Chcę poruszyć coś, co mnie od jakiegoś czasu gryzie. Czy kiedy ktoś przeżywa coś, co Rudolf Otto nazwał 'numinosum' - to poczucie czegoś absolutnie innego, przytłaczającego, jednocześnie przerażającego i przyciągającego - to takie doświadczenie cokolwiek potwierdza? Czy może tylko samo siebie? Pytam serio, bo czytam ostatnio sporo o porównawczym religioznawstwie i uderza mnie jedno: mistycy z różnych tradycji opisują bardzo podobne stany, ale wyciągają z nich kompletnie różne wnioski dogmatyczne. Chrześcijanin widzi Chrystusa, Hindu - Brahmana, szaman tybetański - pustość. Skoro te doświadczenia są tak podobne strukturalnie, to czy naprawdę 'potwierdzają' konkretną doktrynę? Albo inaczej - czy w ogóle możemy mówić o empirycznym wymiarze świętości?
To jest jedno z tych pytań, przy których można siedzieć całą noc i wciąż nie wyjść z kółka. Bo z jednej strony masz rację - doświadczenie jest strukturalnie podobne ponad tradycjami. Ale z drugiej: czy to naprawdę ten sam fenomen, czy tylko podobny język opisu? Mistycy chrześcijańscy jak Mistrz Eckhart czy Hildegarda mówili o 'Bogu poza Bogiem', co dla niejednego teologa brzmiało jak herezja. Suficcy mistrzowie opisywali 'fana' - unicestwienie w Bogu. Adwaita w hinduizmie mówi o tożsamości Atmana i Brahmana. Wszystko to brzmi podobnie, ale wewnątrz każdej tradycji te opisy są tłumaczone zupełnie inaczej. Moje pytanie do Ciebie: czy sądzisz, że te doświadczenia są identyczne i tylko język je różnicuje, czy może jednak coś fundamentalnie innego się za każdym razem pojawia?
Zatrzymałbym się przy słowie 'potwierdza', bo ono tu robi dużo roboty. Doświadczenie numiniczne, nazwijmy je tak za Ottonem, jest z definicji przedpojęciowe - poprzedza jakąkolwiek strukturę interpretacyjną. Dopiero wtórnie, przez soczewkę tradycji, w której się wychowałeś, to doświadczenie nabiera kształtu. Teolog William Alston pisał o tym szczegółowo - mystical perception jest dla niego typem percepcji, który ma swoje epistemiczne uprawnienia. Ale uprawnienie do przeżywania to nie to samo co uprawnienie do konkretnego dogmatu. Weźmy wróżbiarzy starożytnych, bo to chyba też jest w tle tego tematu. Augur w Rzymie 'czytał' lot ptaków i wątrobę zwierzęcia. Sziaman syberyjski 'czyta' drgania bębna i zachowanie duchów. Obaj twierdzą, że przeżywają kontakt z czymś transcendentnym. Czy to ta sama świętość empiryczna? Albo czy wróżba jest w ogóle doświadczeniem numinicznym, czy tylko techniczną interpretacją znaków?
Czytam i mam wrażenie, że wszyscy tutaj piszą jakby doświadczenie mistyczne było czymś elitarnym, dostępnym tylko dla mistyków i szamanów. A co ze zwykłym człowiekiem, który idzie na pielgrzymkę albo modli się różańcem i nagle czuje coś, czego nie potrafi opisać? Czy to nie jest właśnie ta świętość empiryczna? Chyba nie trzeba być sufickim mistrzem żeby doświadczyć czegoś numinicznego, prawda?
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale to pytanie o wróżbiarzy, które było wspomniane wcześniej - czy oni przeżywali to samo co mistyk? Bo wróżbita chyba nie szukał zjednoczenia z sacrum, tylko informacji. To jakby inne nastawienie. Czy to nie oznacza, że cel przeżycia zmienia samo przeżycie?
o tak, i to jest bardzo stary argument w religioznawstwie. Frazer, choć teraz krytykowany za eurocentryzm, sugerował że rytuał wyprzedza mit - najpierw jest czynność, potem opowieść która ją wyjaśnia. Wróżba mogła być pierwotnie zwykłą obserwacją przyrody, która dawała trafne wskazówki empiryczne. Rolnik który 'wróżył' z zachowania ptaków przed burzą mógł po prostu obserwować realne sygnały pogodowe. Dopiero potem to nabierało teologicznego znaczenia. I wtedy pojawiało się przeżycie - bo akt interpretacji stawał się sakralny. Ale to nie odpowiada na pytanie Radomira o empiryczność świętości - raczej pokazuje, że granica między obserwacją a przeżyciem sakralnym jest płynna.
A jak to jest z horoskopami? Bo czytam swój horoskop i czasem coś w nim tak trafnie opisuje co czuję albo co się dzieje, że aż mi ciarki przechodzą. Czy to może być właśnie ten moment numiniczny? Tzn. poczucie, że coś większego mnie widzi i opisuje?
