Ale to jest w sumie niesamowite jak bardzo te dwie drogi - asceza i tantra - mają lustrzane wersje tych samych problemów. Jedna mówi: uważaj na błogość, może cię zwieść. Druga mówi: błogość jest celem ale uważaj na jej fałszywe wersje. Czyli oba systemy ostrzegają przed tym samym, ale z dokładnie odwrotnych pozycji?
Dobra, to teraz już naprawdę rozumiem dlaczego Rozmarynek zadała to pierwsze pytanie o różnicę między ascetą a joginą. Bo to nie jest pytanie o technikę - to jest pytanie o to, czym w ogóle jest rzeczywistość i co z nią robimy. I chyba nie ma jednej odpowiedzi, bo każda tradycja odpowiada na to inaczej. Ale co mnie ciekawi - czy ktoś z was próbował kiedyś łączyć elementy różnych dróg? I czy to w ogóle ma sens?
No właśnie, bo cały czas mówimy o tradycjach jak o zamkniętych systemach. A co ze współczesnymi ludźmi, którzy medytują buddyjsko, robią pranajamę z jogi i czytają o kabale? Czy to jest to co Crystaline wcześniej nazwała spirytualnym solipsyzmem, czy może coś innego - coś na kształt indywidualnej syntezy?
Właśnie o to mi chodziło i dziękuję, że Crystaline to powiedziała wprost. Bo czuję się trochę opisana w tym pytaniu Guslarza. Robię medytację z aplikacji, czytam o jodze, ostatnio zaczęłam czytać o sufizmie. I teraz mam poczucie, że może robię coś bez sensu. Ale z drugiej strony - skąd mam wiedzieć, która droga jest 'moja', zanim jej nie spróbuję?
To pytanie o autentyczność kontra skuteczność wraca w religioznawstwie od lat. Ale wróćmy na chwilę do czegoś konkretnego, bo mi się wydaje, że zgubiłyśmy jeden wątek. Rozmarynek pytała o to, co każda tradycja uważa za fałszywe oświecenie. I to jest naprawdę klucz do porównania ascety z joginą. Asceta chrześcijański boi się 'plane', złudzenia - ale co konkretnie w tradycji jogi jest tym odpowiednikiem? Wibracja22, czy możesz to doprecyzować? Bo nyam to termin tybetański, a joga klasyczna to chyba coś innego.
To mi otwiera kolejne pytanie. Jeśli asceza chrześcijańska ostrzega przed złudzeniem, joga ostrzega przed mocami, tantra ostrzega przed fałszywą błogością - to czy w tekstach Hekhalot też jest jakieś analogiczne ostrzeżenie? Bo mistycy wchodzący do niebiańskich pałaców chyba też na coś uważali. Pamiętam że jest coś o tym, że nie każdy kto wchodził, wychodził cały.
Tak, i to jest jedna z najbardziej znanych historii w tym kręgu. Czterej rabini, którzy weszli do Pardess - ogrodu mistycznego. Jeden umarł, jeden oszalał, jeden 'ścinał młode pędy', czyli skończył jako heretyk, i tylko Rabbi Akiwa wyszedł w pokoju. To jest właśnie ten odpowiednik - niebezpieczeństwo przedwczesnego lub nieodpowiedniego wejścia w kontakt z tym, co jest na górze. A w samych tekstach Hekhalot są opisy strażników przy bramach pałaców, którzy dosłownie mogą zniszczyć nieprzygotowanego mistyka.
Poczekajcie, bo to brzmi naprawdę poważnie. Mistycy żydowscy bali się dosłownie że mogą umrzeć albo zwariować przy próbie takiej podróży? To nie jest metafora? I jak się przed tym bronili - mieli jakiś odpowiednik nauczyciela jak w tantrze?
