To jest naprawdę ważne pytanie i zaskakuje mnie, że dopiero teraz padło. Bo to nie jest oczywiste - były kultury, gdzie znachorstwo było domeną mężczyzn, szamanizm syberyjski na przykład miał bardzo zróżnicowane wzorce płciowe. Dlaczego u Słowian akurat kobieta stała się symbolicznym centrum tej wiedzy?
I to pośrednictwo w pewnym sensie dawało jej moc nad mężczyzną, który nie miał dostępu do tych przestrzeni. Nie wiem, czy to zbyt psychoanalityczne podejście, ale chyba właśnie ten element lęku przed kobiecą wiedzą jako wiedzą niedostępną dla mężczyzn jest ważny przy zrozumieniu, dlaczego ta figura była tak podatna na demonizację.
I to chyba jest jeden z najmocniejszych argumentów w tej dyskusji, bo to można sprawdzić na materiale źródłowym - nie jest to spekulacja. Jeśli treść oskarżeń zmienia się wraz z napływem obcych tekstów teologicznych, to znaczy że część tej 'wiedzy o czarownicach' była importowana, nie miejscowa. Słowiańska wiedźma i zachodnia czarownica to nie jest ta sama figura, choć zlały się w jedno w pewnym momencie historycznym.
To co napisał Alchemik60 o zmianie treści oskarżeń wraz z napływem zachodnich tekstów jest dla mnie jednym z kluczowych momentów tej dyskusji. Mam w notatkach kilka przykładów z procesów z Mazowsza i Małopolski i naprawdę widać tę różnicę - wcześniejsze sprawy to konkretne szkody, późniejsze to już cały aparat teologiczny. Ale mam pytanie do Arnolda albo Cohena - czy wiecie, które konkretnie teksty były tym przełomem? Czy to był Malleus Maleficarum, czy coś wcześniej dotarło na ziemie polskie?
Malleus był istotny, ale nie jedyny i nie pierwszy. W kontekście polskim ważniejsze były wcześniejsze traktaty demonologiczne krążące przez środowiska kościelne, a przede wszystkim praktyka synodów i instrukcje biskupie, które stopniowo wdrażały zachodnie kategorie. Malleus pojawia się w polskim obiegu w drugiej połowie XV wieku, ale procesy na ziemiach polskich nabrały 'pełnego' zachodniego charakteru dopiero w XVII wieku. To znaczy - mamy prawie dwa stulecia opóźnienia wobec zachodniego szczytu polowań. I to opóźnienie samo w sobie jest świadectwem pewnej lokalnej odporności, choć oczywiście skończyło się źle.
Słuchajcie, ale ja wracam do tego wątku, który trochę zostawiliśmy - czy te kobiety, które były oskarżane, same uważały się za 'czarownice' w jakimś sensie? Tzn. czy przyjmowały tę tożsamość, czy ją odrzucały? Bo z jednej strony mamy przymuszone zeznania, a z drugiej podobno zdarzały się kobiety, które mówiły że tak, coś umieją. Czy to nie jest najważniejsze pytanie?
Ale tu jest poważna pułapka metodologiczna. Nawet jeśli kobieta używa własnego języka w zeznaniu, to nie znaczy, że mówi prawdę o swojej tożsamości - mogła mówić to, co uznała za bezpieczne. A ta, której zeznanie brzmi jak teologiczny scenariusz, mogła go po prostu zaakceptować, żeby zeznanie było 'logiczne' i może liczyła na łagodniejszy wyrok. Nie możemy czytać tych tekstów jak pamiętników.
Dobra, ale ja mam trochę bardziej przyziemne pytanie, bo gubię się w tym co jest 'słowiańskie' a co już zachodnie. Czy w ogóle możemy powiedzieć, że istniało coś takiego jak słowiańska czarownica, czyli postać charakterystyczna dla tych wierzeń, zanim przyszło chrześcijaństwo z całym tym aparatem? Bo może to słowo 'czarownica' jest już samo w sobie chrześcijańskim tworem?
