Czyli mamy do czynienia z czymś odwrotnym niż zwykle zakładamy mówiąc o synkretyzmie. Nie przetrwało to co było najważniejsze doktrynalnie, tylko to co było na tyle przyziemne że nikt się tym nie przejął. Bóg słońca który wymaga ofiary z serca - za duże ryzyko. Gest przy sianiu żeby ziarno wschodziło - kto to będzie kontrolować.
ale to jest troche smutne nie? ze wlasnie ta 'wielka' cześć zginela a zostaly tylko strzepki? albo dobrze rozumiem o co chodzi w tej rozmowie?
Natomiast wracając do Rzymian w tytule wątku - bo trochę od nich odpłynęliśmy - to jest ciekawe że Rzym miał zupełnie inną strategię wobec podbitych kultów. Nie niszczył bogów, tylko ich adoptował, czasem wręcz zapraszał do Rzymu oficjalnie, co się nazywało evocatio. Konkwistadorzy działali zupełnie odwrotnie i efekt jest paradoksalnie podobny - bogowie zniknęli jako bogowie, ale zostali jako świeci. Tyle że droga była brutalnie różna.
I właśnie ta różnica między Rzymem a Hiszpanią chrześcijańską jest według mnie kluczowa dla odpowiedzi na pytanie z tytułu wątku. Rzym nie miał problemu z wielością bogów, bo sam miał ich wielu. Konkwistadorzy mieli Boga jedynego i to był punkt wyjścia dla całej polityki religijnej. Nie da się 'adoptować' Huitzilopochtliego kiedy masz dogmat o jedynym Bogu i wszystkie inne byty musisz zakwalifikować jako demony.
Czyli w pewnym sensie gdyby to był Rzym a nie Hiszpania, mielibyśmy dziś może azteckich bogów jako bogów oficjalnych w jakimś panteonie? To jest dziwna myśl ale chyba logicznie wynika z tej rozmowy.
Ta myśl o Rzymie i evocatio jest naprawdę dziwna, ale właśnie dlatego siedzi mi w głowie. Bo gdyby Aztekowie zostali podbici przez kogoś z podobną do Romy elastycznością religijną, to Huitzilopochtli mógłby być dziś kimś w rodzaju Marsa - bóg wojny zaadaptowany, wbudowany w nowy system. A tak po prostu... zniknął jako aktywna siła kultyczna.
To jest chyba jedna z najlepszych rzeczy jakie padły w tym wątku. Kult świętych jako nieoficjalne evocatio. Kościół nie mówi że Tlaloc istnieje, ale pozwala żeby San Isidro Labrador dostawał ofiarę przy studni. Efekt podobny, teologia czysta.
a marani to wiedzieli ze inni też tak robią? czy każda rodzina myślała ze jest jedyna? bo to by zmieniało czy to jest ciągle społeczność czy tylko zbiór jednostek
Zastanawiam się czy to nie jest też trochę kwestia rytmu. Znaczy - rytuały które były związane z konkretnym czasem w kalendarzu traciły zakotwiczenie gdy kalendarz zniknął, ale rytuały związane z miejscem - z konkretnym źródłem, górą, drzewem - mogły trwać po prostu dlatego że miejsce zostało. I to niezależnie od wspólnoty czy izolacji.
Czyli wróciliśmy do miejsca jako nośnika, tylko od innej strony. Na początku mówiliśmy o tym jak synkretyzm działał przez postaci - bóstwo zastępowane świętym. Teraz mówimy o tym że miejsce może przenosić coś bez żadnej postaci, bez imienia nawet.
Cerro del Tepeyac gdzie stoi Guadalupe to chyba najlepszy przykład - bo to było wcześniej miejsce kultu Tonantzin, bogini matki. I to nie jest przypadek że akurat tam pojawiła się ciemnoskóra Matka Boska. Nikt chyba nie powie tego głośno w oficjalnym kontekście, ale chyba wszyscy to wiedzą.
I to jest może najlepsza odpowiedź na pytanie z tytułu wątku. Co się zmieniło z przyjściem konkwistadorów? Zmieniły się imiona i formy. Ale Tonantzin stoi na swojej górze jak stała. Tylko ma teraz inne imię i niebieski płaszcz.
