Ostatnio czytałam sporo o religiach indyjskich i trafiłam na opis jainizmu, który dosłownie mnie zaskoczył. Wiemy o buddyzmie, o hinduizmie, ale o jainach mówi się u nas bardzo mało, a to tradycja o naprawdę ekstremalnym podejściu do życia. Mnisi digambarowie - jedna z dwóch głównych gałęzi - chodzą dosłownie nadzy, bo ubranie to też forma posiadania. Są sekty, gdzie mnisi wyrywają sobie włosy zamiast je golić. I do tego ahimsa posunięta do absolutu: jedzą tylko to, co nie wymagało zabicia rośliny w całości, niektórzy zakrywają usta żeby nie połknąć przypadkowo owada. Chciałam otworzyć temat, żeby podyskutować - czy to dla was droga do wyzwolenia, czy jednak granica między ascezą a skrajnością gdzieś tu znika?
Czytałam o tym gdzieś rok temu i mnie uderzyło to, że jainizm w ogóle nie ma boga stwórcy w tradycyjnym sensie. Czyli nie modlisz się do kogoś, kto cię wysłucha, tylko właściwie dążysz do stanu czystości sam z siebie. To jakby buddyzm, ale jeszcze bardziej bez siatki bezpieczeństwa. Ale mam pytanie - czy te wszystkie surowe praktyki naprawdę są dla wszystkich wyznawców, czy tylko dla mnichów? Bo miałam wrażenie, że zwykli świeccy jainowie żyją jednak normalnie?
Mnie zawsze przy jainizmie zatrzymuje koncepcja karmy, bo ona tam działa zupełnie inaczej niż np. w hinduizmie. Karma w jainizmie to dosłownie subtelna materia, która przylega do duszy jak kurz. I właśnie dlatego asceza - bo chodzi o oczyszczenie z tej materii. To nie jest metafora, to kosmologiczny mechanizm. Czy ktoś z was trafiał na dokładniejszy opis tego, co jainowie nazywają dżiwa i adżiwa? To fundamentalne rozróżnienie dla całej tej tradycji.
Słuchajcie, a jak to się ma do praktycznych rytuałów? Bo czytałam że jainowie mają swój rytuał Sallekhana albo Santhara, czyli dobrowolny post aż do śmierci, który jest traktowany jako szczyt duchowego wyzwolenia, nie jako samobójstwo. To jest coś, co mnie naprawdę zatrzymuje. Z jednej strony rozumiem logikę: ostateczne porzucenie ciała jako wyraz nieprzywiązania. Z drugiej - jak to odróżnić od zwykłej desperacji? Czy ktoś wie, jakie warunki muszą być spełnione?
Jeśli mogę dorzucić - Sallekhana to nie jest impulsywna decyzja. Wymaga lat przygotowań, zgody guru i wspólnoty, i jest podejmowana zazwyczaj przez starszych mnichów w obliczu nieuleczalnej choroby lub bardzo podeszłego wieku. Nie chodzi o ucieczkę od życia, tylko o świadome zakończenie go bez lęku i bez przywiązania. Ale rozumiem, że z zewnątrz to jest naprawdę trudne do przyjęcia. Mnie bardziej zastanawia, że ta tradycja istnieje nieprzerwanie od co najmniej 2500 lat. To znaczy, że ta droga dla tych, którzy nią idą, najwyraźniej ma sens.
Dobra, ja rozumiem filozofię, ale nie rozumiem jednego: jainizm jest tak surowy, że praktycznie większość ludzi nigdy nie dojdzie do tych szczytów. To znaczy, że zbawienie jest dostępne tylko dla wybranych, tzn. dla mnichów? Co robią zwykli świeccy przez całe życie, skoro i tak nie osiągną wyzwolenia w tym wcieleniu?
Ja mam takie naiwne pytanie może, ale czy wśród jainów są jakieś święte miejsca, pielgrzymki? Coś takiego jak Mekka czy Waranasi? Wydaje mi się że gdzieś czytałam o górze Shatrunjaya albo o posągu Gomateshwary w Karnatace, tym gigantycznym. Czy te miejsca mają znaczenie rytualne czy raczej symboliczne?
