Czyli te kobiety, które były oskarżane o czary - nawet nie wiemy tak naprawdę, czy miały jakąś tradycję, w której same siebie rozumiały jako coś szczególnego? Może były po prostu znachorkami bez żadnej tożsamości 'czarownicy'?
To jest właśnie sedno pytania, które otwierałem na początku tego wątku. Mam wrażenie, że kategoria 'czarownica' jako tożsamość to był w dużej mierze wynalazek procesu. Przed procesem była: baba ziołowa, szeptunka, znachorka, zamawiaczka. Po procesie była: czarownica. I te dwie rzeczy nie są tym samym, nawet jeśli dotyczą tej samej osoby.
A co z 'wiedzącymi' - bo w niektórych opracowaniach słowiańskich pojawia się ten termin jako coś pozytywnego, lokalnie szanowanego. Wiedzący czy wiedzma to nie to samo co czarownica w sensie procesowym, prawda?
Ale to by znaczyło, że właściwie nie mamy żadnego dostępu do tego, co te kobiety naprawdę robiły i w co wierzyły? Wszystko jest przefiltrowane przez kogoś, kto patrzył na to jako na herezję.
A jak to jest z tymi zamawianiami, o których Arnold pisał wcześniej? Czy ktoś je faktycznie praktykuje dzisiaj, czy to tylko materiał archiwalny dla badaczy?
A jak w ogóle rozróżnić autentyczny ślad dawnej praktyki od czegoś, co ktoś dopisał bo tak pięknie brzmiało? Pytam serio, bo czytałem kilka tekstów zamawiań i część brzmi archaicznie, część trochę za gładko.
To jeszcze bardziej komplikuje pytanie tytułowe - bo jeśli nie wiemy co było 'prawdziwą' tradycją, to jak możemy ocenić co było 'demonizacją'? Może demonizacja była tak skuteczna, że oryginał jest po prostu nie do odtworzenia.
Czekaj, ale to jakby powiedzieć, że nie ważne skąd coś pochodzi, ważne że działa. Trochę tak jak z placebo, nie? Bo to też 'działa', tylko niekoniecznie z powodów, które myślimy.
I tu się robi ciekawie, bo właśnie o to chodzi w tym temacie - czy to co te kobiety robiły miało swoją własną logikę, swój własny system sensu, który istniał zanim kościół powiedział że to jest diabelskie. Mam wrażenie, że przez cały ten wątek kręcimy się wokół tego pytania.
Dodam jeszcze że Malleus sam w sobie był produktem bardzo specyficznego środowiska - dominikańskiej scholastyki, teologii demonologicznej, która akurat wtedy kwitła. To nie był opis rzeczywistości, to był system klasyfikacyjny narzucony na rzeczywistość. Pytanie do Arnolda - czy w polskich procesach widać opór wobec tej siatki, czy lokalni sędziowie przejmowali ją bezrefleksyjnie?
Ale czy to znaczy, że te wcześniejsze procesy były 'bliżej prawdy' o tym, czym były te praktyki? Tzn. że zanim schemat się ujednolicił, można w aktach zobaczyć coś bardziej autentycznego?
To wychodzi na to, że im bardziej system myślenia o czarownicy był rozbudowany teologicznie, tym bardziej śmiercionośny był w praktyce?
I to jest właśnie ta mechanika demonizacji, o której mówiliśmy wcześniej - kiedy masz gotowy schemat, to każdy przypadek go potwierdza. Kobieta leczyła ziołami? To musiała mieć wiedzę od diabła. Kobieta nic nie zrobiła? To znaczy że dobrze ukryła. Schemat nie ma wyjścia.
Ale skoro taki system był tak oczywiscie wadliwy logicznie, to dlaczego ludzie mu ufali? Tzn. nie tylko sędziowie, ale też zwykli wieśniacy - oni chyba też wierzyli że sąsiadka im coś rzuciła?
Czyli paradoksalnie ta sama potrzeba społeczna - wyjaśnienie nieszczęścia - przed chrześcijaństwem tworzyła zapotrzebowanie na wiedzącą jako kogoś pomocnego, a po zmianie siatki znaczeń ta sama potrzeba ją niszczyła?
