Zaczęłam ostatnio czytać o mitach kosmogonicznych i uderzyło mnie, jak bardzo różne kultury niezależnie od siebie tworzyły podobne opowiadania o tym, skąd się wziął świat, ludzie, śmierć, ogień. Mam na myśli właśnie te mity etiologiczne, czyli takie, które odpowiadają na pytanie 'dlaczego tak jest'. Dlaczego wąż się liże, dlaczego słońce zachodzi, dlaczego ludzie umierają. W mitologii greckiej mamy Prometeusza kradnącego ogień, w afrykańskich tradycjach są podobne opowieści o bohatera tricksterze. Czy ktoś zna jakieś szczególnie ciekawe przykłady z tradycji, o których tu rzadko się mówi? Chodzi mi o te mniej znane, nie Genezis ani Enuma Elisz.
Akurat ostatnio wertowałem materiały o mitologii Dogonów z Mali i tam jest niesamowita historia o Nommo, istotach wodnych, które zstąpiły z nieba i nauczyły ludzi rolnictwa, tkactwa, porządku społecznego. Ale co mnie bardziej zastanowiło, to że mit etiologiczny nie zawsze jest tylko 'historyjką'. U Dogonów te opowieści są jednocześnie instrukcją inicjacyjną. Czy to nie jest tak, że mity etiologiczne pełnią różne funkcje w różnych kulturach i nie możemy ich wszystkich wrzucać do jednego worka?
Zgadzam się z tym rozróżnieniem, ale powiem więcej. Mit etiologiczny to nie jest gatunek literacki, to kategoria funkcji. Ta sama opowieść może być etiologiczna dla jednej grupy, a dla innej czysto liturgiczna. Weź mity o stworzeniu z tradycji huronów, Irokez albo Lakotów. Mit o Żółwiej Wyspie, gdzie świat powstaje na grzbiecie żółwia, wyjaśnia nie tylko 'skąd ziemia', ale też dlaczego ziemia jest żywa, dlaczego mamy obowiązki wobec niej. To nie jest tylko kosmogonia, to etyka ukryta w opowieści. Dlatego pytanie 'skąd wziął się świat' nigdy nie jest tylko astronomiczne.
To bardzo dobre pytanie, bo mi przychodzi na myśl taoizm. W Tao Te Ching jest taki fragment, że Tao, które można opisać, nie jest wiecznym Tao. I ten mit początku jest tam właściwie nieobecny, bo samo pytanie o stworzenie jest traktowane jako błędnie postawione. Ciekawe, że to też jest rodzaj etiologicznego podejścia, tylko odwróconego. Wyjaśnienie brzmi: nie pytaj skąd, patrz jak. Nie wiem czy to się kwalifikuje jako mit etiologiczny w ścisłym sensie ale jakoś to pasuje do rozmowy.
Zależy co rozumiemy przez 'mit etiologiczny'. Antropolodzy mają tu różne szkoły. Malinowski uważał, że mity są przede wszystkim społeczne, sankcjonują istniejący porządek. Lévi-Strauss widział w nich struktury binarne, napięcia między przeciwieństwami. Ale jest jeszcze szkoła, która mówi, że każdy mit etiologiczny to zakodowana obserwacja astronomiczna albo przyrodnicza. I teraz pytanie do was: jak wy intuicyjnie to czujecie? Które z tych podejść jest wam bliższe, gdy czytacie jakiś mit?
O matko, to mi otwiera zupełnie nową perspektywę. Czyli mity etiologiczne to nie tylko wyjaśnienia przyrodnicze, ale też coś w rodzaju politycznych lub religijnych manifestów swojej epoki? Czy jest jakiś mit, który wam szczególnie wyraźnie to pokazuje? Szukam jakiegoś konkretnego przykładu, który mogłabym potem gdzieś przeczytać.
Enuma Elisz z Babilonii, choć już znasz tę nazwę, jest tu podręcznikowym przykładem. Marduk zabija Tiamat i z jej ciała tworzy świat, a potem tworzy ludzi po to, żeby pracowali dla bogów. Ten mit był recytowany podczas babilońskiego Nowego Roku, akitu, i był bezpośrednio powiązany z umocnieniem władzy króla jako namiestnika Marduka. Stworzenie świata i legitymizacja władzy politycznej w jednym pakiecie. Ale jeśli chcesz coś mniej oczywistego, poszukaj tekstów Popol Vuh Majów. Tam ludzie są stwarzani kilkakrotnie, bo pierwsze wersje zawodzą bogów, i dopiero kukurydza daje właściwych ludzi. To jest mit o tym, czym człowiek powinien być, nie tylko skąd pochodzi.
Akurat Popol Vuh mnie bardzo wciągnął, bo tam są te kolejne próby stworzenia człowieka i każda jest nieudana z innego powodu. Ludzie z błota się rozpadają, ludzie z drewna nie mają duszy, są zimni, nie pamiętają bogów. To mi się kojarzy z pewnym wątkiem w kabale, gdzie też jest kilka prób stworzenia lub kilka poziomów duszy. Czy ktoś widzi tu realny strukturalny związek czy to tylko przypadkowe podobieństwo?
