To pytanie które Koperek zadaje jest w zasadzie pytaniem o metodologię etnobotaniki i folklorystyki, i odpowiedź jest trochę rozczarowująca - w większości przypadków po prostu nie wiemy. Możemy datować pierwsze zapisane wzmianki, możemy porównywać warianty z różnych regionów i szukać wzorców, ale pewności co do 'oryginalności' nie mamy prawie nigdy. I to jest uczciwa odpowiedź, której część współczesnych praktykujących nie chce słyszeć.
Ale czy to naprawdę musi być problem? Tzn. rozumiem że dla historyka precyzja jest ważna, ale dla kogoś kto tę praktykę stosuje - czy autentyczność historyczna zmienia jej działanie? Mam na myśli efekty, nie tylko przekonania.
Mam pytanie może trochę z boku - skoro mówimy o tym co przetrwało i co nie, to czy wiadomo jak wyglądało przekazywanie tej wiedzy w praktyce? Tzn. czy to była dosłowna inicjacja, czy raczej po prostu córka patrzyła jak matka robi wywary?
Przy tych zeznaniach pod torturami mam wrażenie że wracamy do początku wątku - do pytania kto tu jest autorem tej historii. Bo jeśli obraz czarownicy z sabatem i lotem na miotle pochodzi głównie z wymuszonego zeznania, to tak naprawdę stworzyły go osoby które chciały tę figurę zniszczyć. I ta sama figura jest teraz odzyskiwana jako symbol oporu. To jest niesamowita ironia.
Balbinka trafia w coś ważnego. Ten paradoks jest jednym z powodów dla których tytuł wątku jest tak trudny do jednoznacznej odpowiedzi. Demonizacja chrześcijańska w pewnym sensie stworzyła czarownicę jako spójną figurę - bo wcześniej była po prostu znachorką, akuszerką, wróżbiarką, kobietą z daru. Dopiero proces inkwizycyjny posklejał to w jeden typ. A potem romantyzm i neopogaństwo przejęły ten sklejony typ i nadały mu pozytywny znak. Ale kształt pozostał w dużej mierze ten z ksiąg demonologicznych.
Czyli można powiedzieć, że współczesna neopogańska czarownica jest w jakimś sensie córką Malleus Maleficarum, a nie prababki zielarki? To brzmi brutalnie, ale czy to jest trafne uproszczenie?
Mam notatki z kilku warsztatów 'słowiańskiej magii' na których byłam w ostatnich latach i właśnie to co mówi Wizjonerka rzuca się w oczy jak bardzo. Struktura jest wiccańska - koło roku, żywioły, ołtarz, casting circle - a polska nomenklatura doklejona na wierzch. Nie krytykuję tego jako praktyki, ale nie można tego nazwać rekonstrukcją. To tworzenie, nie odtwarzanie.
I tu wróćmy na chwilę do samego rdzenia pytania o czarownice w wierzeniach słowiańskich, bo trochę odpłynęliśmy w stronę współczesnych praktyk. Czy w źródłach przedchrześcijańskich - a mówimy tu o nielicznych i pośrednich śladach - jest w ogóle jakaś figura która odpowiada tej 'czarownicy'? Nie jako demonizacja, nie jako późniejsza konstrukcja, ale jako coś co Słowianie sami rozumieli jako swoją kategorię duchową?
Żeby odpowiedzieć na to pytanie Alchemika, trzeba by oddzielić kilka warstw. W źródłach które mamy - a są to głównie kroniki kościelne, późnośredniowieczne dokumenty i zapis folklorystyczny z XIX wieku - pojawia się kilka figur, które mogłyby być kandydatkami. Wiedźma w sensie dosłownym, znachorka, wieszczka, mamka, baby szeptuchy. Ale żadna z nich nie tworzy spójnego systemu który można by nazwać 'słowiańską czarownicą' jako rolą społeczną. To są raczej funkcje niż tożsamości.
Daniello dobrze to łapie. Celowo dałem taki tytuł bo to napięcie jest produktywne - pytamy o coś, czego kształt może być efektem samego pytania. Ale to nie znaczy, że pod tym pojęciem nic nie ma. Chodzi o to, co było zanim przyłożono do tego obcą formę.
Dodam że w języku staropolskim mamy kilka osobnych słów które nowożytne źródła zaczęły używać zamiennie - 'wiedźma' od wiedzieć, 'czarownica' od czarów, 'strzyga' jako coś zupełnie innego bo pół-demonicznego, 'mamuna' itd. Te słowa nie były synonimami. To że dzisiaj wrzucamy je do jednego worka to już efekt tej samej homogenizacji przez kościelną i późniejszą romantyczną narrację.
