Dokładnie trafiłaś w sedno. W dżinizmie moksha to absolutna izolacja duszy od materii - atman w swoim czystym stanie, sam, bez żadnych nawarstwionych karm. W Advaita Vedancie moksha to uświadomienie, że nigdy nie byłeś oddzielony od Brahmana. W tantrycznym śaiwiźmie Kashmir Shaivism to rozpoznanie własnej natury jako Śiwy - nie wyjście z samsary, ale przejrzenie przez samsarę. Trzy zupełnie różne ontologie dają trzy zupełnie różne definicje wyzwolenia.
Ale właśnie ta rozmowa mnie tak bardzo wciągnęła że nie mogę przestać czytać! Rozumiem co mówi Pola_N, ale chyba właśnie na tym polega wartość takich porównań - żeby zobaczyć, że nasze własne założenia o tym czym jest duchowość nie są oczywiste. Przynajmniej ja tak to odczułam.
Wracam do pytania Rozmarynek sprzed chwili, bo chcę się upewnić że dobrze rozumiem. Czy można powiedzieć że asceta i jogini różnią się nie tylko techniką, ale też tym, jak rozumieją, co jest 'po drugiej stronie'? I czy dlatego właśnie jedna osoba wybiera poszczenie i wyniszczanie, a inna ćwiczenia i medytację - bo ma inne wyobrażenie o tym, do czego zmierza?
Hej, a czy to znaczy że te wizje w trakcie postu które miał na przykład Jezus na pustyni albo Budda przed oświeceniem - że różne tradycje inaczej by to zinterpretowały? Bo to mi właśnie przyszło do głowy słuchając was.
To jest naprawdę świetna obserwacja. Budda w swojej historii przeszedł przez ascezę i ją odrzucił - to jest w kanonie palijskim, głodził się przez lata i stwierdził że to nie działa. I potem odkrył 'środkową drogę'. Więc buddyzm to właściwie tradycja, która zrodziła się z krytyki ascezy. Czy ktoś tu wie więcej o tym jak na to patrzą różne szkoły buddyjskie?
Właśnie, środkowa droga Buddy to teologicznie bardzo ciekawe stanowisko - odrzuca zarówno skrajną ascezę jak i hedonizm, ale nie jest też tantrą. To jest coś trzeciego: dyscyplina bez wyniszczania. W Theravadzie akcent pada na vinayę - zbiór reguł monastycznych, które regulują ciało, ale go nie niszczą. W Vadżrajanie natomiast pojawia się już logika tantry - ciało jako środowisko budzenia się. Więc nawet w ramach jednej tradycji 'buddyjskiej' mamy całe spektrum podejść.
Mnie zastanawia coś innego - powiedzieliście że asceza może być samotna, ale joga wymaga mistrza. A co z tantrą? Tam chyba tym bardziej nie można działać bez nauczyciela? Pytam bo o ile o samotnym pustelniku słyszałem, o tyle trudno mi wyobrazić sobie samotnego tantryka.
Czyli jeśli dobrze rozumiem całą tę rozmowę - im bardziej ciało jest 'sposóbm' w danej tradycji, tym bardziej potrzebny jest ktoś, kto pokaże jak tego 'narzędzia' używać? A im bardziej ciało jest wrogiem, tym bardziej można działać samemu, bo wystarczy je po prostu ograniczać? To by tłumaczyło dlaczego eremici byli samotni, a tantrycy mieli szkoły.
Eleonorka, ale poczekaj - czy to oznacza, że stopień dostępności ścieżki dla zwykłego człowieka jest odwrotnie proporcjonalny do jej subtelności? Asceza jest dostępna dla każdego, kto ma dość silnej woli, tantra wymaga mistrza i inicjacji, a joga gdzieś pośrodku. I paradoksalnie najtrudniejsza w dostępie jest ta, która traktuje ciało najlepiej?
to jest świetne pytanie na koniec, bo dotyka czegoś fundamentalnego. Dostępność i subtelność to nie to samo co łatwość i skuteczność. Asceza jest 'dostępna' w tym sensie, że nie potrzeba inicjacji - ale czy naprawdę każdy jest w stanie głodzić się przez miesiące bez mistrza i nie zwariować albo nie zrobić sobie krzywdy? W dżinijskich tradycjach są mnisi, którzy latami przygotowują się do sallekhany. To nie jest spontaniczne.
Właśnie, mam podobne pytanie. Cały czas zakładałem że asceta to taki samotnik który nie potrzebuje nikogo. Ale wychodzi na to że nawet skrajne wyrzeczenie ma swoją strukturę, hierarchię, kogoś kto pilnuje? To trochę obala ten romantyczny obraz pustelnika na górze.
Ale czy to nie jest trochę paradoksalne? Jeżeli chcę uciec od świata i od ludzi, to dlaczego muszę być przy tym otoczony przez ludzi i tradycję? To mi trochę mówi że te drogi może nie są tak naprawdę 'do wewnątrz' jak nam się wydaje, tylko zawsze są jakieś społeczne?
Spirytualny solipsyzm - to jest dobre określenie. Czyli ryzyko, że sam sobie wymyślę swoją drogę do wyzwolenia i będę przekonany że jestem oświecony, a tak naprawdę tylko sobie potwierdzam własne przekonania? Czy właśnie dlatego tradycje tak mocno akcentują przekaz od mistrza?
