Przeczytałam cały ten wątek i mam jedno pytanie, które gdzieś między wierszami się pojawia, ale nie zostało wprost zadane - czy ahimsa w jainizmie dotyczy też słów i myśli, czy tylko działań fizycznych? Bo jeśli dotyczy też mowy i myślenia, to ta praktika i ważenie słów, o których Wiciokrzew77 pisała, mają zupełnie inne znaczenie.
To znaczy, że właściwie nie można uczestniczyć w normalnym życiu społecznym bez stałego zbierania karmy? Bo przecież każda rozmowa może gdzieś dotknąć kogoś, albo zgodzić się na coś, co jest szkodliwe. Jak jainowie to w praktyce ogarniają?
To jest właśnie jedno z najciekawszych napięć w jainizmie - jak żyć w świecie, skoro każdy kontakt z nim generuje karmę. Odpowiedź jest taka, że świeccy jainowie mają swój własny kodeks, tzw. anuvrata - czyli 'małe śluby', uproszczoną wersję wielkich ślubowań mnicha. Nie są zobowiązani do perfekcji, ale do ograniczania szkody. To taki pragmatyczny kompromis wbudowany w system.
To pytanie o efektywność 'małych ślubów' przypomina mi trochę dyskusje w buddyzmie między ścieżką arhat i boddhisattwy - gdzie też jest napięcie między ideałem zupełnego wyrzeczenia a praktycznym życiem. Czy ktoś wie, czy jainowie mają jakiś odpowiednik tej debaty wewnątrz swojej tradycji?
Ta analogia do protestantyzmu jest kusząca, ale chyba trochę upraszcza? W przypadku reformacji chodziło też o kwestie doktrynalne dotyczące zbawienia. Tu różnica wydaje się bardziej pragmatyczna - kult posągów tak, czy nie. Choć może właśnie w jainizmie to jest doktrynalna, skoro przywiązanie do zewnętrznych form samo w sobie generuje karmę?
Okej, ale czy ktokolwiek z was miał kontakt z kimś, kto praktykuje jainizm na co dzień poza Indiami? Bo cały czas mówimy o doktrynie, a mnie ciekawi jak to wygląda gdy jainowie żyją np. w Europie. Czy to w ogóle jest możliwe bez tej całej infrastruktury - świątyń, mnichów, wspólnoty?
W Polsce chyba nie ma zorganizowanej gminy jainijskiej, ale w Londynie, Nairobi, Nowym Jorku - tam są duże wspólnoty i świątynie. Diaspora gudżarańska zabrała ze sobą tę tradycję. Ciekawe jak funkcjonują ślubowania ahimsy w mieście zachodnim - np. zawodowo, gdy ktoś musi podpisać kontrakt dla firmy zbrojeniowej albo pracuje w banku finansującym coś kontrowersyjnego.
To jest coś, co mnie bardzo ciekawi - czy jainowie mają jakieś wypracowane stanowisko wobec nowoczesnych dylematów etycznych? Czy jest coś jak 'rada starszych' albo autorytet, który interpretuje ahimsę w kontekście np. technologii, konsumpcji, internetu?
To chyba też tłumaczy dlaczego jainizm nie stał się religią misyjną - bez centralnej struktury i bez nacisku na nawracanie trudno się rozszerzać. A czy ktoś wie, czy są jacyś nieindyjscy jainowie? Czy konwersja w ogóle jest możliwa, czy to jest religia etnicznie zamknięta jak np. zaratustrianizm?
Wracając trochę do tego, co Madzialena pytała o codzienność - zastanawiam się, czy ta cała struktura karmy i ahimsy nie generuje u praktykujących czegoś w rodzaju chronicznego poczucia winy? W chrześcijaństwie mamy sakrament pokuty, w buddyzmie metta i współczucie dla siebie, a w jainizmie co? Czy jest jakaś forma psychologicznego uwolnienia od nagromadzonej karmy?
Pratikrama brzmi jak coś naprawdę ważnego w tej tradycji i jest to pierwszy element jainizmu, który faktycznie mi coś 'mówi' emocjonalnie. Czyli codziennie wracasz do początku z czystą kartą? Czy to bardziej formalne, czy można to robić samemu, w ciszy?
Dobra, ale wracając do jainizmu - bo chyba trochę odpłynęliśmy - to mnie ciekawi jedna rzecz. Mówicie o tym pratikramanie, o ahimsie, o ślubowaniach. Ale co w praktyce dzieje się z jainami, którzy łamią te ślubowania? Czy jest jakaś ekskomunika, wykluczenie ze wspólnoty? Bo w chrześcijaństwie masz przynajmniej jasne zasady.