Właśnie ta konwergencja mnie zawsze uderza, jak sie czyta mity z różnych kontynentów. Prawie wszędzie jest motyw wody przed stworzeniem, ciemność lub chaos, bóstwo które rozdziela, czasem jakis ptak lub żółw na początku. To niemożliwe żeby wszystkie te kultury się ze sobą dogadywały, więc albo to jest coś głęboko ludzkiego w sposobie myślenia, albo coś w samej strukturze rzeczywistości podsuwa nam te obrazy. Bardziej mi to drugie siedzi w głowie, ale nie mam dowodów, tylko przeczucie.
Nie jestem ekspertką ale wtrącę sie bo mam pytanei. Jak sie mówi o mitach etiologicznych to mam wrazenie ze zawsze jest jakis stwórca lub bóstwo. A czy sa tradycje gdzie stworzenie jest bez żadnego celowego sprawcy, jakby samo się stało? Bo mi przychodzi do głowy może buddyzm? Ale nie jestem pewna czy buddyzm w ogóle ma mit stworzenia.
A co z tradycjami, gdzie stworzenie jest wynikiem błędu lub przypadku? Bo Popol Vuh już wspominaliśmy, ale jest też gnostycki mit o Demiurgu, który tworzy świat przez pomyłkę albo z pychy, bez wiedzy wyższego Boga. To jest kompletnie inna etiologia niż 'dobry Bóg stworzył dobry świat'. Tutaj odpowiedź na pytanie 'dlaczego świat jest niedoskonały i pełen cierpienia' jest wbudowana w sam akt stworzenia. Ciekawe jak bardzo ta narracja odbiega od ortodoksji.
Słucham tej dyskusji i mam takie wrażenie, że te wszystkie mity, niezależnie od kultury, próbują odpowiedzieć na to samo podstawowe pytanie: czy jesteśmy tu przypadkowo czy z jakiegoś powodu. I każda odpowiedź etiologiczna, nawet ta gnostycka gdzie stworzenie to błąd, daje jednak jakąś strukturę, coś do czego można się odnieść. Może właśnie to jest funkcja mitu, nie wyjaśnienie naukowe, ale zakotwiczenie człowieka w sensie. Czy to naiwne podejście?
Mnie od zawsze ciągnie do opowieści z Rigwedy o Purushy, pierwotnym olbrzymie, z którego ofiary bogowie tworzą wszystkie stany, kasty, planety, hymny. Jest w tym coś, co łączy wszystko w jedną całość, ofiarę jako akt kosmiczny. Ale co ciekawsze, ta sama struktura jest w Ymirze nordyckim, jest w babilońskim Tiamat, i pojawia się w rozproszonych śladach mitologii słowiańskiej, gdzie też mówi się o pierwotnym olbrzymie. To jest wzorzec tak powszechny, że trudno nie pytać co on właściwie wyraża na poziomie głębszym niż tylko narracja.
Właśnie o to chodzi, że podobieństwo strukturalne jest tu mylące. Ciało jako tworzywo świata pojawia się w obu, ale w Purushy mamy jeden organizm kosmiczny, który jest jednocześnie ofiarą i ofiarnikiem. W Ymirze jest ofiara i sprawcy. To dwie zupełnie różne odpowiedzi na pytanie, skąd pochodzi sacrum w świecie stworzonym.
Mam w notatkach coś ciekawego właśnie o tym. W mitologii azteckiej obecne słońce jest już piątym słońcem, poprzednie zostały zniszczone, każde z innego powodu. Ale co mnie uderzyło, to że każde stworzenie niesie w sobie przyczynę własnego końca. Pierwsze słońce zniszczył jaguar, bo był z określonego żywiołu. Drugie wiatr. Trzecie ogień. To jest jakby każdy mit etiologiczny wbudowywał w sobie kod samozniszczenia.
Słuchacie, ale to co mówi Hematytka ma moim zdaniem głebszy sens niż sie wydaje. W taoizmie nie ma żadnego wbudowanego końca, bo nie ma żadnego początku w sensie linearnym. Tao po prostu płynie. Może kultury, które miały mit liniowy, stworzenie-środek-koniec, potrzebowały wbudować koniec żeby mit był kompletny? A kultury cykliczne jak chiński taoizm albo hinduski wielki cykl Manvantarów nie potrzebowały ragnaroku bo i tak wszystko wraca.
I tu wracamy do sedna tematu, bo każdy mit etiologiczny opowiada skąd, ale równocześnie sugeruje dokąd. To jest coś, o czym rzadko się mówi wprost. Geneza i cel są nierozłączne w strukturze mitu. Nawet jeśli tradycja milczy o końcu, milczenie jest też odpowiedzią.
