I właśnie to jest dla mnie najciekawsze w całym tym wątku. Budda jako punkt odniesienia - bo on dosłownie przeszedł przez obie strony. Był w pałacu, był skrajnym ascetą i odrzucił obie drogi. Czy to znaczy, że środkowa droga jest czymś trzecim, osobnym? Bo ani asceza ani 'jogin' w sensie wedyjskim?
Ale zaraz, bo się pogubiłam. Buddyjski mnich goli głowę, żebrze, nie dotyka pieniędzy, śpi na twardym - to nie brzmi jak ktoś, kto traktuje ciało dobrze? Gdzie tu jest różnica między nim a ascetą?
Właśnie o tę subtelność mi chodzi, od kiedy zaczęłam ten temat. Bo z zewnątrz te drogi wyglądają podobnie - ktoś post, ktoś medytuje, ktoś rezygnuje z wygód. A wewnętrznie motywacja jest zupełnie inna. Zastanawiam się czy to motywacja decyduje o tym, czym jest dana praktyka, czy może efekt na końcu?
Rozmarynek, to jest dla mnie naprawdę kluczowe pytanie. Bo sama mam ten dylemat z afirmacjami - robię je z motywacji żeby zmienić życie, ale czasem się zastanawiam, czy nie powinam robić ich z poddania, oddania, akceptacji. I nie wiem, czy to jest ta sama praktyka czy już coś innego.
To jest chyba jeden z największych problemów współczesnej duchowości. Tradycyjnie nikt nie szedł tą drogą sam - w każdej tradycji był mistrz, wspólnota, przekaz. A my mamy książki, internet i dobrą wolę. Nie mówię że to nic nie daje, ale to jest jakościowo coś innego niż bycie w linii przekazu.
I tu chyba wracamy do samego początku pytania Rozmarynek - bo ona zaczęła od tego, czy drogi do wyzwolenia muszą być sprzeczne. I może odpowiedź jest taka, że zanim zapytamy która droga, trzeba zapytać kto idzie i skąd wie dokąd. A na to pytanie chyba nie ma odpowiedzi z książki.
Właśnie dlatego w większości tradycji pierwszym krokiem nie jest wybór drogi, tylko uznanie że się nie wie. Asceta i jogin różnią się między innymi tym, że asceta często zaczyna od przekonania że wie co mu przeszkadza - ciało, zmysły, materia. Jogin zaczyna od pytania: co tak naprawdę ogranicza świadomość? To jest zasadnicza różnica w punkcie startowym.
I to jest właśnie ta subtelność, o której Rozmarynek pisała na początku. Ale mam pytanie do Stanislawa.1 - co z tradycjami, gdzie te dwie orientacje są w jednej szkole? Bo np. w niektórych nurtach kaszmirskiego śiwaizmu masz jednocześnie surową dyscyplinę i afirmację ciała. Jak to klasyfikować?
Dobra, ale ja mam bardziej przyziemne pytanie. Czy to znaczy, że jak ktoś praktykuje dziś jogę na macie w domu, to jest bliżej tradycji ascetycznej czy jogicznej w tym sensie, o którym mówicie? Bo to ćwiczenie jest jednak fizyczne i wymaga dyscypliny.
Szczerze? Współczesna joga na macie to w większości hatha joga mocno oderwana od kontekstu soteriologicznego, czyli od całego pytania o wyzwolenie. To jest pożyteczna praktyka, ale pytanie czy to jest droga do wyzwolenia w sensie jaki tu omawiamy - to jest naprawdę inne pytanie. Nie mówię że gorsza, mówię że po prostu inna rzecz.
Rajmunda, masz rację i chyba to jest wniosek do którego zmierzamy od dłuższego czasu. Ale dla mnie to nie zamyka pytania - bo jeśli ktoś dziś, bez tradycji, bez nauczyciela, stara się coś osiągnąć duchowo, to jak ma w ogóle wybrać podejście? Ascetyczne czy bardziej 'jogiczne' w tym szerokim sensie?
Rozmarynek, a jak ty sama do tego podchodzisz? Bo zakładałam temat i pewnie masz jakieś intuicje, nawet jeśli nie pewność.
Ja tu słucham i zastanawiam się, czy moje podejście do afirmacji nie jest przypadkiem bliższe ascetycznemu niż jogicznemu - w sensie że traktuję swoje stare myślenie jak coś do pokonania, do wyparcia nową treścią. I teraz nie wiem czy to dobrze czy źle.