Mam wrażenie, że ta rozmowa kręci się wokół pytania, na które może nie ma jednej odpowiedzi, bo zakłada coś nieuchwytnego. Ale chcę dodać perspektywę, która rzadko się pojawia w takich dyskusjach - perspektywę materialną. Kiedy pracuję z kamieniami, jest coś, co trudno opisać inaczej niż zmiana przestrzeni kontaktu. Nie twierdzę, że kamień 'coś robi' w sensie fizycznym. Ale gest dotknięcia, skupienia, intencji - uruchamia coś w przeżyciu. Podobnie chyba działały przedmioty sakralne w starożytnych świątyniach - nie były 'magiczne', były nośnikami skupionej uwagi zbiorowej pokoleń. I to skupienie zostawiało ślad, który kolejny człowiek mógł poczuć. Czy to jest świętość empiryczna? Może tak.
Czytam to wszystko i chcę zapytać o coś praktycznego. Mam za sobą kilka miesięcy regularnej praktyki medytacyjnej opartej na tradycji vipassany. Były momenty, które trudno opisać inaczej niż jako spotkanie z czymś, co nie jest 'mną'. Ale ja nie jestem buddystą w sensie doktrynalnym, nie wierzę w anatta tak jak wierzy w to theravadyjski mnich. Czy to znaczy, że moje doświadczenie jest 'mniej prawdziwe'? Albo że jest 'to samo' tylko inaczej przeze mnie opakowane? Bo wewnątrz czuję, że to było coś konkretnego, a nie ogólna duchowość bez adresu.
Przepraszam że wchodzę z takim podstawowym pytaniem - ale co to znaczy, że coś 'jest' niezależnie od tego, kto rzuca? Runy to przecież symbole stworzone przez ludzi. Czy chodzi o to, że siły, które symbolizują, są realne? Bo to by był duży krok.
I wracamy do sedna tego wątku - bo jeśli wróżbita nordycki traktuje runy jako ontologicznie realne, to jego przeżycie podczas wróżby jest inaczej ukształtowane niż przeżycie kogoś, kto używa run jako systemu psychologicznego. Ale oboje mogą przeżyć coś równie intensywnego. Więc co potwierdza co? Przeżycie potwierdza doktrynę, czy doktryna kształtuje przeżycie tak, żeby wyglądało na potwierdzające?
Radomir dotknął tu czegoś, o czym myślę od dłuższego czasu. To koło jest zamknięte i być może celowo. W wielu tradycjach inicjacja polega właśnie na tym - najpierw dostajesz doktrynę, potem technikę, potem przeżycie, które doktrynę 'potwierdza'. Ale to potwierdzenie jest zaplanowane w strukturze inicjacji. Nie znaczy to, że jest fałszywe. Znaczy to, że pytanie 'czy przeżycie potwierdza dogmat' może być złe z samej swojej struktury.
Ale mnie ciekawi coś innego - co z osobami, które mają te przeżycia bez żadnego przygotowania, bez doktryny, bez tradycji? Bo ja znam kilka osób, które miały jakieś olśnienia przy zupełnie przyziemnych rzeczach - jedna znajoma podczas porodu, inna podczas wypadku samochodowego. Żadna z nich nie jest religijna. Czy ich przeżycie jest mniej 'autentyczne' niż mnicha po latach przygotowania?
Ta rozmowa o przygotowaniu kontra spontaniczność bardzo mi się łączy z pracą z kamieniami. Są klienci, którzy przychodzą z pełnym systemem przekonań o kryształach i czują dokładnie to, czego się spodziewają. I są tacy, którzy są kompletnie sceptyczni, a potem wychodzą z sesji zaskoczeni sobą. Ci drudzy mnie bardziej przekonują, szczerze mówiąc. Nie dlatego że system nie działa, ale dlatego że coś przebija przez brak oczekiwań.
Hej, wchodzę trochę z boku - ta cała rozmowa o autentyczności przeżycia jest świetna, ale mam wrażenie że omijamy coś konkretnego. Jak wróżbita miał WIEDZIEĆ że dobrze wróży? Tzn. co w tradycjach był miernikiem trafności? Bo to chyba najbardziej empiryczne pytanie jakie można zadać - nie 'czy przeżycie jest prawdziwe', ale 'czy to co przepowiedział się sprawdziło'.
I tu chyba jest serce tego wątku - i trochę mi ulżyło, że Pelagiusza to tak wyraźnie postawiła. Bo może błąd jest w słowie 'potwierdzenie'. Przeżycie nie potwierdza dogmatu tak jak eksperyment potwierdza hipotezę. Ale może uwierzytelnia go w innym sensie - robi go możliwym do zamieszkania, do życia. Nie mówi 'to jest prawda' ale 'to jest droga'. I może tyle mieliśmy prawo oczekiwać od sacrum od początku.