I tu właśnie widać, że różnice między ścieżkami, o których tyle mówiłyśmy, schodzą się w jednym punkcie. Każda tradycja zakłada, że sama dobra wola i wysiłek nie wystarczą. Potrzebna jest wiedza o terenie. Asceta ma mistrzów pustelnię i tekst. Jogin ma gurę i sutry. Mistyk żydowski ma pieczęcie i imiona. To jest odpowiedź na pytanie Poli o to, skąd wiadomo, jak wybrać drogę - bo każda droga zakłada, że bez przewodnika i mapy wejście jest ryzykowne.
No i tu mamy problem, który chyba każdy z nas czuje, tylko nie zawsze chce głośno powiedzieć. Bo to pytanie Poli jest bardzo konkretne i nie ma na nie ładnej odpowiedzi. Rozmarynek, ty to może wiesz lepiej niż ja - czy w którymś z tych systemów jest jakiś zewnętrzny sprawdzian mistrza? Coś obiektywnego?
Pytasz mnie jakbym wiedziała 🙂 Właśnie dlatego tu jestem i pytam razem z wami. Ale przypomniało mi się coś, co czytałam - że w tradycjach indyjskich jest pojęcie 'parampara', czyli lineaż przekazu, łańcuch od nauczyciela do nauczyciela sięgający wstecz. I to jest właśnie ta weryfikacja - mistrz jest wiarygodny, bo pochodzi z uznanej linii. Tylko że to znowu zamknięte koło - żeby ocenić linię, musisz już być w środku tradycji.
O rany, ta rozmowa idzie w miejsca, których się nie spodziewałam kiedy wchodziłam do tematu. Mam jedno głupie pytanie, przepraszam - czy te wszystkie tradycje, o których mówicie, w ogóle uznałyby nawzajem swoich mistrzów? Tzn. czy asceta chrześcijański powiedziałby o guru tantrycznym że jest 'prawdziwy', albo odwrotnie?
I to jest właśnie ten moment, gdzie wraca pytanie, które Tarninka postawiła wcześniej - że nie ma jednej odpowiedzi, bo odpowiedź zależy od tego, czym w ogóle jest rzeczywistość. Jeśli rzeczywistość jest niedualna jak w adwajcie - to wszystkie drogi w jakimś sensie do niej zmierzają, choć opisują to inaczej. Jeśli rzeczywistość jest relacją z Bogiem osobowym jak w tradycji żydowskiej czy chrześcijańskiej - to drogi, które tę relację pomijają, są po prostu błędne. To nie jest kwestia tolerancji, tylko metafizyki.
Chcę wrócić do jednej rzeczy, bo czuję że ją przeskoczyłyśmy, a jest ważna. Mówiliśmy o pieczęciach w Hekhalot jako analogu mapy. Ale jest jedna różnica od jogi i ascezy, którą warto wyraźnie powiedzieć. W jodze i ascezie praktykant sam transformuje siebie - ciało, oddech, uwaga, umysł, to wszystko jest materiałem. W Hekhalot mistyk wchodzi w gotową strukturę rzeczywistości, która już tam jest i od niego nie zależy. To bardziej podróż niż przemiana. I to jest chyba głęboka różnica w tym, co rozumiemy przez wyzwolenie.
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i nie zabierałam głosu, ale muszę zapytać o jedną rzecz. Czy któraś z tych tradycji mówi wprost, że droga może być inna dla różnych ludzi? Że ktoś z natury jest ascetą a ktoś inny nie? Bo słucham tego wszystkiego i zastanawiam się, czy może te różne ścieżki istnieją właśnie dlatego, że ludzie są różni, a nie dlatego, że jedna jest lepsza od drugiej.
A mnie zastanawia coś innego. Cały czas mówimy o hinduizmie, jodze, tradycjach żydowskich - ale gdzie w tym wszystkim jest ciało? Bo asceza chrześcijańska i hinduska traktuje je inaczej niż tantra, prawda? I to chyba jest jeden z fundamentalnych podziałów w tym temacie.
Ale czy to nie znaczy że mają inne rozumienie tego, czym w ogóle jest wyzwolenie? Bo jeśli ciało jest złe - to po wyzwoleniu go nie ma. A jeśli ciało jest droga - to co po wyzwoleniu z nim się dzieje?
