać do wspólnoty - jakiś element, który sprawia że tej drogi nie przechodzisz zupełnie sam? Bo mnisi i świeccy chyba tworzą jakąś strukturę wsparcia, nie?
Ta czwórgłowa sangha to nie jest tylko teoria - w praktyce świeccy jainowie rzeczywiście organizują życie wokół klasztoru i mnichów. Ci drudzy nie gotują, nie kupują, nie przechowują jedzenia - wszystko zależy od ofiarności świeckich. Więc ta współzależność jest dosłowna i codzienna. Ale mam pytanie do tych, którzy znają inne systemy monastyczne - czy gdzieś jeszcze jest aż taka wzajemna zależność między laikatem a mniszkami?
Czekajcie - mnich digambara nie nosi w ogole ubrania, tak? I kobiety nie moga byc mniszkami w tej tradycji bo nie moga chodzic nago? Trochę to niesprawiedliwe wygląda. Czy to oznacza ze kobiety mają w tej szkole niższy status duchowy?
To naprawdę dziwne, że jedna tradycja w obrębie tej samej religii może mieć tak fundamentalnie inny pogląd na to, kto jest zdolny do wyzwolenia. Czy w jainizmie jest jakaś wyższa instancja, która mogłaby to rozstrzygnąć, czy po prostu obie szkoły funkcjonują z tym sporem od wieków?
Słucham tego i zastanawiam się - ten brak centralnej władzy to w praktyce atut czy słabość? Bo z jednej strony każda wspólnota może rozwijać się organicznie, z drugiej taki spór o coś tak fundamentalnego jak dostępność wyzwolenia dla połowy ludzkości musi jakoś wpływać na codzienną praktykę. Jak świeckie kobiety w tradycji digambara to przeżywają?
Mam wrażenie, że to pytanie można rozszerzyć - bo w jainizmie ten brak hierarchicznej instancji rozstrzygającej dogmaty idzie w parze z doktryną anekantavady, czyli zasadą wielu aspektów prawdy. Z tej perspektywy sprzeczność między śwetambarami a digambarami może być traktowana jako dwie częściowe prawdy, nie jako błąd jednej ze stron. Tylko że to trochę za łatwe wyjście z realnego konfliktu, nie?
Dobra, może jestem zbyt praktyczny, ale zaczynam się gubić w tej filozofii. Jainizm w teorii brzmi jak jeden z najbardziej spójnych systemów duchowych - karma jako materia, precyzyjne etapy, brak łaski bożej. Ale jak wyglada to dla przeciętnego wyznawcy? Znaczy, zwykły jainowski kupiec w Gujaracie - co on robi na co dzień, żeby to wszystko miało sens w jego życiu?
Świecki jainista zaczyna dzień od modlitwy, odwiedzin świątyni, puja - ale tu jest ciekawe rozróżnienie: digambarowie nie składają ofiar z jedzenia, bo tirthankar nie może ich przyjąć. Robią abhishekę, polewanie figury wodą i mlekiem, ale bardziej jako kontemplację niż ofiarę transakcyjną. A co do diety - nie tylko wegetarianizm, ale często unikanie korzeni, bo wykopanie marchwi zabija całą roślinę. Wieczorem nic nie jedzą, żeby nie połknąć przypadkowo owadów latających po zmroku.
No właśnie, i to jest chyba jedna z przyczyn, że jainowie historycznie skupili się w handlu i finansach - zawody, w których nie musisz orać ziemi ani zabijać zwierząt. Ale czy ta izolacja nie jest przypadkiem zamierzona? Znaczy, czy jainizm nie zakłada że masz żyć trochę z boku, żeby chronić swoją karmę?
To jest dobre spostrzeżenie. Ta historia jainów w handlu to nie przypadek - rolnictwo jest niekompatybilne z ahimsą w jej jainijskiej wersji, więc całe grupy zawodowe były od wieków wykluczone. To ukształtowało społecznie odrębną i często bardzo zamożną kastę kupiecką. Ale wracając do pytania o izolację - czy ta separateness jest problemem, czy elementem tożsamości, który jainowie sami cenią?
Mam wrażenie, że na tym polega ten paradoks jainizmu, który mnie w nim od początku tego wątku najbardziej uderza - to jest religia, która stawia indywidualne wyzwolenie absolutnie ponad wszystkim, a jednocześnie wytworzyła bardzo spójne i rozpoznawalne wspólnoty. Ścieżka jest samotna, ale otoczenie jest gęsto utkane. To trochę jak w mistyzmie żydowskim - kabałę studiujesz sam, ale bez Tory i wspólnoty jesteś nikim.
To zestawienie z kabałą jest trafne, choć z odwrotnym wektorem - w kabale wspólnota i tekst są drabinką do doświadczenia mistycznego, a w jainizmie indywidualna dyscyplina jest fundamentem, a wspólnota jest raczej infrastrukturą. Ale to mnie prowadzi do pytania, które chciałam zadać od dawna - czy jainizm zna coś takiego jak duchowe doświadczenie przełomowe, jakiś moment łaski albo iluminacji, który zmienia człowieka nieodwracalnie, czy to jest wyłącznie kumulatywna praca bez nagłych skoków?
To nie jest problem specyficzny dla jainizmu - w zasadzie każda tradycja bez hierarchii instytucjonalnej boryka się z tym samym. W zen autorytet roshi też jest w teorii oparty na potwierdzeniu oświecenia przez poprzedniego mistrza, a w praktyce bywało różnie. Jainizm ma przynajmniej tę zaletę, że kryteria są dość zoperacjonalizowane - ile ślubów, jakie ograniczenia, jak długa praktyka.
Hej, trochę się tu zgubiłem - wrócę do czegoś wcześniejszego. Mówiłiscie o tym że jainowie historycznie weszli w handel bo rolnictwo to zabijanie. Ale przecież handel tez moze byc zwiazany z krzywdą? Znaczy handlowac mozna wszystkim. Czy jainowie maja jakies ograniczenia co do tego czym handluja?
No dobra, ale to znaczy, ze jain moze byc milionerem i to jest ok z punktu widzenia tej religii? Jakos mi to nie pasuje do tego obrazu skrajnego wyrzeczenia, o którym tu mówimy od początku wątku.
To napięcie między ascezą mniszą a świeckim sukcesem jest może najciekawszym paradoksem jainizmu. Są na to konkretne odpowiedzi w doktrynie - świecki jainista dąży do ograniczenia karmy przez etykę i hojność, nie przez pełną renuncjację. Datki na utrzymanie mnichów, fundowanie świątyń, wspieranie wspólnoty - to wszystko jest ścieżką dla laika. Bogactwo samo w sobie nie jest złe, jeśli jest zdobywane bez przemocy i rozdzielane z nieprzywiązaniem.
To trochę jak w protestantyzmie, gdzie sukces ekonomiczny był odczytywany jako znak wybrania, prawda? Tylko odwrócona logika - tu bogactwo jest neutralne moralnie, a ważne jest jak się je zdobywa i co się z nim robi. Czy dobrze rozumiem?
Wracając do tego, co pytałam wcześniej o rolę mistrza - czy w jainizmie istnieje coś analogicznego do darbang w sufizmie albo transmission w zen? Chodzi mi o ten moment, kiedy coś jest przekazywane bezpośrednio od osoby do osoby, co wykracza poza naukę.
