I to jest znowu paralela z Rzymem. Wielkie bóstwa olimpijskie przetrwały w kulturze, literaturze, sztuce. Ale kult Larów domowych, bogów skrzyżowań, lokalnych numinów - to prawie całkowicie wyparowało po chrystianizacji. Może i tam zostało kilka imion na liście, ale żywego kultu już nie ma.
Czyli wielkość boga w jakimś sensie chroniła go przed zapomnieniem, ale jednocześnie czyniła go większym celem dla misjonarzy? To jakiś paradoks - im ważniejszy, tym bardziej atakowany, ale też tym bardziej zapamiętany.
Ten paradoks który opisuje Natka_A jest chyba kluczem do zrozumienia całej dynamiki konkwisty religijnej. Huitzilopochtli był atakowany z całych sił właśnie dlatego że był bogiem słońca i wojny, sercem azteckiego imperium. A jednak dziś wiemy o nim więcej niż o dziesiątkach pomniejszych bóstw. Misjonarze musieli go opisać żeby wiedzieć co zwalczają. Paradoks przetrwania przez prześladowanie.
Ale czy to nie działa też w drugą stronę? Znaczy - czy nie jest tak że te wielkie bóstwa są dziś może bardziej zniekształcone właśnie dlatego że misjonarze opisywali je przez pryzmat własnej teologii? Huitzilopochtli jako aztecki szatan to zupełnie inny obraz niż Huitzilopochtli widziany oczami kapłana w Tenochtitlanie.
Przepraszam że przerywam, ale chcę się upewnić że dobrze rozumiem. Czy to znaczy że my dziś tak naprawdę nie wiemy jak naprawdę wyglądał rytuał ofiary dla Huitzilopochtliego? Jak to przeżywali ludzie którzy w tym uczestniczyli, co czuli, co rozumieli przez to duchowo?
To jest naprawdę głęboki problem. Myślę że podobnie jest z średniowieczną mistyką europejską - Hildegarda z Bingen opisuje swoje wizje, ale co naprawdę widziała i czuła, tego nie odtworzymy. Każdy mistyczny opis jest tłumaczeniem doświadczenia na słowa, a słowa zawsze są za małe. W przypadku azteckim do tego dochodzi jeszcze tłumaczenie międzykulturowe i wymuszone przez kontekst kolonialny.
Ale czy azteccy kapłani w ogóle chcieli cokolwiek opowiadać misjonarzom? Skoro ich bóstwa były atakowane jako demony, może po prostu kłamali albo mówili jak najmniej? Czy mamy jakieś sygnały że informatorzy byli szczerzy?
Czyli coś jak kod? Że mówili jedno a mieli na myśli drugie? Czy mamy jakieś przykłady gdzie to rozszyfrowali?
I tu wracamy do głównego pytania tego wątku o konkwistę, bo Guadalupe to chyba najlepszy przykład co się zmieniło. Nie zginęło, nie przetrwało - transformowało się w coś nowego co nie jest ani dawnym ani nowym, ale czymś trzecim.
I to jest właśnie ta wielowarstwowość o której mówiłam wcześniej. Nie ma jednej odpowiedzi bo nie było jednego azteckiego doświadczenia konkwisty. Kapłan, rolnik, kupiec, kobieta z targu - każde z nich przechodziło przez to inaczej. A my mamy głównie głos kapłanów bo to oni umieli pisać i to ich pytali misjonarze.
a co z kobietami? czy jest jakiś ślad co one robiły z tą religią po konkwiście? bo kapłanki chyba były w azteckim kulcie?
To jest makabryczne w swojej wymowie. Żeby dotrzeć do głosu azteckich kobiet, musimy czytać akta inkwizycji. Czyli ich słowa przetrwały tylko dlatego że były przesłuchiwane, oskarżane. Nic więcej po nich nie zostało.
Czyli można powiedzieć że im mniejszy i mniej widoczny rytuał, tym większa szansa że przeżył? A te wielkie widowiskowe ceremonie, ofiary, procesje - to właśnie zniknęło bo było za bardzo na widoku?
