I właśnie tu, wracając do tytułu - kiedy Hiszpanie nałożyli chrześcijaństwo, ta cała trójdzielna koncepcja człowieka musiała zostać zastąpiona prostą nieśmiertelną duszą. Ale ludzie nie przestali odczuwać, że coś 'zostaje' po śmierci w miejscu. Stąd latynoskie wierzenia o susto - przestrachu, który może 'wytrącić' tonalli z ciała, i o curanderos, którzy go przywołują z powrotem. To jest aztecka koncepcja wewnątrz katolickiego świata.
Susto to naprawdę dobry przykład, bo jest do dziś praktykowane i żaden proboszcz nie jest w stanie tego wyeliminować. Ale mam pytanie do Kometki - czy macie jakiś pogląd na to, kiedy ta hybrydyzacja zaczęła być świadoma? Czyli kiedy ludzie zaczęli rozumieć, że robią coś azteckiego pod katolicką nazwą, zamiast po prostu kontynuować to, co wiedzieli?
To jest chyba pytanie bez dobrej odpowiedzi, bo 'świadomość' tradycji zmienia się pokoleniami. Ale mam wrażenie, że meksykański ruch rdzennych praw z drugiej połowy XX wieku to był moment, kiedy to stało się świadome politycznie - nagle susto, curanderismo, Día de Muertos przestały być 'ludowym przesądem', a stały się 'podtrzymywaniem kultury prekolumbijskiej'. Zmiana etykiety zmieniła rozumienie tego, co się robi.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale to zdanie o susto mnie zatrzymało. Czyli to jest praktykowane do dzisiaj? Jak to wygląda? Chodzi o jakiś rytuał czy bardziej o przekonanie?
To jest właśnie to pytanie, na które nie ma prostej odpowiedzi, bo zależy od regionu i pokolenia. W Oaxace czy Chiapas są społeczności, gdzie curanderzy bardzo świadomie mówią o tradycji przodków i odróżniają ją od kościelnej. W miastach to jest bardziej zmieszane. I tu znowu wracamy do tytułu tego tematu - konkwistadorzy myśleli, że niszczą system, a tymczasem system po prostu zmienił słownik.
Właśnie to miałam na myśli, gdy pisałam o pytaniu Czarownicy dotyczącym świadomości tej hybrydyzacji. Mam wrażenie, że to była długo świadomość zbiorowa, nie jednostkowa - nikt nie siadał i nie planował 'teraz będziemy udawać, że to katolickie'. To się działo organicznie, a świadomość polityczna i intelektualna tego procesu przyszła dopiero dużo, dużo później. Mam jednak inne pytanie - czy ktoś wie, jak to wyglądało od strony konkwistadorów? Tzn. czy byli tacy, którzy rozumieli co widzą?
Był Bernardino de Sahagún, którego już kilka razy tu wymieniliśmy. Był też Diego Durán, który napisał 'Historia de las Indias de Nueva España' i był chyba bardziej ambiwalentny - opisywał tradycje azteckie z wyraźnym podziwem, ale właśnie po to żeby je wykorzenić skuteczniej. I tu jest paradoks, bo żeby zniszczyć coś dokładnie, trzeba to najpierw bardzo dobrze zrozumieć. Ci mnisi stworzyli najlepszą dokumentację tego, co próbowali usunąć.
Sahagún podobno był wewnętrznie rozdarty. Część jego zapisków ma ton, który historycy określają jako niezamierzone uznanie - opisując czeremonie, używał słów, które sugerowały, że widział w nich coś autentycznego. Ale to zawsze jest interpretacja i nie możemy wiedzieć, co czuł. Poza tym - czy to w ogóle zmienia coś w tym, co się stało?
A mnie zastanawia co z bogami. Znaczy jeśli Aztekowie mieli tych bogów, Quetzalcoatla, Huitzilopochtliego i resztę - to co się z nimi stało według samych Azteków, gdy przyszli Hiszpanie? Czy aztecka teologia miała jakieś wyjaśnienie dla klęski własnych bogów?
To brzmi jak koniec epoki w dosłownym sensie - aztecki kalendarz dzielił czas na ery, prawda? Czyli dla nich to mogło być nie tyle klęska, co przejście do kolejnego słońca? Pamiętam, że wcześniej ktoś wspominał o pięciu słońcach.
To jest pytanie, na które chciałabym znać odpowiedź. Nie spotkałam bezpośrednich zapisów tego lęku, ale jest coś pośredniego - wzrost pewnych rytuałów domowych i ukrytych praktyk właśnie w pierwszych dekadach po 1521 roku. Jakby ludzie szukali zastępczych sposobów na podtrzymanie porządku kosmicznego. To może być właśnie ten moment, w którym synkretyzm zaczął się nie z filozofii, ale ze strachu.
To mnie uderza - że synkretyzm mógł mieć korzenie w lęku, nie w otwartości. Jak ktoś się boi, że świat zgaśnie, to zrobi wszystko żeby podtrzymać jakiś rytuał, nawet w ukryciu. I nagle rozumiem lepiej dlaczego to tak głęboko przetrwało.
I to też odpowiada na pytanie z początku tej rozmowy o to, czy magia przetrwała konkwistę. Przetrwała, bo ludzie nie mogli sobie pozwolić na to, żeby nie przetrwała. Przy całym szacunku do kwestii teologicznych - ktoś musiał zadbać o deszcz, o zbiory, o chorych. Curandera nie jest egzotyką, to jest system reagowania na potrzeby, którego żaden edykt nie mógł zlikwidować.