To co napisała Marzenka98 na koniec jest naprawdę silnym podsumowaniem, ale mnie zastanawia jedna rzecz - czy Guadalupe to był wynik świadomej decyzji misjonarzy, żeby zbudować na Tepeyac, czy to był przypadek geograficzny? Bo jeśli pierwsze, to mamy do czynienia z czymś zupełnie innym niż oddolny synkretyzm.
I to jest chyba odpowiedź na pytanie Honorka sprzed kilku postów o to czy biskupi wiedzieli co robią ludzie. Wiedzieli, ale nie reagowali jednolicie. Jedni walczyli, inni wchłaniali, jeszcze inni po prostu przymykali oko bo nie mieli sił ani zasobów żeby kontrolować całą Mezoamerykę.
Mnie zastanawia coś innego. Mówimy dużo o tym co zrobił Kościół i co robili misjonarze, ale co z samymi Aztekamii - czy w ich systemie w ogóle była koncepcja która pozwalała na wchłanianie obcych bogów? Bo Rzym miał evocatio, ale czy Aztekowie mieli coś podobnego?
bozych jencow? to znaczy ze bog mógł być jeńcem? jak to w ogóle działało, czy on miał tam posąg czy coś?
To trochę brzmi jak coś co mogłoby tłumaczyć dlaczego synkretyzm w Meksyku był tak głęboki a nie powierzchowny. Nie dlatego że ludzie byli słabi w wierze, tylko dlatego że nie mieli innego wyjścia żeby w ogóle cokolwiek ocalić.
A co się stało z kapłanami? Mówiliśmy dużo o bóstwach i miejscach, ale przecież ktoś musiał te rytuały prowadzić. Czy po konkwiście w ogóle pozostali jacyś kapłani azteccy?
I znowu marani. Ta paralela jest naprawdę mocna. Konwertyta który zna oba systemy i stoi jedną nogą w każdym jest idealnym nośnikiem synkretyzmu. Nie dlatego że chce mieszać - ale dlatego że dosłownie nosi w sobie oba.
I tu jest pułapka interpretacyjna którą bardzo łatwo przeoczyć. Mamy tekst aztecki zapisany po nahuatl przez azteckiego informatora dla hiszpańskiego misjonarza w XVI wieku. Każdy z tych elementów wprowadza deformację. Pytanie nie brzmi czy tekst jest autentyczny, tylko co tak naprawdę mierzymy gdy go analizujemy.
A wracając do pytania Natki o kapłanów - jest jeszcze jeden wątek który mnie uderza. Mamy dokumentację że niektóre rodziny kapłańskie przetrwały jako specjaliści od kalendarza i astrologii. Konkwistadorzy ich potrzebowali do rolnictwa, do przewidywania pór deszczowych, do organizacji pracy. Więc wiedza rytualna przetrwała pod maską wiedzy praktycznej.
To znaczy że astronomia i kalendarz były takim przykrywką dla wiedzy sakralnej? I nikt tego nie kwestionował?
ale czy ksiedza nie uczyly że pogański kalendarz jest zły albo diabelski? dziwne że pozwalali go używać
To jest chyba jedna z bardziej gorzkich ironii całej tej historii. Wiedza przetrwała bo prześladowcy chcieli ją zbadać żeby skuteczniej zwalczać. Podobna sytuacja była z Inkwizycją i wiedzą o ludowej magii w Europie - protokoły przesłuchań to dziś bezcenne źródło etnograficzne.
To jest coś o czym nie myślałam wcześniej. Czyli wróg jako archiwista. Czy to znaczy że gdyby Inkwizycja nie protokołowała zeznań czarownic, nie wiedzielibyśmy dziś prawie nic o lokalnych kultach magicznych?
Wracając do azteckich bogów i konkwisty - mam wrażenie że cały czas rozmawiamy o tym co zostało, a może warto zapytać o to co zupełnie nie przetrwało. Czy są bóstwa azteckie o których właściwie nic nie wiemy, bo ich kult był zbyt lokalny albo zbyt hermetyczny żeby przetrwać w jakiejkolwiek formie?
To trochę smutne. Wyobrażam sobie że gdzieś był jakiś bóg może patronujący konkretnej ulicy albo cechowi garncarzy, i po prostu nie ma już żadnego śladu poza tym że ktoś go kiedyś wpisał na listę. Jak to się ma do tych wielkich bogów azteckich których znamy - Huitzilpochtli, Quetzalcoatl - oni przetrwali właśnie dlatego że byli ważni dla całego imperium?