A jak to się ma do bogów? Czy domowe praktyki azteckie miały w ogóle swoich bogów, czy może były bardziej skupione na duchach, na sile natury, bez konkretnych imion i historii?
To trochę jak z naszymi słowiańskimi domownikami i boginkami, nie? Nikt ich specjalnie nie prześladował bo kościół nie bardzo wiedział co to jest i jak to zwalczać. A ludzie po prostu zostali przy swoich nawykach.
I tu wracamy do pytania o to jak obrać tę cebulę - bo jeśli mamy ciągłość tylko w żywej praktyce, nie w tekstach, to mamy do czynienia z czymś zupełnie innym niż badanie źródeł pisanych. To jest antropologia, nie historia religii. Czy te dwie ścieżki w ogóle dają się połączyć?
Chyba muszą, bo żadna z osobna nie wystarczy. Tekst bez żywej praktyki jest martwą literą, a praktyka bez kontekstu historycznego unosi się w powietrzu bez zakorzenienia. Tylko zestawiając jedno z drugim można coś uchwycić, nawet jeśli to zawsze będzie przybliżenie.
Czytałam fragmenty i jest naprawdę gęsty. Ale jego koncepcja 'core' wierzeń - rdzenia który przetrwał transformacje - jest jednocześnie świetna i kontrowersyjna. Bo zakłada że jest jakiś stały element przez tysiące lat. A co jeśli to też jest iluzja spójności którą badacz nakłada na materiał?
To pytanie o granicę między 'tym samym rdzeniem' a 'nowym tworem w starym języku' mnie nie odpuszcza od jakiegoś czasu. Bo jeśli nie możemy tego rozstrzygnąć obiektywnie, to czy Lopez Austin w ogóle coś udowodnił, czy raczej stworzył przekonującą narrację? I co ważniejsze - czy to w ogóle ma znaczenie dla kogoś kto tę praktykę żyje?
i tu się zaczyna napięcie między akademicką a duchową lekturą tych zjawisk. Dla badacza ciągłość musi być udowodniona. Dla praktykującego w Oaxace który mówi do lokalnego ducha wzgórza - to pytanie jest kompletnie bez sensu, bo to jest po prostu jego życie. Kogo tu słuchamy?
Ale czy to samo nie dotyczy naszych bogów słowiańskich? Przecież te nasze rekonstrukcje też są w dużej mierze budowane przez kogoś z zewnątrz, z kawałków. Nikt żyjący w dziesiątym wieku nie myślał 'cześć Perunowi jako bogu burzy w tradycji słowiańskiego politeizmu'.
A czy wiadomo jak konkwistadorzy podchodzili do azteckich bogów - znaczy czy traktowali ich jako demony, fałszywych bogów, czy może coś jeszcze innego? Bo to chyba miało wpływ na to co próbowali wykorzenić w pierwszej kolejności.
Czyli na samym początku było coś w rodzaju dialogu? Czy to nie jest trochę dziwne biorąc pod uwagę jak to się potem skończyło?
I tu jest ta gorzka ironia - najlepszy opis azteckiej religii zawdzięczamy komuś kto zbierał to żeby ją wykorzenić. Trochę jak z tymi kobietami w aktach inkwizycji.
To jest naprawdę przygnębiające jak o tym myślę. Cały obraz jaki mamy jest przez kogoś przefiltrowany, i to przez kogoś kto był przeciwko. Czy w ogóle możemy dotrzeć do tego jak to wyglądało 'od środka'?
A co z religią aztecką po podboju - czy były jakieś podziemne ruchy oporu, próby zachowania kultu, tajne ceremonie? Gdzieś czytałam że tak, ale nie wiem czy to prawda.
i tu wraca kwestia skali - kacykowie to elita, mieli zasoby i osłonę żeby coś ukrywać. Ale co ze zwykłymi ludźmi? Czy oni mieli inne strategie przetrwania, bardziej oddolne?
