Zaczęło mnie to nurtować po przeczytaniu kilku opracowań o dawnych wierzeniach słowiańskich. Czarownica w przedchrześcijańskim rozumieniu to była zupełnie inna figura niż ta z późniejszych procesów. Wiedzma, znachorka, żebraczka z zielarstwem - to były kobiety obdarzone wiedzą, nie potępione. I tu pojawia się pytanie, które mnie gryzie od miesięcy: czy to, co kościół późnego średniowiecza i renesansu nazywał 'czarostwem', miało jakikolwiek związek z tym, co Słowianie sami rozumieli pod tym pojęciem? Bo mam wrażenie, że to były dwa osobne zjawiska, które arbitralnie sklejono w jedno.
To bardzo ważne rozróżnienie i cieszę się, że ktoś je w końcu postawił wprost. W źródłach słowiańskich wiedzma czy czarownica często pełniła funkcję, którą byśmy dziś nazwali mediatorką między światem żywych a zaświatami. Znała rośliny, znała dni, znała słowa - to był szanowany zawód, żeby tak to nazwać. Dopiero nakładka chrześcijańska zamieniła tę postać w agenta diabła. Ciekawi mnie jednak, czy ktoś śledził, jak wyglądały lokalne procesy o czary na ziemiach polskich w XVII wieku, bo tam widać tę transformację jak pod lupą.
Zatrzymajmy się na chwilę przy samym słowie. 'Czarownica' pochodzi od 'czarów', a to z kolei od prasłowiańskiego rdzenia związanego z czarem - zaklęciem, oczarowaniem. Ale w tym samym kręgu językowym mamy wiedzmy, wiedźmy - od 'wiedzieć'. To jest zasadnicza różnica semantyczna, która dużo mówi o tym, jak Słowianie sami to kategoryzowali. Wiedźma to ta, która wie, nie ta, która szkodzi. Demonizacja - i to zgadzam się z autorem tematu - była nałożona z zewnątrz i opierała się na tej właśnie konkretnej podmianie znaczenia. Pytanie do Izoldka69: masz gdzieś przy sobie źródło, które opisuje, jak konkretnie wyglądała inicjacja czy przekazywanie wiedzy w tych tradycjach? Bo to mnie zawsze interesowało bardziej niż same procesy.
Przeczytałam ten wątek z ciekawością, bo nigdy nie myślałam o tym w ten sposób. Zawsze mi się kojarzyło, że czarownica to coś złego, taka bajkowa. A tu okazuje się, że to był ktoś ważny we wsi? Tylko mam pytanie trochę podstawowe - czy są jakieś konkretne dowody, że te kobiety miały coś wspólnego ze słowiańskim kultem, czy to może bardziej domysły?
Słuchajcie, ja się na tym w ogóle nie znam, ale czytam z zainteresowaniem. Mam takie pytanie z boku - czy to co opisujecie jako wiedzę zielarską, to miało coś wspólnego z wróżbiarstwem? Chodzi mi o to, czy te same kobiety robiły i jedno i drugie, czy to były oddzielne specjalizacje?
Właśnie ta wielofunkcyjność jest kluczem. W tradycji słowiańskiej nie było takiego ostrego podziału jak w późniejszej demonologii - na białą i czarną magię, na zbawienne i diabelskie. Działanie mogło być ochronne albo szkodliwe zależnie od kontekstu i zlecenia, ale wykonywała je ta sama osoba tymi samymi metodami. Kościół potrzebował binarności - dobre/złe, boskie/diabelskie - i ta binarność całkowicie rozsadziła wcześniejszy system.
A czy ktoś wie, czy to przekazywanie mocy o którym pisze Izoldka69 miało związek z jakimiś konkretnymi świętami czy porami roku? Bo słyszałam, że Słowianie mieli określone dni, kiedy granica między światami była cieńsza.
To co mówi Arnold o 'słowie' mocno mnie uderza. W runach nordyckich mamy podobny motyw - Odyn zdobywa runy przez poświęcenie i to są słowa mocy, nie tylko znaki graficzne. Czy ktoś widzi paralele między słowiańskim 'słowem zamawiania' a runicznymi formułami? Nie chcę mieszać tradycji, ale schemat jest podobny.
A czy nie jest tak, że te czarownice słowiańskie to w dużej mierze mit stworzony przez romantyzm? Mam na myśli, że Kolberg i inni zbierali to pod koniec XIX wieku i trochę malowali obraz, który chcieli zobaczyć. To mnie zawsze trochę niepokoiło w całej tej dyskusji o rekonstrukcji.
Chcę wtrącić wątek, który mi się tu ciśnie. W kabalistycznej tradycji też mamy rozróżnienie między tym, kto operuje siłami i tym, do czego te siły służą - i to rozróżnienie nie definiuje samej osoby jako dobrej albo złej, tylko intencję działania. Zastanawiam się, czy słowiańska wiedzma nie była podobnym typem - neutralnym nośnikiem wiedzy, który mógł użyć jej w różnych kierunkach. I dopiero kościelna demonologia dodała wartościowanie do samej osoby, nie do działania.
Bardzo ciekawy wątek i zgadzam sie z Cohen że to kwestia intencji a nie osoby. Mam takie pytanie bo może ktoś wie - czy w polskim folklorze zachował się jakiś obrzęd albo zwyczaj, który mógł być reliktem tej starszej warstwy? Coś co wszyscy robią nie wiedząc skąd to pochodzi? Bo mi sie zdaje że dużo takich rzeczy przechowało sie w zwykłych przesadach.