To pytanie Bronek54 stawia problem w najostrzejszy sposób i myślę, że odpowiedź jest właśnie taka: mamy postacie, które funkcjonują we wczesnych słowiańskich wierzeniach - wiedźmę, babę, znachorkę, różne regionalne nazwy - ale czy to jest 'czarownica' w sensie chrześcijańskim? Nie. Tamte postacie nie mają paktu z diabłem, nie latają na szabat, nie czynią zła dla samego zła. Mają wiedzę, która jest dwuznaczna moralnie - może leczyć i może szkodzić. To zupełnie inny model. Słowo 'czarownica' jest terminem późniejszym i niesie ze sobą całą tę chrześcijańską konotację.
Przepraszam, że wchodzę z takim podstawowym pytaniem, ale czy wiemy w ogóle jak się te kobiety same nazywały? Tzn. czy w tych słowiańskich wsiach był jakiś termin, którym się te znachorki określały, zanim przyszedł ten cały kościelny aparat?
I może to też tłumaczy, czemu do dziś można na wschodzie Polski spotkać osoby, które leczą szeptem, zbierają zioła i nie uważają się za nic nielegalnego ani kontrowersyjnego. Moja znajoma z okolic Białegostoku opowiadała, że jej sąsiadka to po prostu robi, bez żadnej otoczki tajemniczości, normalnie się o tym mówi w wiosce. Jakby tradycja nigdy nie została do końca przerwana.
I to chyba jest odpowiedź na pytanie z początku wątku - czy czarownice słowiańskie to rzeczywistość czy demonizacja. Odpowiedź jest: obie naraz, ale dotyczą różnych warstw. Rzeczywistość to znachorki, szeptuchy, kobiety z wiedzą praktyczną i rytualną - one istniały. Demonizacja to ta konkretna postać 'czarownicy', która robi pakt z diabłem i lata na sabat - to już jest import. I to rozróżnienie wydaje mi się ważniejsze niż próba udowodnienia, że 'prawdziwa słowiańska magia' była albo nie była. Pytanie tylko, czy coś z tej oryginalnej warstwy da się jeszcze odtworzyć.
To podsumowanie Damellaa jest fajne, ale mam pytanie do całości tej dyskusji - czy my w ogóle wiemy, czy te znachorki i szeptuchy miały jakąś ciągłość przekazu? Tzn. czy to była wiedza przekazywana z matki na córkę, czy raczej każda uczyła się na własną rękę obserwując inne?
Ale tu trzeba uważać, żeby nie romantyzować tej 'nieformalnnej sieci'. To nie był ruch oporu ani żadna świadoma alternatywa wobec kościoła. Większość tych kobiet była pobożnymi chrześcijankami, które jednocześnie zbierały zioła i szeptały. Nie postrzegały siebie jako żadnej alternatywy. Raczej żyły w świecie, gdzie te rzeczy współistniały.
I właśnie dlatego te procesy są tak trudne do interpretacji - bo my patrzymy z perspektywy wyraźnych podziałów, które dla ludzi tamtej epoki po prostu nie istniały w taki sam sposób. Mam pytanie do Arnolda - czy sędziowie w tych procesach w ogóle zdawali sobie sprawę z tej wielowarstwowości, czy ją ignorowali?
Ale to znaczy, że sam wynik procesu zależał w dużej mierze od tego, jaki sędzia trafił danej kobiecie? Tzn. ta sama kobieta w jednym sądzie mogłaby wyjść wolna, a w innym - zostać skazana na śmierć?
To jest dla mnie trochę zaskakujące, bo zawsze myślałam że to kościół był tym głównym prześladowcą. A tu wychodzi, że bardziej społeczność i lokalna władza? Tzn. że sąsiadki oskarżały sąsiadki, a kościół był gdzieś z boku?