Wciągam się w ten temat, bo mało o tym wiedziałam. Ale chcę dopytać o jedną rzecz: skoro w jainizmie nie ma boga stwórcy i nie można prosić o pomoc z zewnątrz, to komu właściwie jest poświęcona modlitwa albo cześć oddawana Tirthankarom? Czy to jest coś w stylu: ich życie jest wzorem, inspiracją, ale oni sami już dawno wyszli poza świat i nic nie mogą zrobić dla żywych?
Słuchajcie, a czy ktoś spotkał się z powiązaniami między jainijską koncepcją anekantavady, czyli zasadą wielostronności prawdy, a innymi tradycjami mistycznymi? Bo to mnie uderza: jainizm mówi, że żadne twierdzenie nie jest absolutnie prawdziwe, bo zależy od punktu widzenia. Syat - 'być może', 'z pewnej perspektywy'. To jest epistemologia, która powinna chyba interesować każdego, kto zajmuje się ezoteryką, bo większość systemów mistycznych zakłada że prawda jest wielowymiarowa.
Wracając do wątku ascezy, bo mnie cały czas to gryzie: czy surowe wyrzeczenie jainijskie jest w stanie współistnieć ze zwykłym życiem społecznym? Mam na myśli nie mnichów, tylko świeckich. Bo znam praktyki, gdzie wyrzeczenie jest wewnętrzne - nie jesz mięsa, nie krzywdzisz, ale żyjesz w świecie. A tu mam wrażenie, że ideał jest tak odległy od codzienności, że może rodzić frustrację zamiast wyzwolenia. Czy ktoś z was miał kontakt z prawdziwymi jainami albo czytał ich własne świadectwa?
Właśnie o to mi chodziło - czy ta wewnętrzna praca jest w ogóle możliwa bez zewnętrznych oznak wyrzeczenia. Bo w tradycjach, które znam, można głęboko pracować z przywiązaniem przez samą medytację albo przez rytm dnia. Jainizm zdaje się mówić, że to za mało. Że samo 'myślenie o nieprzywiązaniu' nie oczyszcza tej karmicznej materii, bo potrzebny jest fizyczny akt. Czy to dobrze rozumiem, Szafranka?
Dobra ale ja dalej nie rozumiem jak to fizycznie działa. Mnich chodzi boso, nie je po zachodzie słońca, nosi maskę - i ta karma odpada? Na jakiej zasadzie? Czy to jest coś w stylu że ciało w bólu wypala sobie tę materię, czy to bardziej chodzi o to że ćwiczysz wolę?
Tobiasz85 - myślę że obydwa mechanizmy jednocześnie. Tapas, czyli żar ascezy, dosłownie spala nagromadzoną karmę, to jedno. Ale wyrzeczenie buduje też stan nieprzywiązania, który zamyka dopływ nowej. To nie jest tylko kara ciała - to przekształcanie struktury pragnień. Albo przynajmniej tak to tłumaczą komentarze do Sutrakritangi, które czytałam.
A czy w jainizmie jest jakaś różnica między wyrzeczeniem 'z musu' a wyrzeczeniem świadomym? Bo zastanawiam się - ktoś, kto żyje w biedzie i nie je regularnie, technicznie spełnia pewne warunki ascezy, ale chyba intencja robi tu ogromną różnicę?
To jest właściwie odpowiedź na to, co mnie nurtuje od początku tego tematu - co odróżnia ascezę od masochizmu albo od zwykłej biedy. Ale mam pytanie może trochę z boku: czy w jainizmie jest coś takiego jak spowiedź albo wyznanie winy? Bo w wielu tradycjach jest ten element - uświadomić sobie, co się zrobiło, powiedzieć to na głos, i dzięki temu karma jest 'rozliczona'. Czy u jainów coś takiego istnieje?
