To mnie skłania do pytania, które chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu - skoro w jainizmie nie ma boga, nie ma łaski, nie ma przekazu mistrza, to co napędza wyznawcę? W tradycjach bhakti jest miłość do bóstwa, w sufizmie jest ishq, w chrześcijaństwie jest relacja z osobowym Bogiem. Jainizm to wszystko odrzuca. Co daje energię do tej niezwykle trudnej praktyki?
To jest może trochę naiwne pytanie, ale szczerze mówiąc zadawałam je sobie od początku czytania tego wątku. Bo asceza bez nadziei na nagrodę, bez miłości do bóstwa, bez wspólnoty modlitewnej w tradycyjnym sensie - to brzmi jak bardzo sucha droga. Czy może właśnie ta dyscyplina intelektualna, ta precyzja doktryny jest tym, co przyciąga?
Zastanawiam się, czy to nie jest po prostu inna architektura motywacji. W tradycjach z osobowym bogiem masz relację - coś dającego ciepło, ale też uzależnienie. W jainizmie masz autonomię i odpowiedzialność, co może być zarówno ciężarem jak i źródłem głębokiej satysfakcji. Komuś, kto nie szuka relacji z bytem wyższym, ale chce po prostu czyścić się systematycznie - taka droga może odpowiadać bardziej.
No ja mam to samo pytanie co Madzialena. Buddyzm tez technicznie nie ma boga stwórcy i nikomu to nie przeszkadza zeby go nazywac religia. Moze to jest wlasnie ta kategoria - religie bez boga?
I tu dochodzimy do czegoś, co uważam za najbardziej niedoceniony aspekt jainizmu - kosmologia. Jainowie mają bardzo szczegółowy model wszechświata, kompletnie niezależny od boga stwórcy. Kosmos jest wieczny, nieskończony, istnieje sam z siebie. Czas jest cykliczny - wielkie cykle kosmiczne, w których liczba i doskonałość tirthankarów wzrasta i maleje. To jest autonomiczna metafizyka, która nie potrzebuje boga do funkcjonowania.
Ale to mnie prowadzi do pytania praktycznego - jak jainijski mnich czy zaawansowany laik doświadcza tej karmy na co dzień? Znaczy, czy to jest coś, co się odczuwa, jak jakiś ciężar emocjonalny albo fizyczny, czy to czysto doktrynalna kategoria, w którą się wierzy intelektualnie?
Ale jeśli karma jest dosłownie materią, to czy jainowie mają jakieś wyobrażenie o tym, jak ona wygląda? Jak ją sobie wizualizują? Bo to brzmi prawie jak coś z fizyki kwantowej, tylko w religijnym opakowaniu.
Kolory duszy - to jest coś, co zupełnie mnie zaskoczyło. Czy to ma jakieś przełożenie na rytuał albo na praktykę? Znaczy, czy mnich pracuje nad tym, żeby zmieniać kolor swojej duszy?
No dobra, tu muszę się wtrącić - sallekhana to jest legalnie uznana forma samobójstwa? Bo w Indiach chyba był jakiś spór prawny o to.
To jest dla mnie trudne do przyjęcia emocjonalnie, nawet jeśli rozumiem logikę. Czy w takim razie jest jakaś forma towarzyszenia umierającemu? Czy gmina jest przy tym obecna?
To zmienia trochę obraz, który miałam. Bo kiedy słyszę 'głodzenie się na śmierć', wyobrażam sobie coś bardzo zimnego i samotnego. A jeśli jest tam wspólnota, hymny, obecność - to zaczyna brzmieć bardziej jak świadome przejście niż jak kara.
Dobra, ale czy to nie jest jednak dostepne tylko dla mnichow? Bo laik raczej nie bedzie tak umieral, co? Czy zwykli wierzacy jainowie maja jakas alternatywna forme tej praktyki albo jakis rownowazny cel?
A czy jest jakiś punkt, od którego nie ma odwrotu? Znaczy, czy ktoś kto zaczął sallekhana może się rozmyślić, czy to jest już decyzja nieodwracalna?
To bardzo dobre pytanie i zastanawiam się, czy tutaj nie ma napięcia między ideałem a rzeczywistością ludzką. Bo doktryna mówi jedno, ale człowiek w połowie drogi może poczuć coś zupełnie innego. Czy tradycja to uwzględnia?