Właśnie. I to wraca do tytułu tego wątku - 'rzeczywistość czy demonizacja'. Bo ta demonizacja nie była wyłącznie kościelna, ona była też społeczna, sąsiedzka, lokalna. Kościół dostarczył języka i ramy prawnej, ale energię do procesów dawały lokalne napięcia. Bez tych napięć nie byłoby większości procesów nawet z najlepszym inkwizytorem.
I z tej perspektywy to pytanie o 'słowiańską czarownicę' brzmi jeszcze ciekawiej - bo może naprawdę ta słowiańska znachorka przetrwała właśnie dlatego, że lokalne społeczności potrzebowały jej usług bardziej niż potrzebowały kolejnego procesu. Póki leczyła skutecznie i nie wchodziła w niczyje drogę, była bezpieczna. Konflikt ją zabijał, nie sama wiedza.
Ale wróćmy do tego, co powiedziała Damellaa - że znachorka przetrwała bo była potrzebna. To trochę tak jakby powiedzieć, że sama społeczność chroniła ją przed procesem, bo bez niej nie było komu leczyć dzieci ani bydła. Czy to znaczy, że te oskarżenia też były selektywne - tzn. oskarżano te, które straciły to społeczne zaufanie, a nie np. tę najbardziej kompetentną uzdrowicielkę we wsi?
Mnie zastanawia coś innego - czy te kobiety były tego świadome? Tzn. czy wiedziały, że chodzą po cienkim lodzie i że jeden nieudany zabieg może je posłać przed sąd? Bo jeśli tak, to jak w ogóle decydowały się na praktyki publiczne?
To smutne trochę. Całe życie budujesz pozycję, a potem jedna sąsiadka z urazą może to wszystko obrócić. Czy wiadomo jak długo trwały takie procesy od momentu oskarżenia? Tzn. czy miały czas cokolwiek zrobić - uciec, odwołać się?
I tu znowu wraca ta 'sieć nieformalna' o której mówił wcześniej Koperek. Ostrzeżenie musiało dojść szybko i od kogoś, kto wiedział co się dzieje w radzie miejskiej albo u sołtysa. Nie wyobrażam sobie, żeby kobieta sama to wyczuła - musiała mieć kogoś po swojej stronie. Ciekawe czy to byli mężczyźni czy kobiety, którzy ostrzegali.
To co mówi Damellaa otwiera kolejny wątek - mężczyźni w tym wszystkim. Bo dyskutujemy głównie o kobietach, ale oskarżano też mężczyzn. W Polsce to mniej więcej 20-25% procesów. Kim oni byli? Bo instynktownie myślę, że nie byli 'znachorami' w tym samym sensie co kobiety.
to bardzo słuszna uwaga. Mężczyźni oskarżani o czary to zazwyczaj inna kategoria społeczna - pasterze, kowale, grabarze. Zawody związane z przestrzenią graniczną - między światami, między wsią a lasem, między żywymi a martwymi. Kowal, który pracuje z ogniem i metalem, był zawsze postacią o ambiwalentnym statusie. Pasterz, który wędruje z trzodą przez noc. To nie jest taka sama 'sieć znachorek' - to są izolowani mężczyźni z niezrozumiałą wiedzą lub mocą.
Wizjonerka dobrze to ujmuje i tu wracam do sedna tytułu wątku - ta 'demonizacja' nie miała jednego autora. Kościół stworzył ramy, prawo stworzyło procedury, a energie dostarczyła lokalna nędza i lokalne konflikty. To nie jest prosta historia z czarnym charakterem. I może właśnie dlatego ta słowiańska czarownica jest tak wieloznaczna jako postać - bo nie można jej zrozumieć bez całego tego splotu.
I dlatego właśnie współczesne próby 'odzyskania' tej postaci przez neopogan czy słowiańskie ruchy są takie skomplikowane. Bo co właściwie odzyskujemy? Realną znachorkę z XVII wieku, która była po prostu lokalną uzdrowicielką i bała się sądu? Czy romantyczną kapłankę starych bogów, która nie istniała w takiej formie? Mam z tym szczery problem kiedy widzę jak ta postać jest używana w rekonstrukcjonizmie.