I tu wracamy do motywacji. Guslarz pytał wcześniej skąd mam wiedzieć co mnie naprawdę napędza - i chyba właśnie to jest centralny problem. Asceta i jogin mogą robić zewnętrznie to samo, z różnych powodów, z różnymi wynikami. Ale skoro sami siebie nie znamy do końca, to jak to sprawdzić?
Może przez skutki? Nie mówię o cudach ani oświeceniu, ale o tym jak się zmienia człowiek. Asceta który robi ascezę z lęku - boi się pożądania, boi się materii - będzie coraz bardziej sztywny, coraz bardziej zamknięty. Jogin który pracuje z ciekawością i otwartością - będzie coraz bardziej elastyczny, pojemny. To może być jeden ze sposobów sprawdzenia motywacji post factum.
To jest w sumie pytanie o to czy tradycje duchowe rozróżniają 'dlaczego zacząłeś' od 'dlaczego kontynuujesz'. Bo motywacja może ewoluować, nie?
I pewnie dlatego w każdej z tych tradycji - ascetycznej i jogicznej - w końcu i tak dochodzimy do tego samego momentu: do pytania co ja w ogóle tu robię i kim jest ten który pyta. Może różnice między drogami są ważne na początku, a na pewnym etapie przestają mieć znaczenie?
Tarninka_65, szczerze - nie mam pewności. Ale intuicyjnie ciągnę do czegoś pośredniego. Nie chcę walczyć z sobą, ale też nie mam złudzeń, że samo 'bycie' wystarczy. Może właśnie to jest problem z podejściem bez tradycji - człowiek składa sobie coś z kawałków i nie wie czy to spójne.
No właśnie. I tutaj mam wrażenie, że ta cała rozmowa trochę zakłada, że mamy dostęp do jakiegoś nauczyciela albo systemu który nam powie 'robisz dobrze'. A co jeśli nie mamy? Wtedy jedynym kryterium jest właśnie to o czym Wibracja22 pisała - obserwujesz siebie i patrzysz co z ciebie rośnie, a co więdnie.
OK ale sangha to pojęcie buddyjskie, nie? Jak to działa w tradycji jogicznej? Bo tam raczej masz gurua, jedną osobę, a nie wspólnotę. Czy to nie jest bardziej ryzykowne w sensie uzależnienia się od jednej interpretacji?
A ciekawe czy to rozróżnienie między sangą a gurua odpowiada jakoś tej naszej osi asceza-joga? Bo może sangha to bardziej środowisko ascetyczne - dyscyplina, reguła - a relacja guru-uczeń to droga jogiczna, gdzie ważna jest transmisja czegoś subtelnego?
Słucham tego i mam wrażenie, że w tej rozmowie co chwilę docieramy do jakiegoś punktu gdzie asceza i joga się spotykają i przenikają. Czy to znaczy, że to rozróżnienie jest tylko akademickie, czy naprawdę ma praktyczne konsekwencje dla kogoś kto zaczyna?
No dobra, ten przykład z kawą jest świetny i w końcu rozumiem o co chodzi. Ale teraz pytanie - po co w ogóle nie pić tej kawy? Jeśli chodzi o wyzwolenie, to na czym ono polega? Bo mam wrażenie, że przez cały wątek rozmawiamy o drodze, ale nikt nie zdefiniował dokąd się idzie.
Guslarz trafił w sedno. Bo jeśli wyzwolenie to 'wolność od cierpienia' to asceta i jogin mogą mieć inne wyobrażenie o tym czym jest cierpienie i skąd pochodzi - i to właśnie tworzy dwie różne drogi.
Guslarz pytał o cel - i mam wrażenie, że to jest pytanie które każda tradycja odbiera inaczej. W dżinizmie wyzwolenie to uwolnienie duszy od materii, dosłowne. W adwajta wedancie to uświadomienie że nie ma co wyzwalać, bo zawsze byłaś wolna. To są zupełnie różne odpowiedzi na to samo słowo. Który cel pociąga cię bardziej?
No i to jest chyba najpiękniejsze zdanie w tym wątku. 'Wysiłek wzmacnia przekonanie że jestem kimś kto musi coś osiągnąć.' Czy to nie jest argument za tym, że czysta asceza paradoksalnie wzmacnia ego zamiast je rozpuszczać?
Stanislawa.1, to jest chyba pierwsza osobista historia w tym wątku i bardzo dużo wnosi. Bo cała ta rozmowa jest mądra i porównawcza, ale właśnie takie - co mi to zrobiło - jest dla mnie cenniejsze niż definicje. Czy ktoś inny miał podobne przejście od 'walczę z sobą' do czegoś łagodniejszego i co to w praktyce zmieniło?
