Zaczął mnie ostatnio nurtować temat, który na pozór wydaje się prosty - umowa z diabłem. Ale im więcej o tym czytam, tym bardziej widzę, że każda tradycja rysuje tę granicę między pokusą a przymierzem ze złem zupełnie inaczej. Faust jest oczywistym przykładem z kręgu europejskiego, ale np. w islamie dżiny mogą wchodzić w różne relacje z ludźmi, niekoniecznie oparte na klasycznym 'podpisaniu cyrografu'. W słowiańskich bajkach czarownik oddaje duszę czartu, ale zwykle jest w tym jakiś fortel - on sam szuka tej umowy, nie jest bierną ofiarą. Zastanawia mnie, czy w ogóle da się powiedzieć, że 'umowa z diabłem' to motyw religijny czy raczej literacki, który nałożył się na wierzenia ludowe. Co myślicie?
To jest dobre pytanie, ale trochę przewrotne. Bo moim zdaniem rozdzielanie 'religijnego' od 'literackiego' to droga donikąd - te warstwy od zawsze się przenikały. Weźmy nordyckie pojęcie galdr albo seiðr, gdzie praktykujący wchodzi w kontakt z mocami, które nie są ani boskie, ani czysto demoniczne w chrześcijańskim sensie. Tam nie ma cyrografu, ale jest coś, co można nazwać zobowiązaniem, ceną, wymianą. Czy to już 'umowa z diabłem'? Zależy, kto pyta - szaman powiedziałby, że negocjuje, ksiądz powiedziałby, że się potępił.
Mnie zawsze bardziej ciekawiło, gdzie w tej całej narracji zaczyna się właściwie pokusa. Bo czy samo pragnienie mocy, wiedzy, miłości - to już jest ten moment? Pamiętam jak czytałam coś o Fauście i tam kluczowe jest to, że on sam idzie szukać Mefistofelesa, nie na odwrót. A w tradycji chrześcijańskiej pokusy Chrystusa na pustyni to jest zupełnie inna struktura - tam szatan przychodzi do człowieka z zewnątrz. Skąd ta różnica i co ona oznacza dla całej symboliki?
Trochę sie gubie w tych rozgraniczeniach. Chodzi o to, że w jednych religiach samo szukanie kontaktu z duchami czy demonami jest złe, a w innych to normalna praktyka? Bo jak sie zastanowę nad tym co Ulcia pisze o voodoo, to tam chyba nikt nie mówi, że to 'pakt z diabłem', prawda?
A co z cyforgrafem w sensie dosłownym? Czytałem kiedyś o tym, że w średniowieczu były procesy sądowe gdzie jako dowód próbowano znaleźć fizyczny dokument podpisany krwią. Czy ktoś wie, czy gdzieś taki dokument faktycznie 'zachował się' w archiwach kościelnych, bo podobno jest jakiś w Watykanie?
Mi zawsze wydawało się, że pakt z diabłem to jest w gruncie rzeczy opowieść o ego. O człowieku, który chce więcej niż mu się należy. W snach, jak ktoś śni o podpisywaniu czegokolwiek z nieznaną postacią, to prawie zawsze jest symbol sprzedania czegoś cennego w sobie - najczęściej intuicji albo wolności wewnętrznej. Nie wiem czy to religijne, ale symbolika jest bardzo podobna.
OK ale ja mam bardziej konkretne pytanie - w jakiej tradycji ten 'kontrakt' jest najbardziej szczegółowo opisany? Tzn. co można dostać, co się daje w zamian, na jakich warunkach? Bo czytałam trochę o Key of Solomon i tam są jakieś przywoływania, ale nie ma mowy o żadnym podpisywaniu cyrografu.
Czytam to wszystko i mam pytanie może trochę z boku - a co z wierzeniami hinduskimi? Tam są asury, rakszasy, całe kategorie istot demonicznych. Czy jest w hinduizmie coś podobnego do paktu, czy to w ogóle nie istnieje w tej strukturze?
To co piszecie o tej 'walucie' w pakcie mnie uderza. Słyszałam kiedyś od kogoś, że w tradycji ludowej na Bałkanach - nie pamiętam dokładnie skąd ta informacja - można było oddać nie własną duszę, ale kogoś bliskiego. Czyli de facto zapłacić cudzym życiem lub szczęściem. Czy to ma pokrycie w jakichś źródłach, bo brzmi makabrycznie, ale jakoś logicznie w kontekście tej całej 'logiki umowy'?
Właśnie to mnie zaczyna interesować - ten motyw przechytrzenia. Bo jak teraz myślę o tym to w sumie dużo polskich bajek jest o tym jak ktoś 'dogaduje sie' z diabłem i go potem robi w konia. Tzn. te opowieści nie mówią, ze pakt jest zakazany, ale że trzeba być sprytniejszym od tego z kim sie umawiasz? Dziwne podejście moralne jak na tradycje chrześcijańską.
to co mówisz o tych dwóch równoległych systemach mnie bardzo ciekawi. Czyli jakby Kościół mówił jedno, a ludzie w praktyce robili drugie i nikt się tym specjalnie nie przejmował?