Słuchajcie, a czy praktikramana ma jakiś efekt, który można poczuć? Bo jak to opisujecie to brzmi jak bardzo formalna i techniczna praktyka, a mnie interesuje co to faktycznie robi z człowiekiem. Czy jainowie mówią, że po tym czują się lżej, inaczej?
Wróciłam do tego co Wiciokrzew77 pisała wcześniej o Gomateshwarze i tym namaszczeniu - jak rozumiem, to jest jednak bardzo zmysłowe i piękne wydarzenie, z mlekiem i kwiatami. A jainizm jest taki surowy w codzienności. Nie ma tu jakiegoś napięcia między estetyczną stroną kultu a filozofią ascezy?
Słucham tego wątku od jakiegoś czasu i mam jedno pytanie, trochę naiwne może. Jainizm mówi, żeby nie krzywdzić żadnej istoty - ale przecież oddychanie, chodzenie, jedzenie czegokolwiek zabija mikroorganizmy. Jak mnisi digambara to godzą z praktyką? Czy to nie jest punkt, w którym zasada ahimsy staje się niemożliwa do wypełnienia?
Okej to teraz mam pojęcie dlaczego jainijscy mnisi są prawie niespotykani poza Indiami. To byłoby chyba niewykonalne np. w polskim klimacie, chodzenie boso przez rok? Ale mam inne pytanie - czy są jakieś znane osoby, nie mnisi, które wyznają jainizm i da się jakoś zobaczyć jak to wygląda w praktyce?
To jest ciekawe, że wychodzi z tego zupełnie inna twarz jainizmu niż ta ascetyczna. Mnich z miotełką kontra biznesmen fundujący szpital dla krów - i obaj są w tej samej tradycji. Czy jainizm ma jakąś wewnętrzną hierarchię wartości, która to porządkuje? Czyli czy aktywna filantropia jest 'niższym stopniem' niż asceza, czy to jest po prostu inny, ale równie ważny wymiar?
Dobra, ale skoro wcielenia są ważne - to czy jainizm wierzy w coś w stylu wybrania, do której grupy się trafi? Mam na myśli, czy jest jakiś moment, że dusza 'decyduje' że jest gotowa na mnistwo, czy to bardziej ewolucja krok po kroku?
Czternaście stopni to sporo. Czy to jest opisane gdzieś w tekstach, które można po polsku przeczytać? Bo mam wrażenie, że jainizm jest strasznie słabo obecny w polskim piśmiennictwie i ciężko cokolwiek zweryfikować.
To jest naprawdę ciekawy spór z perspektywy energetycznej. Jeśli dusza jest neutralna płciowo, to czy ciało fizyczne naprawdę ma taki wpływ na to, co dusza może osiągnąć? To trochę jak pytać, czy kobieta może mieć silniejsze pole energetyczne niż mężczyzna - odpowiedź jest raczej oczywista.
To może naiwne pytanie, ale czy są w jainizmie kobiety, które mimo tego nauczają, piszą, są autorytetami? Czy ta doktryna digambara przekłada się na realne życie wspólnoty?
Mam wrażenie, że ten wątek coraz bardziej wchodzi w teologię i scholastykę, a mało mówimy o tym co mnie na początku interesowało - czy te praktyki mają jakieś przełożenie na stan wewnętrzny, który ktoś może poczuć. Czy ktoś tu miał jakikolwiek kontakt z jainami albo z praktykami zbliżonymi do jainijskich?
Mam koleżankę, która przez jakiś czas mieszkała w Gudżaracie i miała kontakt ze społecznością jainijską. Mówiła, że uderzyła ją ta atmosfera - bardzo spokojna, bez ostrego tonu w rozmowach, jakby ludzieświadomie ważyli słowa. Nie wiem czy to praktika od tego, ale coś w ich sposobie bycia było wyraźnie inne.
To jest interesujące, bo anekdotycznie słyszałam podobne opisy o społecznościach jainijskich w Indiach - duży nacisk na łagodność mowy, aparigraha czyli nieposiadanie, i taki specyficzny spokój. Ale zastanawiam się, na ile to jest efekt praktyki, a na ile po prostu kultura konkretnej grupy społecznej.