A były takie kultury słowiańskie, gdzie nie przyszło chrześcijaństwo dość wcześnie albo przyjęło się słabiej - i można zobaczyć jak to wyglądało bez tej instytucjonalizacji?
Moszyński to ten co opisywał kulturę ludową Słowian? Bo gdzieś to nazwisko widziałam, ale nie jestem pewna czy dobrze kojarzę.
Czyli ta dwoistość - wiedźma jako groźna i pomocna jednocześnie - to jest element przedchrześcijański, który przetrwał mimo wszystko? Bo to sugerowałoby że pierwotne wyobrażenie było jednak bardziej złożone niż to co chrześcijaństwo z niego zrobiło.
I to właściwie odpowiada na pytanie tytułowe, prawda? Czarownica jako figura istniejąca w wierzeniach słowiańskich - owszem, istniała. Ale była czymś innym niż to, co z niej zrobiły procesy. Czyli ani 'to był wymysł chrześcijan', ani 'to była tylko niewinność' - coś pośrodku.
Ale skoro wiedźma była dwoista - i groźna i pomocna - to kiedy kobieta była traktowana jako ta dobra, a kiedy zaczynało się podejrzenie? Tzn. co przesuwało ją z roli znachorki do roli czarownicy w oczach wsi?
I tu mamy bardzo ludzki, nieteologiczny mechanizm. Socjologiczny niemal. Kto jest wykluczony, kto jest na skraju wspólnoty - ten jest kandydatem. Wiedźma jako kozioł ofiarny w sensie dosłownym Girardowskim. Chrześcijaństwo nie wymyśliło tej logiki, tylko dało jej ramy.
I tu właśnie widzę to, co mnie w tym temacie najbardziej uderza - pytanie o to 'co było wcześniej' jest ważne historycznie, ale nie rozgrzesza systemu prześladowań. Można jednocześnie powiedzieć: tak, wyobrażenie o wiedźmie istniało przed chrześcijaństwem, i tak, kościelna machina procesowa zrobiła z tego coś bezprecedensowo okrutnego. Obie rzeczy są prawdą.
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i mam jedno pytanie, może naiwne - czy gdzieś przetrwało jakieś żywe wspomnienie tych kobiet? Tzn. czy w jakimś regionie Polski jest tradycja, która pamięta o nich inaczej niż jako o złu?
To 'coś umiała' jest naprawdę wymowne. Bo nie mówi się 'miała dar' ani 'była pobłogosławiona' - co byłoby językiem chrześcijańskim - tylko właśnie to neutralne 'umiała'. Jakby umiejętność była faktem, który istnieje poza oceną moralną. Zastanawiam się, czy ta warstwa językowa to nie jest właśnie ślad przedchrześcijańskiego sposobu myślenia, który przetrwał w mowie potocznej mimo wszystko.
Mam wrażenie, że w tej całej dyskusji cały czas krążymy wokół czegoś, co chciałabym nazwać wprost - czy w tych wierzeniach słowiańskich była jakaś zorganizowana tradycja przekazywania tej wiedzy? Tzn. czy to się dziedziczyło jak rzemiosło, czy każda z tych kobiet dochodziła do tego sama?
Właśnie, bo w wielu tradycjach jest ten motyw inicjacji od starszej kobiety - tarot, zielarstwo, rytuały - i zawsze jest pytanie czy to prawdziwa linia przekazu czy mit o własnej legitymizacji. Może obie te rzeczy były prawdziwe w różnych przypadkach?
Myślę, że warto odróżnić dwa poziomy tej transmisji. Jeden to wiedza praktyczna - zioła, sposoby leczenia, formułki. Ta mogła być przekazywana całkiem realnie, bo to po prostu rzemiosło. Drugi poziom to tożsamość i status - 'jesteś tą, która wie'. I tu może wchodzić i realna inicjacja, i autonarracja, i projekcja z zewnątrz. Te dwa poziomy nie muszą iść razem.