To mi przypomina pytanie, które Perzyna61 zadała wcześniej o stworzenie bez sprawcy. Bo jeśli kosmos po prostu wyłania się sam, bez bóstwa, to kto lub co zawiera w sobie ten koniec? Czy to jest bardziej przerażające czy wyzwalające? Mam wrażenie, że buddyzm wybiera tu wyzwolenie przez to, że w ogóle nie odpowiada na to pytanie.
Dzieki Irenka za wrócenie do mnie 🙂 Właśnie o to mi chodziło, troche nieporadnie zadałam pytanie. Czy istnieje mit etiologiczny bez sprawcy I bez wbudowanego końca? Czy to w ogóle byłoby jeszcze mitem czy już czymś innym, jakąś filozofią?
O, to jest piękne ujęcie! Czyli mit i filozofia robią to samo tylko różnymi narzędziami, przepraszam, różnymi językami. Ale mam pytanie do całej dyskusji, bo zgubiliśmy coś po drodze. Rozmawiamy o strukturach, o końcach, o filozofii. A co z tymi mitami, które są bardzo konkretne, wyjaśniają dlaczego pająk tkaje sieć, skąd wzięła się śmierć, dlaczego jest noc? Czy te małe mity etiologiczne mają tę samą wagę co kosmogonia?
To świetne pytanie, bo Malinowski właśnie to rozróżniał. Mity kosmogoniczne i te małe mity wyjaśniające lokalne zjawiska pełnią inną funkcję społeczną. Ale zastanawiam się, czy to rozróżnienie jest nasze, badaczy, czy sami wyznawcy też je robili? Czy dla kogoś z ludu Kwakiutl historia o tym, dlaczego łosoś wraca każdego roku, była mniej ważna niż opowieść o początku świata?
Czytam tę rozmowę od początku i mam jedno pytanie, bo zawsze mi to się kręci w głowie. Skoro wszystkie te mity wyjaśniają skąd, to czy w tradycjach ustnych, gdzie mit był żywy, ludzie wiedzieli że to mit? Znaczy, czy traktowali to jak opowieść czy jak historię która się naprawdę wydarzyła?
Właśnie to jest dla mnie najtrudniejsze do ogarnięcia w tej całej dyskusji, i mówię to zupełnie szczerze. Zastanawiam się, czy gdy ktoś opowiadał taki mit przy ognisku, to czy czuł w tym samym momencie i opowieść, i coś prawdziwego. Tak jak my możemy czytać wiersz i wiedzieć że to poezja, a jednocześnie coś nas uderza jakby to było prawdziwe. Czy to może jest właśnie ta trzecia kategoria, ani mit ani fakt?
To co Hematytka opisuje ma nawet swoją nazwę, Rudolf Otto nazywał to numinosum, poczucie czegoś świętego, co jest jednocześnie groźne i przyciągające, i jest inne niż zwykłe kategorie prawda-fałsz. Mit etiologiczny może być wehikułem numinosum. Ale wróćmy do pytania Orakliaa o te małe mity, bo myślę że to jest niedoceniony wątek. Czy ktoś ma przykład małego mitu etiologicznego, który działa zupełnie inaczej niż kosmogonia?
Przemko podniósł coś ważnego tym numinosum, ale chcę wrócić do pytania Oraklii o te małe mity lokalne. Bo moim zdaniem tu jest klucz do całej rozmowy o etiologii. Wielkie mity kosmogoniczne to jedno, ale te opowieści 'dlaczego rzeka tak się zakręca' albo 'skąd wzięły się pierwsze pszczoły' - one też są etiologiczne, tylko skala jest inna. Czy ktoś zna jakieś konkretne przykłady takich mikroetiologii, które są szczególnie ciekawe strukturalnie?
Odpowiem na pytanie Blanki, bo to jest coś, o czym myślę od jakiegoś czasu. Strukturalnie te małe mity często mają uproszczoną wersję tej samej logiki - jest stan przed, jest działanie lub zdarzenie, jest stan po. Ale brakuje im tego trzeciego elementu, który jest w wielkich kosmogoniach, czyli tego, że stworzenie naznacza stwórcę. W micie o rzece wydrążonej przez tāniwha nie ma śladu ofiary ani długu. Jest sprawczość, ale bez konsekwencji dla sprawcy. Może dlatego te mity są bardziej 'użytkowe', a tamte - bardziej tragiczne?
Zatrzymuję się przy tym co Przemko powiedział, bo to mnie uderzyło. Mity bez długu po stronie stwórcy. Ale czy to na pewno prawda dla wszystkich lokalnych etiologii? Myślę o mitach aborygeńskich z czasu Snu, gdzie każde działanie przodków zostawia ślad w krajobrazie, ale też zostawia zobowiązanie. Śpiewna ścieżka to nie jest tylko mapa, to też odpowiedzialność za podtrzymywanie stworzenia. Czy to nie jest właśnie dług?