Czytam od początku i mam wrażenie, że ta rozmowa otwiera coraz więcej drzwi niż zamyka 🙂 Ale wróćmy na chwilę do punktu wyjścia - czy ktoś wie, jak same te kobiety postrzegały to co robiły? Czy miały jakiś termin na siebie, coś czym się same określały? Bo to by dużo powiedziało o tym, jak rozumiały własną tożsamość, zanim kościół narzucił im swoje kategorie.
To pytanie o to, jak same siebie określały, bardzo mi leży na sercu i myślę, że to klucz do całego tematu. Bo jeżeli nie mamy własnego ich słownika - tylko cudze opisy - to cała rekonstrukcja jest trochę lustrem, które pokazuje tego, kto patrzy, a nie tego, kto jest opisywany. Alchemik60, czy gdzieś w tych materiałach etnograficznych są jakieś ślady pierwszoosobowej narracji? Cokolwiek?
Są i to wyraźne. W Polsce największe nasilenie procesów o czary przypadło na XVII-XVIII wiek i koncentrowało się w określonych regionach - Wielkopolska, Kujawy. Mazowsze relatywnie mniej. Prusy Królewskie zupełnie inne regulacje. To ewidentnie nie był odgórny, jednolity mechanizm, tylko splót lokalnych warunków - napięć społecznych, nieurodzajów, konfliktów majątkowych - z religijną ramą, która te konflikty legitymizowała.
Czy te napięcia społeczne, o których mówi Alchemik - niezrozadzieje, konflikty - to były główne przyczyny oskarżeń? Bo czytałam gdzieś, że większość oskarżanych to były wdowy albo kobiety samotne. To by trochę wskazywało bardziej na kwestię statusu niż na rzeczywiste praktyki.
Mam takie naiwne może pytanie, ale - czy w tamtych czasach oskarżona kobieta miała w ogóle jakikolwiek sposób obrony? Mam na myśli nie tylko prawny, ale czy mogła powiedzieć 'tak, znam zioła, ale to nie jest czary' i ktoś by jej uwierzył?
Wracając do samych praktyk, bo trochę odpłynęłyśmy - mam w notatkach jeden ciekawy przykład z ukraińskiej etnografii. Opisuje on coś, co nazywa się 'charakter' - czyli znakowanie człowieka albo zwierzęcia w celu ochrony. Nie zamawianie słowne, tylko fizyczny gest połączony ze słowem. Czy ktoś wie, czy analogiczne praktyki mają udokumentowanie po polskiej stronie?
ten przykład z kreśleniem znaku na czole mnie zatrzymał. Czy jest jakiś opis jak ten znak wyglądał? Bo jeśli to nie był krzyż, tylko coś innego, to mamy potencjalnie ślad konkretnego symbolu przedchrześcijańskiego, który przetrwał w geście. Runy nordyckie też są przekazywane jako znaki kreślone - zastanawiam się, czy istnieje jakaś wspólna logika znakowania.
A ja mam inne pytanie, trochę bardziej praktyczne. Jak to sie ma do tego co jest teraz? Znaczy, są ludzie którzy te praktyki próbują odtwarzać - słyszałam o grupach neopogańskich, rodzimowierczych. Czy to co robią ma jakikolwiek związek z tym co tu opisujecie, czy to juz zupetrznie inna bajka?
Do tego dochodzi kwestia źródeł. Sprawdzam zawsze, czy dana grupa powołuje się na konkretnych badaczy, etnografów, zbiory - Kolberga, Moszyńskiego, Afanasjewa - czy mówi ogólnie o 'starożytnej mądrości przodków'. To daje już całkiem dużo informacji.
Czy jeśli coś nie jest historycznie oryginalne, to automatycznie nie ma wartości duchowej? Bo to by przekreślało mnóstwo praktyk, które się rozwijały, zmieniały, były adaptowane przez wieki.
A wracając do tematu czarownic - czy te kobiety, które były oskarżane, same siebie uważały za czarownice? Czy raczej uważały się za znachorki, zielarki i to dopiero sąd, inkwizycja, cokolwiek, przykleił im tę łatkę?
Ten scenariusz z sabatu - skąd w ogóle wzięły się te konkretne obrazy? Mam na myśli miota, kocioł, diabeł na przyjęciu. To brzmi jak coś bardzo skonstruowanego, nie jak coś co ktoś spontanicznie by wymyślił.
Czy to znaczy, że te procesy były z góry skazane na skazanie? Tzn. nie było możliwości, że ktoś przejdzie przez cały proces i wyjdzie niewinny?
Uzupełnię to, bo to ważne. W Polsce sądy miejskie często odwoływały się do sądów wyższej instancji i część wyroków śmierci była zmieniana. To nie był system z jednym trybem działania. Stąd właśnie to regionalne zróżnicowanie, o którym mówiłem wcześniej.
Ale mam pytanie do tego co mówi Arnold wcześniej o chrystianizowanych zamawianiach. Czy mamy jakieś przypadki, gdzie ta sama formuła istnieje w wersji przedchrześcijańskiej i w wersji ze wstawionym Jezusem albo Marią? Tzn. obie wersje zachowane, żeby można było je porównać?
To jest właśnie ten zasadniczy problem z całym tematem czarownic w wierzeniach słowiańskich - źródła etnograficzne są stosunkowo późne, a wcześniejsze to głównie dokumenty kościelne i procesowe, które z definicji są stronnicze. Nie mamy neutralnego zapisu.