To jest właśnie to napięcie, które mnie w jainizmie najbardziej ciekawi - między doktryną a ludzką psychiką. Bo jeśli ktoś wchodzi w sallekhana, to zakładam, że jest to decyzja po długich latach praktyki i refleksji, a nie impulsywna. Ale pytanie Kornelki jest słuszne - czy tradycja w ogóle przewiduje możliwość wycofania się?
Muszę tu wejść z pewnym zastrzeżeniem - w tradycji digambara i śwetambara podejście do sallekhana jest trochę inne, i myślę, że mieszanie ich razem może prowadzić do nieporozumień. Digambara są znacznie bardziej rygorystyczni w całej ascetycznej ścieżce, więc domyślam się, że i tutaj oczekiwania gminy mogą być inne niż w śwetambarze.
Mam to zanotowane właśnie jako jeden z kluczowych podziałów - czy ktoś może powiedzieć, co konkretnie różni te dwie szkoły jeśli chodzi o samą ascezę? Bo widzę, że Digambara to ci, którzy odrzucają ubranie, ale czy to tylko symbol czy jest za tym głębsza filozofia?
Czy oni naprawde chodza bez ubran? Mowie o mnichach, nie o laikach. Bo to brzmi dosyc skrajnie nawet jak na asceze.
Słucham tej rozmowy i ciągle mam wrażenie, że jainizm operuje na zupełnie innej logice niż większość tradycji, które znam. Większość ścieżek, nawet tych surowych, ma jakiś moment łaski, wybaczenia, interwencji z zewnątrz. Tu jest czysta mechanika - działasz, generujesz karmę, płacisz cenę. Nikt ci nie pomoże. Czy to nie jest przytłaczające dla wyznawców?
To jest dokładnie pytanie, które mnie doprowadziło do tego tematu. Bo z jednej strony ta logika jest wewnętrznie spójna i uczciwa - żadnych taryfów ulgowych, żadnych cudów na zamówienie. Z drugiej strony, co daje wspólnota, skoro bóg nie istnieje i nikt nie interweniuje? Czy to nie jest straszna samotność doktrynalna?
To dobre pytanie i myślę, że odpowiedź leży w tirthankarach - wyzwolonych duszach, które osiągnęły mokszę. Nie interweniują, ale są wzorem. Modlitwa do nich to nie prośba o pomoc, ale forma koncentracji i inspiracji. Trochę jak medytacja nad ideałem, który jest osiągalny, bo ktoś już tam był.
Ale czy ludzie naprawdę modlą się do kogoś, od kogo wiedzą, że nie dostaną odpowiedzi? Bo to wymaga chyba zupełnie innego rozumienia modlitwy niż to, do czego jestem przyzwyczajona.
To mi bardzo przypomina to, co słyszałam o buddyzmie tybetańskim - teoria jest czysta, przebudzona świadomość nie działa przez łaskę, ale w praktyce ludzie modlą się do Padmasambhawy jak do bóstwa. Czy jest jakaś nazwa dla tego zjawiska, kiedy popularna praktyka idzie inaczej niż filozofia?
Wróćcie na chwilę do tej ascezy - bo czytam i zastanawiam się, czy jest jakiś etap w życiu zwykłego jainijskiego człowieka, który jest wymagający, ale nie od razu tak radykalny jak dla mnichów. Bo to co opisujecie brzmi jak coś dla nielicznych.
Szafranka wspominała wcześniej o dwunastu pratimach, ale może warto rozwinąć - bo to jest właśnie odpowiedź na to pytanie. Ścieżka laika jest etapowa i zaczyna się od rzeczy, które naprawdę są możliwe dla kogoś z normalnym życiem - ograniczanie przemocy, dieta, posty. To nie jest od razu mnich bez ubrania.
Właśnie - pratima to jest ten brakujący element, który sprawia, że jainizm nie jest tylko religią dla mnichów. Dwanaście pratim to etapy ślubów laika, i pierwsza z nich to po prostu akceptacja doktryny - samo powiedzenie: wierzę w ahimsa, wierzę w karmę, wierzę w mokszę. Nic spektakularnego. Potem przychodzi ograniczenie miejsc, do których się chodzi, ograniczenie zawodów, które wolno wykonywać, post w wybrane dni. Dopiero pod koniec tej drabiny jest rezygnacja z życia domowego. Więc nie, to nie jest od razu skok na głęboką wodę.
Czyli rozumiem, że ktoś może być jainistą przez całe życie i nigdy nie dotrzeć do tych ostatnich etapów? I to jest okay w tej tradycji?