I tu się zamyka pewien krąg tej dyskusji. Zaczęliśmy od pytania co się zmieniło z przybyciem konkwistadorów, a wychodzi na to, że zmieniły się formy, zmienił się język, zmieniły się nazwy - ale funkcja wielu praktyk pozostała. Co by sugerowało, że może to funkcja jest pierwotna, a forma wtórna. Czy to jest wniosek, który da się obronić?
To jest pytanie o to, czy bóstwo jest imieniem, atrybutem czy funkcją. I nie ma na to jednej odpowiedzi nawet w akademickiej religioznawstwie. Tlaloc był panem wody, płodności, życia dawanego przez deszcz. Izydor Farmer jest patronem rolników. Nakładanie się jest oczywiste. Ale czy cokolwiek z azteckiego rozumienia Tlaloca - jego związku z Tlalocanem, ze światem po śmierci dla tych co utonęli - czy to przetrwało w kulcie świętego?
a czy jest jakiś sposób żeby to rozróżnić? Znaczy jak religioznawcy podchodzą do pytania o ciągłość versus analogię? Bo intuicyjnie wydaje mi się że to musi być nieskończenie trudne do udowodnienia.
Czytałam gdzieś że jednym ze wskaźników jest specyfika detalu - jeśli praktyki przy wodzie zawierają elementy, które nie mają sensu w chrześcijańskim kontekście, ale mają precyzyjne odpowiedniki w azteckim, to jest argument za ciągłością. Analogia raczej generuje zbieżności ogólne, a ciągłość zostawia bardzo konkretne ślady.
I dlatego Sahagún jest tak ważny - jego Florentine Codex zawiera te detale zanim zostały zapomniane albo ukryte. Gdyby nie on, pewnie nie mielibyśmy żadnego punktu porównawczego. Ironia polega na tym, że człowiek, który zbierał te informacje żeby lepiej zwalczać 'bałwochwalstwo', stworzył jedyny dokument umożliwiający udowodnienie przetrwania tego bałwochwalstwa.
Lament za bogami to ciekawy wątek, bo zakłada że dla piszących bogowie już odeszli albo zostali pokonani. A wcześniej rozmawialiśmy o tym, że aztecka kosmologia zakładała zmienność er. Ciekawe czy te pieśni odczytują konkwistę jako koniec Piątego Słońca, czy może jako coś całkiem innego - jako klęskę w starym sensie, czyli opuszczenie przez bogów.
Był taki koncept - teotl jako energia boska, która może odpłynąć. Nie tyle że bóg rezygnuje z ludu, ale że rytualna więź zostaje zerwana i energia przestaje przepływać. To by pasowało do logiki ofiary którą wcześniej omawialiśmy - bez właściwego rytuału relacja się urywa. Klęska mogła być rozumiana właśnie jako efekt tej przerwy, a nie jako wola bogów żeby ukarać.
I to jest fundamentalna różnica wobec biblijnego schematu, gdzie Bóg karze lud za nieposłuszeństwo. W azteckim systemie nie ma moralnego wyroku - jest energetyczny deficyt. To nie 'zasłużyliście na to' tylko 'równowaga się zachwiała'. Czy to może dlatego synkretyzm był w ogóle możliwy - bo aztecki system był proceduralny, a nie moralny w sensie przymierza?
ale to znaczy ze ten swiety ktory sie modli tez jest jakby napelniany ta energia? jak tlaloc ale w nowym opakowaniu? to dziwne ale w jakis sposob rozumiem o co chodzi
I to chyba tłumaczy też dlaczego ta tradycja jest tak żywa - bo jest elastyczna strukturalnie, nie dogmatyczna. Możesz dorzucić nowy element i nie rozsypuje się całość. To jest coś, czego w europejskim kościele nie dało się zrobić tak łatwo, bo tam forma rytuału jest doktrynalnie ważna.
To jest chyba największe napięcie w tej rozmowie i właśnie dlatego mi się podoba - nie ma tu łatwej odpowiedzi. Mam wrażenie że dyskutujemy o tym co właściwie znaczy przetrwanie tradycji i czy przetrwanie musi oznaczać wierność oryginałowi. A to jest pytanie które dotyczy nie tylko Azteków, ale w ogóle każdej żywej tradycji duchowej.
To chyba zależy od regionu i od tego jak szybko nastąpiła ewangelizacja. W miejscach gdzie franciszkanie pracowali intensywnie, wiedza o dawnych rytuałach mogła zanikać szybciej. Natomiast w bardziej odległych społecznościach mogła istnieć ciągłość pamięci, czyli babcie które pamiętały jak było przed i które wiedziały co modlitwa przy wodzie 'naprawdę' znaczy. Tylko że ta warstwa ustna prawie nie zostawia śladów w źródłach pisanych.
To brzmi jakby szybkość zniszczenia miała paradoksalnie znaczenie dla tego co zostało. Im szybciej się coś rozsypało, tym mniej czasu na adaptację? Ale jakoś mi się wydaje że jest odwrotnie - że gwałtowność mogła sprawić że ludzie mocniej trzymali się tego co mieli w głowach, bo nie było czasu żeby się stopniowo 'nawrócić'.
I to jest właśnie to co Sahagún zdaje się dokumentować mimowolnie - że między teologią a praktyką codzienną była przepaść. On pytał uczonych, tlamatinime, i oni mu tłumaczyli system. Ale to co robi wieśniak przy polu to inna warstwa. I ta druga warstwa jest dokładnie tym co przetrwało najłatwiej, bo nikt jej nie postrzegał jako zagrożenie dla wiary.