Ale to rodzi kolejny problem, prawda? Skoro potrzebuję mistrza, to muszę mu zaufać. A skąd wiem, że jemu można zaufać? Szczególnie w tantrze, gdzie podobno bez inicjacji nie ma dostępu do pewnych praktyk - to przecież daje mistrzowi ogromną władzę nad uczniem.
Dobra, ale wróćmy na chwilę do Poli pytania o chronologię - czy starsze tradycje są naprawdę bardziej ascetyczne? Bo mi się wydaje że to mogłoby być ciekawy klucz do tego całego wątku. Tantra jako późniejszy 'korektyw' wobec ascezy?
Więc tantra mogłaby być tak naprawdę starsza od tej ascezy którą znamy z tekstów? To by wywracało cały ten schemat do góry nogami. Jak to w ogóle można ustalić skoro mamy do czynienia z ustnym przekazem?
A wracając do tych wizji - bo mnie to pytanie nie opuszcza od kiedy Rozmarynek je zadała - czy w tradycjach tantrycznych wizje mają inny status niż w tradycjach ascetycznych? Czyli czy np. tantryczny jogin co innego robi z wizją niż mnich który pości?
To mi teraz bardzo wyraźnie pokazuje dlaczego asceta i jogini to nie jest tylko różnica techniki. Jeśli jeden traktuje wizję jako zagrożenie a drugi jako wiedzę, to muszą też inaczej rozumieć samą naturę rzeczywistości i to, co jest w niej 'prawdziwe'. Czy ktoś może powiedzieć jak to się ma do tego o czym Stanislawa pisała wcześniej o różnych celach - moksha, samadhi i tak dalej?
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i chcę wrzucić coś co może być pomocne. W różnych tradycjach są inne odpowiedzi na pytanie 'co robisz z doświadczeniem'. Asceta który głodzi się i ma wizje - w kabalistycznych tekstach Hekhalot jourdney jest coś podobnego: pościsz, wchodzisz w stan odmiennej świadomości i widzisz komnaty nieba. Ale tam te wizje są bardzo precyzyjnie skatalogowane, mają mapę. Czy jogin albo tantryk też ma taką mapę dla swoich wizji?
Ale chwila, bo to co Stanislawa pisze o Ramanie bardzo zmienia obraz rzeczy. Jeśli ktoś miał przebudzenie, a dopiero potem go 'sklasyfikował', to może te mapy są po prostu próbą opisania czegoś co i tak się wydarza? Czyli mapa nie powoduje doświadczenia, tylko je tłumaczy?
Ale wracając do tych tekstów Hekhalot, bo Wibracja22 je wcześniej wspomniała i nie dałam im tyle uwagi ile powinnam - tam jest dokładnie to samo zagadnienie, prawda? Ci mistycy żydowscy wspinają się przez niebiańskie pałace i też mają mapę, którą znają wcześniej. Czy ktoś wie, czy tam jest analogia do ascezy - czy oni też pościli przed tymi podróżami?
Tak, w tradycji Hekhalot jest coś, co można porównać do ascezy - mistycy przygotowywali się przez posty, ablucje, izolację, czasem przez kilka dni, a nawet tygodni. To bardzo podobne do przygotowań ascetycznych. Ale cel jest inny niż w jodze - nie szukają wyzwolenia od kołowrotu narodzin, tylko bezpośredniego wglądu w Boże pałace, w Merkawę. I ta różnica celu bardzo zmienia charakter całej drogi.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale chcę się upewnić że dobrze rozumiem - czyli jest kilka zupełnie różnych odpowiedzi na pytanie 'co się dzieje z tobą kiedy osiągasz szczyt drogi'? Asceta dżinijski się zatrzymuje i trwa, chrześcijanin się łączy z Bogiem ale zostaje sobą, mistyk żydowski ogląda bez zjednoczenia, a tantryk roztapia granicę między sobą a rzeczywistością? Czy to w ogóle porównywalne cele?
To mnie niepokoi trochę z praktycznego punktu widzenia. Jeżeli te drogi są tak różne w swoim celu, to jak ktoś na początku wie, której drogi szukać? Bo czytam tutaj opisy i każda brzmi sensownie, każda ma swoją logikę. Jak wybrać między ascezą a tantrą jeśli jeszcze nie wiesz, czego tak naprawdę szukasz?
Słuchajcie, ja to czytam i jestem pod ogromnym wrażeniem jak głęboko to sięga! Ale mam jedno bardzo konkretne pytanie do Crystaline albo Stanisławy - jeśli tantryk 'roztapia granicę', to czy nie ryzykuje po prostu utratą siebie? To brzmi trochę groźnie. Czy to nie jest właśnie to o czym mówiłyście wcześniej - ryzyko bez mapy i mistrza?
A w ascezie jest coś analogicznego do nyam? Czyli jakiś stan który wygląda jak cel, a jest tylko pułapką? Bo mi się wydaje że to może być klucz do porównania tych dwóch dróg - co każda z nich uważa za 'fałszywe oświecenie'.
to jest naprawdę świetne pytanie i tak, oczywiście że jest. W tradycji chrześcijańskiej ascezy jest pojęcie 'acedii' i 'złudzenia duchowego' - gr. plane. Mnich może mieć wizje, stany błogości, poczucie bliskiej obecności Boga, i to wszystko może być złudzeniem albo pułapką zastawioną przez złe duchy. Właśnie dlatego ojcowie pustyni tak silnie akcentowali 'rozeznanie duchów' - discernment - i nieufność wobec własnych doświadczeń, szczególnie tych przyjemnych.