Właśnie o to mi chodziło od początku tego wątku. Wszystkie te systemy brzmią pięknie w teorii, ale co to znaczy dla kogoś, kto siada dziś wieczór i zaczyna medytować. Co to zmienia praktycznie - czy idę ścieżką ascety czy jogina?
O, to jest dla mnie naprawdę pomocne, bo jakoś nie umiałam tego uchwycić wcześniej. Czyli można powiedzieć, że różnica między ascetą a joginem nie leży w tym co robią na co dzień, tylko w tym co myślą kiedy coś idzie nie tak?
Słucham tego i ciągle wracam do pytania, od którego zaczęłam. Czy te diagnozy muszą być sprzeczne? Bo kiedy czytam opisy mistyków chrześcijańskich - Jana od Krzyża, Mistrza Eckharta - to oni też mówią o jakimś rozpoznaniu, o 'ogołoceniu' duszy z wszelkich wyobrażeń o Bogu. To brzmi bliżej jnany niż walki z wolą. Czy to jest przypadek?
Rozmarynek, Jan od Krzyża to jest właśnie ten przykład, który zawsze wywraca schemat. Bo on z jednej strony jest ascetą w sensie dosłownym - post, ubóstwo, umartwianie. A z drugiej strony jego doktryna to jest apofaza, negacja wszelkich wyobrażeń, coraz bardziej przypomina adwajckie 'neti, neti'. Czy to zbieżność, czy istnieje jakiś głębszy wzorzec?
Hej, przepraszam że przerywam taki mądry wątek, ale chcę się upewnić że dobrze rozumiem. 'Neti neti' znaczy 'nie to, nie to' - czyli odrzucanie wszystkich definicji boga jeden po drugim? I Jan od Krzyża robił to samo tylko inaczej to nazywał?
I to chyba jest odpowiedź na pytanie Eleonorki sprzed chwili. Różnica nie jest tylko w tym jak reagujesz na przeszkodę - różnica jest w tym, co w ogóle masz nadzieję znaleźć na końcu drogi. Asceta chce być z Bogiem. Jogin jnana chce rozpoznać, że zawsze był Bogiem. A mistyk Hekhalot chce stanąć przed Bogiem i wrócić żywy.
Ale czy na pewno do różnych miejsc? To jest właśnie pytanie, które perenializm zadaje od Aldousa Huxleya. Że opisy końcowego stanu - cisza, jedność, przekroczenie ego, obecność - są na tyle podobne w różnych tradycjach, że może to jest to samo miejsce, tylko opisywane innym językiem. Nie zgadzam się z tym bezwarunkowo, ale argument nie jest głupi.
To jest chyba najlepsza puenta do tej rozmowy, choć wiem że to nie koniec. Bo wracam do pytania z tytułu - asceci i jogini - i teraz widzę, że to nie jest pytanie o dwie konkurencyjne techniki. To pytanie o to, jak rozumiesz siebie, rzeczywistość i to, do czego w ogóle chcesz dojść. I każda z tych odpowiedzi prowadzi gdzie indziej. Ale nie wiem czy to znaczy że jedna jest prawdziwsza - skąd można to wiedzieć?
Dobra, to ja mam jeszcze jedno głupie pytanie, bo trochę się zgubiłam. Rozmarynek napisała że to pytanie o to jak rozumiesz siebie i rzeczywistość. Ale czy to znaczy, że zanim wybierzesz ścieżkę - ascezę albo jogę - musisz już wiedzieć, co myślisz o tych wielkich pytaniach? Bo ja nie wiem. I co wtedy?
A wracając do praktyki - bo trochę odpłynęliśmy - czy ktoś tu faktycznie próbował czegoś z tych tradycji? Nie w sensie przeczytania książki, tylko na serio: post, ćwiczenie jogi, medytacja w stylu ascetycznym? Bo mam wrażenie że rozmawiamy bardzo abstrakcyjnie.