A mnie zastanawia czy te role o których mówi Cohen - znachorka, szeptucha, wieszczka - były w ogóle postrzegane negatywnie przed chrystianizacją. Bo może dopiero kościół z czegoś neutralnego albo nawet szanowanego zrobił coś podejrzanego i niebezpiecznego?
To co mówi Arnold brzmi jak opis kogoś kto żyje na granicy - społecznie potrzebny ale zawsze potencjalnie niebezpieczny. Czy ta pozycja na granicy jest jakoś specyficznie słowiańska, czy to coś universal, że we wszystkich kulturach ktoś kto 'wie więcej' jest jednocześnie podejrzany?
Wracając do tych słów - wiedźma, czarownica, strzyga - czy wiadomo kiedy w Polsce zaczęto ich używać zamiennie? Bo jeśli to się stało w konkretnym momencie historycznym, to może właśnie tam jest ten punkt w którym chrześcijańska kategoria zaczęła przykrywać wcześniejsze rozróżnienie.
Czyli mamy taką sytuację, że im bliżej współczesności, tym bardziej zamazany obraz tego co było wcześniej. I paradoksalnie najlepsze źródła o słowiańskich wierzeniach to albo te najstarsze i fragmentaryczne, albo te XIX-wieczne które już są przefiltrowane przez romantyzm. Nic pośrodku?
I co z tego możemy dzisiaj w ogóle odzyskać? Serio pytam, bo rozumiem że to skomplikowane, ale czy jest jakiś uczciwy sposób żeby powiedzieć 'to jest naprawdę słowiańskie' a nie 'to wydaje się słowiańskie bo tak powiedział ktoś w XIX wieku kto sam nie wiedział za bardzo'?
Ale czy to wystarczy? Mam na myśli - jeśli coś jest podobne w Polsce, Czechach i Serbii, to może po prostu podobne idee pojawiły się wszędzie niezależnie, tak jak Wizjonerka mówiła wcześniej. Skąd wiemy, że to wspólne dziedzictwo, a nie zbieżność?
I tutaj mam pytanie do Cohena i Alchemika - czy w ogóle ta obsesja na punkcie autentyczności ma sens? Rozumiem skąd pochodzi, ale praktyk który dziś pracuje z tym materiałem i tak musi coś zrekonstruować, coś dopowiedzieć. Gdzie jest granica między uzasadnioną rekonstrukcją a wymysłem?
Ale czy to znaczy, że ktoś kto dziś na przykład zamawianie uroków traktuje jako praktykę, musi się zastanawiać czy to 'prawdziwe' czy nie? Bo wydaje mi się, że to może być paraliżujące.
A wracając do tych czarownic właściwie - bo trochę odeszliśmy od tematu - czy w tych procesach sądowych z XVI-XVII wieku które Izoldka wspominała, oskarżone kobiety same przyznawały się do jakichś konkretnych rzeczy? I czy te zeznania wyglądają bardziej jak wyobrażenia kościelne czy jak coś co mogło być lokalną praktyką?
Czyli można powiedzieć, że zeznanie z procesu to takie palimpsest - na wierzchu jest to czego chciał sędzia, a pod spodem przeziera coś prawdziwszego?
To jest trochę przerażające jak na to patrzę. Czyli ktoś mógł po prostu leczyć ludzi ziołami i modlitwami i nagle przez jedno oskarżenie sąsiadki stać się 'czarownicą' w oficjalnych dokumentach?
I teraz mi się nasuwa pytanie - czy ta kobieta która była szeptuchą miała jakąś własną tradycję, coś co przekazywała dalej? Bo jeśli tak, to te procesy mogły tę ciągłość po prostu urwać.
I właśnie tutaj wracamy do pytania z tytułu wątku. Bo demonizacja chrześcijańska to jedno - to jest historyczny fakt, procesy były, ofiary były. Ale ta 'rzeczywistość słowiańskich czarownic' to coś znacznie bardziej nieuchwytnego. Może nie chodzi o to czy czarownice istniały, tylko o to co się kryje pod tym słowem - czy to wiedza zielarska, czy kontakt z duchami, czy coś zupełnie innego.
A czy w tym wszystkim jest jakaś rola dla mężczyzn? Bo przez cały wątek mówimy głównie o kobietach. Czy w słowiańskich wierzeniach był jakiś odpowiednik mężczyzna?