To mi jakoś bardziej pasuje niż proszenie o cuda. Czyli posąg jest lustrem, nie telefonem do boga?
Właśnie myślę o tym, jak bardzo ta wewnętrzna debata w jainizmie przypomina ikonoklazm w chrześcijaństwie. Ten sam podstawowy dylemat - czy obraz pomaga czy przeszkadza? A jainowie mają go wbudowany w strukturę swoich własnych sekt.
I to bez jednego soboru, który by to rozstrzygnął, bo jak Szafranka mówiła - nie ma centralnej instancji. Ciekawi mnie jednak inna kwestia - wrócę do pytania Madzialeny sprzed chwili. Czy w jainizmie jest coś, co można by nazwać łaską? Jakiś analogon, może na poziomie karmicznym? Czy to jest czysto mechaniczny system bez żadnego elementu osobowego?
Czysto mechaniczny, i to jest fundamentalna różnica wobec bhakti w hinduizmie czy chrześcijańskiej łaski. Karma w jainizmie to nie jest abstrakcja - to dosłownie subtelna materia, która przylega do duszy. Wyzwolenie to fizyczne oczyszczenie tej materii przez prawilne działanie i tapas. Nie ma tu miejsca na łaskę z zewnątrz.
Karma jako fizyczna materia? Serio? Nie przenośnia tylko dosłownie jakies cząsteczki albo coś?
Brzmi jakby wymyślili to zanim ktokolwiek słyszał o kwantach. Ale żeby nie być złośliwym - to jest chyba bardziej spójne wewnętrznie niż wiele innych systemów, gdzie karma to dosyć mglisty koncept.
Właśnie o to chodzi, że jainizm jest niebywale precyzyjny w swoich założeniach. Ale wracam do wątku o diasporze, który Seba59 podniósł wcześniej. Znam osobę z rodziny gudżarańskiej mieszkającą we Włoszech i ona mówiła mi, że jainizm diasporowy staje się coraz bardziej rytuałem tożsamościowym - uczysz się hymnów po dżindżarsku, chodzisz na spotkania, ale ta karmiczna precyzja schodzi na drugi plan. Czy to nie jest jakaś forma zaniku?
Czy to jest zanik, czy po prostu adaptacja? Bo chrześcijaństwo też adaptowało się przez wieki i zmieniało akcenty bez zmiany formalnego kanonu. Może w diasporze jainizm pełni podobną funkcję do tego, jaką pełniły shuls w Europie Środkowej dla Żydów - nie zawsze o teologię chodziło, bardziej o spójność grupy?
Ale czy sami jainowie widzą to jako problem? Czy są jakieś głosy wewnątrz tradycji, które mówią - uwaga, tracimy istotę?
Dobra, ale wróćmy chwilę do tej karmy jako materii - bo mi to chodzi po głowie. Jeśli to dosłownie substancja, to czy jainowie mają jakiś opis tego, jak ona wygląda? Jak ją sobie wyobrażali? Bo to jest naprawdę niesamowite, że ktoś dwa i pół tysiąca lat temu wpadł na coś tak... materialnego.
To mi mocno przypomina strukturę czakr - każda odpowiada za inny obszar, każda ma inny rodzaj blokady. Czy ktoś wie, czy te systemy się gdzieś historycznie stykały? Bo jainizm i hinduizm rozwijały się w podobnym czasie i miejscu.
To jest ten sam problem, który mamy przy porównywaniu astrologii hellenistycznej z indyjską - granica między wspólnym źródłem a niezależnym rozwojem jest naprawdę trudna do ustalenia. Mam wrażenie, że w przypadku systemów z subkontynentu indyjskiego historycy religii od dekad się o to spierają.
Ale właśnie wracając do głównego pytania tego wątku - czy ta cała architektura karmy jako materii, osiem jej typów, precyzyjne zasady ahimsy - to wszystko ma sens tylko jeśli cel jest absolutny. Czyli Moksza. Czy jainizm w ogóle dopuszcza jakieś 'etapy pośrednie', coś jak czyściec albo lepsze wcielenie zamiast wyzwolenia? Czy to jest gra all-or-nothing?
Słucham tego i zastanawiam się, czy takie spory wewnętrzne nie osłabiają religii. Bo z zewnątrz wygląda to jak dwie religie z jedną nazwą. Albo dwie wersje tej samej książki, gdzie każda strona twierdzi, że ta druga jest fałszywa.
Wracam do tych gunasthana, bo mnie to zatrzymało. Jeśli jest czternaście etapów i można się cofać - to jak wygląda ten regres? Czy złe działanie cofa cię o jeden stopień, czy to może być nagły upadek? Pytam, bo to trochę zmienia obraz tej drogi - nie jest ona prosta w górę.