To co Radomir napisał o 'uwierzytelnianiu' zamiast 'potwierdzaniu' - to jest naprawdę istotna zmiana słownictwa. Ale chcę dopytać: co to konkretnie zmienia? Bo jeśli dogmat jest 'uwierzytelniony' przez przeżycie, ale nie potwierdzony - to na jakiej podstawie odrzucamy inny dogmat, który ktoś inny uwierzytelnił innym przeżyciem? Gdzie jest kryterium rozróżnienia?
Kasieczka dotknęła czegoś, co chyba jest niedoceniane w tej dyskusji - zdolność do siedzenia z nierozwiązanym pytaniem. W wielu tradycjach mądrościowych właśnie to jest uważane za dojrzałość duchową. Ale mam inne pytanie do Czarnoboga - czy to jest tak, że tradycje wróżbiarskie w ogóle nie pretendowały do tego żeby dawać odpowiedź na pytanie 'co jest prawdziwą religią'? Bo może wróżba i dogmat to narzędzia do różnych pytań?
Ten podział Czarnoboga jest bardzo elegancki, ale muszę go trochę naruszyć. W tradycji wedyjskiej astrologia - dżjotiśa - jest jednocześnie nauką dogmatyczną i wróżbiarską. To znaczy: jest zakorzeniona w kosmologii, która jest absolutna, ale jej zastosowanie jest zawsze konkretne i jednostkowe. I tam przeżycie wróżbity odczytującego horoskop jest traktowane jako dostęp do kosmicznego porządku, nie tylko do 'lokalnej prawdy'. Gdzie to wkładacie do tego podziału?
Ale mnie ciekawi - czy wróżbici w tych tradycjach sami mieli przeżycia numiniczne przy wróżeniu? Bo to by był ciekawy punkt styku. Tzn. nie że klient coś poczuł, ale że wróżbita w trakcie czytał coś więcej niż technikę?
To znaczy że wróżbita nie mógł wróżyć bez tej teologicznej ramy? Tzn. Pythia musiała wierzyć w Apollina żeby to działało? A co jeśli wierzyła tylko trochę, albo wcale?
Słucham tej rozmowy i wracam do czegoś, co Radomir napisał kilkanaście postów temu o uwierzytelnianiu. Bo mi się to łączy z praktyką pracy z kamieniami - konkretnie z meteorytami. Mam kilka okazów i doświadczenie z nimi jest za każdym razem inne, choć obiekt ten sam. To nie jest kwestia oczekiwań, bo czasem kamień robi coś zupełnie niespodziewanego. Czy to jest przeżycie numiniczne? Nie wiem. Ale coś tam jest, niezależnie od tego jak to nazwę.
Znaczy pytam konkretnie - jak tradycje historycznie weryfikowały przeżycie numiniczne? Bo rozumiem że ktoś przyszedł do wróżbity i powiedział 'miałem wizję' - i co dalej? Weryfikowali ją jakoś instytucjonalnie czy raczej zostawiali to intuicji kapłana?
To co Czarnobog opisuje jako 'absorpcję nowego doświadczenia' jest dla mnie bardzo bliskie temu, co dzieje się ze snami w tradycji judaistycznej. Talmud zawiera mnóstwo snów i ich interpretacji, ale zawiera też metainterpretacje - zasady, jak oceniać czy sen pochodzi 'z góry' czy 'z żołądka'. To jest właśnie dogmat jako filtr dla doświadczenia. I co ciekawe - te zasady są elastyczne, nie zamknięte.
Wracam do pytania Ryśka o weryfikację historyczną, bo Czarnobog dał świetną odpowiedź, ale chcę ją uzupełnić od strony słowiańskiej. Przy czym zastrzegam, że rekonstrukcja jest trudna. Z tego co czytałem, wołchwowie - słowiańscy kapłani-wróżbici - nie działali w izolacji. Ich przepowiednie były konfrontowane ze zbiorową pamięcią wspólnoty. Jeśli wróżba nie rezonowała - pardon, nie pasowała - do tego, co starsi pamiętali z poprzednich wróżb, była kwestionowana. To nie był dogmat instytucjonalny, ale dogmat pamięci zbiorowej. Czy to lepsza czy gorsza forma weryfikacji?
Ten wątek o marginalności jest bardzo nośny. W tradycji dżjotiśa jest zresztą coś podobnego - najlepsi astrolodzy często byli samotnicy, ascetycy, ludzie 'poza' strukturą społeczną. I tu widzę bezpośredni związek z pytaniem tytułowym - świętość empiryczna, czyli to co pojawia się w konkretnym doświadczeniu, może być właśnie tym, co tradycja jeszcze nie skodyfikowała. Wróżbita-margines jest wtedy nie tyle weryfikatorem dogmatu, co jego pierwszym wyzwaniem.
Ale chwilę - przy tej rewizji mam jedno zasadnicze pytanie. Jeśli każde silne doświadczenie może potencjalnie zakwestionować istniejący dogmat i stworzyć nowy, to jak odróżnić prawdziwą rewizję od zwykłego odchylenia? Tzn. od kogoś, kto po prostu miał intensywny sen po złym jedzeniu i założył na tej podstawie nową religię?