Ale jak to możliwe że ludzie nie czuli ze to sprzeczne? Tzn. wierzyli w piekło i jednocześnie szli po radę do kogoś kto 'sie dogadywał' z diabłem? Nie rozumiem jak to w głowie działa
Właśnie, bo pamiętam jak czytałam o procesach czarownic i tam ludzie oskarżani byli przez sąsiadów często o rzeczy, które wcześniej były uważane za normalne usługi. Czyli ta sama babka od ziół nagle z pomocnicy stawała się czarownicą. Co się tak naprawdę zmieniło?
A wczesniej to w ogóle nie bylo pojecia paktu z diabłem? Bo mam wrażenie ze to taki bardzo konkretny motyw, musiał skądś pochodzić
No właśnie, to jest kluczowe pytanie. Motyw transakcji z bytami niebożymi jest dużo starszy niż chrześcijaństwo - mamy go w sumero-akadyjskiej mitologii, w greckiej tradycji, gdzie można było się targować z bogami podziemi. Ale ten specyficzny kształt 'cyrografu', podpisu na papierze, to jest już produkt średniowiecznej Europy.
Skoro Radomir wspomina o Grecji - to Orfeusz idący po Eurydykę to jest właściwie coś podobnego, nie? Schodzi, negocjuje, dostaje zgodę pod warunkiem. Tylko że warunek go wykańcza.
Dobra ale wróćmy do konkretów bo trochę odpłynęliśmy. Czy w tych grimuarach o których pisała Iga jest jakaś różnica między tym co 'dostaje' magik przez przywoływanie a co dostaje ktoś kto robi pakt? Bo to chyba nie jest to samo?
I ta różnica mi się wydaje kluczowa właśnie na poziomie psychologicznym. Przywoływanie to kontrola, pakt to oddanie się. Te dwa podejścia chyba odzwierciedlają dwa fundamentalne ludzkie lęki - lęk przed utratą kontroli kontra lęk przed tym że nigdy nie będziesz wystarczająco silny.
Właśnie myślę sobie, że w magii ludowej którą ja znam nie ma w ogóle tego rozróżnienia na 'przywoływanie' kontra 'pakt'. Tam po prostu wchodzisz w kontakt z konkretnym duchem, ustalasz relację, i to jest to. Żadnych wielkich ceremonii, cyrografów. Bardziej jak... zawarcie znajomości?
To bardzo ciekawa kwestia bo rozmawiałam kiedyś z kimś, kto twierdził że miał właśnie coś takiego - relację z duchem który się po prostu wycofał bez wyjaśnienia. I ta osoba była przekonana że coś zrobiła nie tak, że go 'obraziła'. Czy to jest znane w jakiejś konkretnej tradycji?
To niesamowite bo ta osoba, o której mówiłam wcześniej, opisywała właśnie coś takiego - że nagle przestała czuć 'kontakt', jakby ktoś wyciął linię. I bardzo to przeżywała, bo wcześniej te sygnały były dla niej czymś normalnym. Ale wróćmy do głównego tematu - czy w kontekście paktu jest coś analogicznego? Że diabeł albo demon 'zrywa' umowę jednostronnie?
Mnie to przypomina bardzo konkretnie strukturę prawną średniowiecznych kontraktów feudalnych. Wasal nie mógł jednostronnie zerwać umowy z seniorem bez utraty wszystkiego. I w tych traktatach demonologicznych widać tę samą logikę - demon jako senior, człowiek jako wasal. Ciekawe że wyobraźnia teologiczna sięgnęła po tak przyziemny model społeczny.
Ale to też dużo mówi o epoce, prawda? Że wyobrażali sobie piekło jako dwór feudalny z hierarchią, kontraktami, prawami. To nie jest ponadczasowa metafizyka, to jest konkretna kultura przykrojona do tamtego świata. Zastanawiam się jak by to wyglądało gdyby te traktaty pisano dziś - czy diabeł podpisywałby NDA?
A co z japońskim kitsune? Bo tam lisica potrafi zawierać coś w rodzaju układów z ludźmi, czasem na ich korzyść, czasem nie. I to jest bardzo ambiwalentne - nie jest zła, ale nie jest też bezpieczna. Czy to nie jest właśnie ten starszy model przed podziałem na dobro i zło?
A propos inicjatywy - czytałam kiedyś że w sarmackiej Polsce był taki motyw, ze czarownica szła na rozstaje dróg i czekała. I ktoś przychodził. Ale nigdy nie byłam pewna czy to jest polska legenda, czy to gdzieś jest naprawdę opisane. Radomir, może wiesz coś o tym?
Jest, to jest motyw bardzo dobrze poświadczony w polskim folklorze - rozstaje dróg jako miejsce spotkania z diabłem. Ale też z wiedźmami i z różnymi innymi. Rozstaje w ogóle to osobna kategoria - miejsce gdzie porządek świata jest słabszy, gdzie granice się rozmywają. Interesujące, że podobna symbolika rozstajów jako miejsca 'między' pojawia się w kulturach od Grecji przez Japonię po obie Ameryki. Hekate stała na rozstajach, crossroads blues jest stamtąd.
O Hekate i rozstajach to wiem, bo pracuję z nią od jakiegoś czasu. I właśnie ta jej natura 'na granicy' jest kluczowa - ona nie jest ani tu ani tam, ani dobra ani zła w prostym sensie. Ale nigdy nie myślałam o niej przez pryzmat paktu. Raczej właśnie jak o tej relacji o której mówiłam - ustalasz kontakt, składasz ofiarę, prosisz. To nie jest sprzedawanie duszy.
